Emilii zamarła, widząc jak tajemnicza postać zrzuca kaptur i ukazuje swe prawdziwe oblicze. Przez chwilę panowała cisza, którą przerywało jedynie tykanie zegara. Jednak już po chwili dało się słyszeć westchnienie ulgi dziewczyny i jej cichy chichot, który zaskoczył wszystkich.
- Cieszę się, że nic ci nie jest wujku - uśmiechnęła się lekko w stronę Syriusza, powodując zdziwienie na jego twarzy. Mężczyzna pomyślał, że naprawdę się zmieniła, co w pewnym sensie wyszło jej na dobre. Dziewczyna w nagłym przypływie nieznanego jej do tej pory uczucia (a przynajmniej kierowanego w stronę Syriusza) rzuciła się w jego stronę. Jednak zanim przeszła kilka kroków, znajomy ból zwalił ją z nóg powodując, że z niedawno wyleczonego gardła wydobył się krzyk.
„Emilii!”
Wrzask Gryffindora zagłuszył krzyk Narcyzy i Syriusza. Kobieta pierwsza dopadła dziewczyny i oderwała jej ręce od boku sprawiając, że bluza, którą miała na sobie podwinęła się do góry ukazując zakrwawiony bandaż. Pani Malfoy wciągnęła ze świstem powietrze i zerknęła zaniepokojona na kuzyna. Ten równie blady wpatrywał się w twarz siostrzenicy, która znów wykrzywiła się w przypływie bólu. Kolejny raz po jadalni rozniósł się krzyk dziewczyny.
- Musimy ją stąd zabrać. Lucjuszu czy mógłbyś zawiadomić Severusa?
- O nie moja droga! Nie pozwolę, by Smarkerus zbliżył się do niej bardziej niż to konieczne! - Syriusz podniósł wzrok na Narcyzę. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Łapa odwrócił głowę.
- Tylko on jest w stanie jej pomóc. Musisz się z tym pogodzić.
Nie czekając na odpowiedź Blacka, kobieta skinęła na męża a następnie przelewitowała bezwładne ciało dziewczyny do jednego z pokoi gościnnych. Ułożyła ją delikatnie na łóżku i przywołała do siebie ręcznik i miskę z wodą. Delikatnymi ruchami otarła twarz Emilii a na czole położyła mokry okład.
- Co jej jest? - Draco wpatrywał się w matkę. Przed chwilą widział jak Narcyza zajmuje się dziewczyną niczym ukochaną córką. Sam nie wiedział czemu, ale na ten widok poczuł dziwną pustkę w sobie i chęć by, choć na chwilę, być na miejscu Emilii.
- Nie wiem - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Syriusz mówił o zaniku mocy dziewczyny, ale nie wspominał o tej paskudnej ranie. Znaczy… mówił o trafieniu zaklęciem, ale podobno wszystko wróciło do normy.
- Niech no dorwę tego Weasleya, to osobiście się go pozbędę - warknął Syriusz wchodząc do pokoju.
Zatrzymał się koło łóżka siostrzenicy i delikatnie ujął ją za rękę. Dziewczyna poruszyła się niespokojnie, ale zacisnęła swoją spoconą dłoń na tej wuja. Po chwili do pokoju wpadł Snape, a zaraz za nim swoim dostojnym krokiem wkroczył Lucjusz i zatrzymał się obok syna.
- Dasz radę jej pomóc? - spytał Syriusz powstrzymując się przed sięgnięciem po różdżkę i rzuceniem na tego człowieka jakiejś okropnej klątwy. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie Mistrza Eliksirów, by zebrani w pokoju zrozumieli, że jest bezradny.
- Nikt nie jest w stanie jej pomóc - zaczął. - To zaklęcie niszczy wewnętrzną magię czarodzieja. To, że dziewczyna przeżyła samo jego rzucenie, świadczy o tym, że jest bardzo potężna. Walczy z nim już od miesiąca, mam rację? - Kiedy jego słowa potwierdziło niepewne kiwnięcie głową, kontynuował. - Nie wiadomo ile ma w sobie mocy, a ten atak chyba zapoczątkował ostatnią fazę zaklęcia.
- Czyli co?
- To Black, że teraz albo z tego wyjdzie albo będzie po niej.
Syriusz zacisnął dłonie w pieści i spojrzał nieprzychylnie na człowieka, w którym pokładał ostatnią nadzieję na uratowanie siostrzenicy. A teraz okazało się, że Emilii musi sama z tym walczyć. Mógł się założyć, że ta mała czarownica zrobi wszystkim na przekór i się podda. Chociaż, skoro ostatnio się zmieniła, może da radę i pokona czar. Jeden Merlin wie. Trzeba czekać.
***
Draco Malfoy był nieco zdziwiony tym nagłym pojawieniem się dziewczyny w jego domu. Była jego największym wrogiem, większym nawet od Pottera, a to już był wyczyn godny światowej sławy. Jego zdaniem ta dziewczyna była wprost niezniszczalna, więc nie powinno nikogo dziwić, że potwornie się zdziwił, kiedy ta nagle zemdlała na środku pokoju. Skoro nawet Snape nie potrafił jej uzdrowić, nie zdziwiłby się, gdyby szybko nastał jej koniec.
Ale to przecież Black, ona nie da załatwić się tak łatwo, pomyślał. Wkurzył się nieco, kiedy spostrzegł, że dostała pokój tuż obok jego. Jego niezadowolenie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy w nocy obudził go jej krzyk. Z chęcią mordu wypadł na korytarz. Pierwsze, co poczuł wchodząc do jej pokoju, to zadziwiający zaduch. Niepewnie podszedł do okna i je otworzył, a przez myśl przeleciał mu fakt, że tak powinno być jej lepiej. Podszedł do dziewczyny w celu obrażenia jej jakąkolwiek obelgą (po tym zawsze czuł się lepiej), ale dziwne uczucie zatrzymało jego słowo na końcu języka.
To moja kuzynka, do cholery! Córka kuzynki mojej matki! Rodzina jest najważniejsza, trzyma się razem! Co ja tu do diabła robię?! Odsunął się od Emilii i już miał wyjść z pokoju, kiedy powstrzymał go cichy jęk. Przysunął się bliżej łóżka i dostrzegł, że zimny okład spadł dziewczynie z czoła. Machinalnie go podniósł, zamoczył i położył na jej głowie. Zanim zorientował się, co właściwie zrobił, był już w drodze do pokoju.
***
Godryk Gryffindor nerwowo kręcił się po innym świecie, gdzie władzę w większości posiadały duchy. Kilka metrów przed nim w powietrzu bezwładnie wisiała Emilii. Od kilku godzin czarodziej próbował obudzić dziewczynę, ale jego próby kończyły się na niczym, a Blackówna z każdą chwilą robiła się coraz bledsza. Było jasne, że jeśli będzie tak dalej, dziewczyna dołączy do duchów na stałe. Mężczyzna warknął wściekle i po raz kolejny spojrzał na dziewczynę. Była mu cholernie potrzebna, jeśli chce wrócić i raz na zawsze pokonać tego kretyna, który zniszczył mu życie. Zresztą nie tylko jemu.
- Do diabła! Emilii, obudź się w końcu! - krzyknął potrząsając nią, ale to też nie przyniosło żadnej reakcji. Godryk wpatrywał się w dziewczynę głęboko zamyślony. - Wiem, nie zasłużyłaś na śmierć. Nie w tak młodym wieku. W zasadzie to nikt nie zasłużył na coś takiego, ale to nie moja sprawa, bo ich nie znam. Ale ciebie tak i dlatego tak trudno to znieść. Tu nawet nie chodzi o powrót do rzeczywistości, chociaż byłoby szalenie miło, ale o to jak się poświęciłaś, by chronić ludzi na których ci zależy. I trudno przyznać, ale ja chyba też do nich należę. W sumie gdyby nie komnata Salazara w ogóle by cię tu nie było. Ech… wybacz, że cię w to wplątałem.
Godryk pochylił się nad Emilii i delikatnie pocałował ją w czoło. Odsunął się powoli patrząc na jej bladą twarz, po czym westchnął zrezygnowany.
- Przepraszam - szepnął cicho.
Zniknął, by po chwili pojawić się w swoim ulubionym obrazie. Jego komnata nadal wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy, ale trudno się temu dziwić, w końcu wszystko przeniósł sobie do obrazu. Pozostał jedynie ten stół, niby ołtarz ofiarny i jego ciało w tym starym fotelu. Nie tak wyobrażał sobie swój powrót. To miało być jakieś chwalebne wejście, gdy tylko dziewczyna przyniesie mu wszystkie artefakty, a tu okazało się, że ta jest wplątana w coś jeszcze gorszego.
Mężczyzna przeszedł do swojej biblioteki i zaczął zdejmować z regału wszystkie czarnomagiczne książki. Gdzieś przecież musiało być opisane to feralne zaklęcie. Wrócił do poprzedniego obrazu i rzucił wszystko na dywan. Sam usiadł na nim po turecku i zaczął przerzucać kartki. Dziesięć tomów później wiedział, że w żaden sposób nie pomoże dziewczynie. Emilii musiała sama zdecydować, czy się usunie, czy będzie walczyć i wróci. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zamknął oczy i zmusił się do zaśnięcia.
***
Emilii słyszała słowa Godryka, ale nie mogła na nie zareagować. Chciała krzyknąć, że to nie jego wina, że sama się na to zgodziła, lecz wciąż była unieruchomiona. Czując ciepłe usta na swojej skórze nie mogła uwierzyć, że chłopak to zrobił. Chociaż nazywając go chłopakiem, raniłaby pewnie jego dumę, gdyby to słyszał, ale co tam. To, że on to zrobił, przypomniało jej o przepowiedni wygłoszonej jej pierwszego dnia pobytu w Hogwarcie.
„Nie bój się miłości, musisz ją przyjąć”, pomyślała i poczuła jak pojedyncza łza spływa jej po policzku. W pobliżu nie czuła już obecności Gryffindora, co nieco ją zaniepokoiło. Po raz kolejny próbowała się ruszyć, ale coś mocno ją trzymało.
„No dajesz, nie myśl sobie, że zostawisz teraz tego buca samego!”, warczała na siebie Emilii, po czym otworzyła nagle oczy i poderwała się do góry. Z krzykiem zrobiła kilka koziołków, zanim nie uspokoiła swoich ruchów i swobodnie zawisła w powietrzu.
- No to, to ja rozumiem - mruknęła zadowolona.
Kolejnym planem Emilii było nauczenie się poruszać po Świecie Umarłych. Niestety wszystkie jej próby kończyły się popisowym saltem. Wściekła dziewczyna usiadła po turecku, bo tylko to jej w tej chwili wychodziło. Kilka razy wołała nawet Gryffindora, ale ten nie odpowiadał. Zastanawiała się czy może wyobrazić sobie drogę do chłopaka. No nie, znowu tak go nazwała. Przypomniała sobie, co mówił Godryk, o latach treningów, skupieniu i uznała, że da radę. Zamknęła oczy i przyjęła pozycję jakby medytowała. Przez jej umysł przetoczyło się mnóstwo wspomnień i informacji zanim Emilii odnalazła te właściwe. Znów ujrzała obrazy w komnacie czarodzieja i spróbowała wyobrazić sobie wejście do jednego z nich. Kiedy otworzyła oczy, ujrzała przed sobą stare, drewniane drzwi. Pisnęła radośnie i szybko poderwała się z miejsca, by zaraz przekląć, kiedy zawisła nogami do góry. Po krótkiej walce z tamtejszą atmosferą udało jej się dostać do drzwi i przejść przez nie.
Pokój wyglądałby na przytulny, gdyby nie zimny kominek naprzeciw drzwi. Emilii szybko odwróciła wzrok i z ciekawością przyjrzała się reszcie. Ściany miały barwę czerwieni, a gdzieniegdzie pojawiały się mugolskie obrazy. Tu dziewczyna zdziwiła się odrobinę, nie sądziła, że Gryffindor ma takie w swojej kolekcji.
Kilka regałów z książkami, dwa fotele, gruby i niezwykle puchaty dywan, porozwalane książki i bezwładna masa wśród nich. Moment, wróć! Bezwładna masa? Emilii kucnęła przed twarzą Godryka i z ciekawością obserwowała go przez chwilę. Tylko raz widziała go śpiącego i to w niepewnym świetle, a tu miała go jak na talerzu. Mimowolnie spojrzała na tytuły książek, a jej twarz rozciągnęła się w uśmiechu. „
Skutki czarnomagicznych uroków”, „
Jak radzić sobie z czarną magią”, „
Przerażające klątwy i ich przeciwzaklęcia”.
- O mamciu - szepnęła cicho do siebie. Wcześniej dałaby się zabić za takie tomiszcza, a teraz ma je na wyciągnięcie ręki. Zgarnęła jedną z książek i oparła się o drugi fotel, wciąż mając na oku śpiącego chłopaka.
Będzie miał niespodziankę jak się obudzi, pomyślała, po czym zagłębiła się w książce.
Gwałtowny ruch gdzieś w okolicy stopy dziewczyny sprawił, że ta oderwała się od czytanego tekstu. Godryk leżał aktualnie na plecach i z zamkniętymi oczami mamrotał coś o złym stanie podłogi. Emilii wpatrywała się w niego przez chwilę, po czym westchnęła w głębi duszy.
- Plecki bolą? - spytała równocześnie, szturchając chłopaka w ramię.
- Trochę - jęknął tamten i znów zapadła cisza. Nagle Godryk poderwał się na równe nogi, uderzając biodrem o fotel. Wydał kilka cichych przekleństw i spojrzał na dziewczynę, która jak gdyby nigdy nic siedziała w jego pokoju. Znaczy w obrazie.
Spojrzał na nią uważnie, porównując jej wygląd z tym, co widział kilka godzin temu. Już nie była taka blada, kolory prawie jej wróciły a delikatny uśmiech na twarzy potwierdzał, że nic jej nie jest.
- Ale jak ty to…? Dałaś radę?
- Emm, no chyba - dziewczyna wzruszyła ramionami.
Nic ci nie powiem Godri, sam powinieneś do tego dojść, pomyślała. Wiedziała, że to tylko dzięki niemu udało jej się pokonać klątwę. Nie miała ochoty wracać na ziemię, do osób, które w większości ją nienawidziły. Ale to jej dziwne uczucie do Godryka nie pozwoliło jej tak łatwo się poddać. W końcu nie pozwoli, by utknął w tym obrazie do końca świata.
- Super! - krzyknął uradowany chłopak i jednym ruchem podciągnął Emilii do pozycji stojącej, po czym nie zważając na zdziwienie malujące się na twarzy dziewczyny, przytulił ją do siebie. Jego ręce ściskały ją mocno jakby się bał, że zaraz zniknie rozpływając się w powietrzu. Oparł policzek na czubku jej głowy, by nie dała rady zauważyć samotnej łzy spływającej po jego skórze.
W pierwszym odruchu Emilii chciała rzucić jakąś klątwą. W następnej uświadomiła sobie, że Godryk ją po prostu przytula, co mile ją zaskoczyło. Objęła chłopaka w pasie, chowając twarz gdzieś w szacie na jego piersi, kompletnie ignorując fakt, że ten ściska ją trochę za mocno. Uśmiechnęła się do siebie, wdychając zapach chłopaka.
Nie jest taki zły, całkiem nieźle przytula. Od razu zganiła swoje myśli po prostu ciesząc się chwilą.
Nagle dziewczyna krzyknęła odrywając się od Godryka. Chłopak spojrzał na nią pytająco, ale Emilii złapała się za głowę nie zwracając na niego uwagi. Czuła jakby tysiące ostrzy wbijało się jej do mózgu. Opadła z powrotem na kolona, nie wiedząc, co się z nią dzieje.
- Emilii, musisz wracać!
- Co?!
- Jesteś tu za długo! Znaczy… wyzdrowiałaś, tak? Musisz wrócić, połączyć się ze swoim ciałem. Taka długa rozłąka nie jest dla ciebie wskazana.
- A ty to niby co?
- Jestem na pograniczu życia i śmierci, a ty już nie. Emilii proszę, wracaj.
Dziewczyna spojrzała w jego błagające oczy i westchnęła cichutko. Zamknęła oczy i skupiła się na swoim ciele, choć trudno jej było myśleć, że teraz jest bez niego. Poczuła jeszcze jak Godryk delikatnie ujmuje jej dłoń i pomyślała, że może już nigdy nie poczuje jego dotyku.
***
Powrót Emilii do jej własnego ciała był raczej niezbyt przyjemny. Po przeraźliwym wrzasku i próbie zwrócenia tego, co miała, a raczej nie miała w żołądku poczuła, że spada z łóżka i twardo ląduje na podłodze. Klnąc zupełnie jak Godryk podniosła się na nogi i rzuciła okiem na ranę. Uśmiech wypłynął na jej usta, kiedy zobaczyła gładką skórę i żadnej oznaki, że coś tam było. Jej oględziny przerwał trzask otwieranych drzwi i już po chwili stała oko w oko ze swoim wujem.
- Emilii… Udało ci się! - krzyknął szczęśliwy i rzucił się przytulić siostrzenicę. Po raz kolejny dziewczyna przeżyła szok, bo oto ktoś, kogo nawet by nie podejrzewała o jakieś pozytywne uczucia wobec niej, właśnie ją tuli do siebie. Tuż nad ramieniem wuja, Emilii dojrzała rozradowaną twarz ciotki, która ukradkiem ocierała łzy. Za nią stał Lucjusz z synem przy boku przyglądając się jej ciekawie.
Cóż, reszta wakacji zapowiada się nader ciekawie.
Ciekawy, długi rozdział. Na początku nieco mi zgrzytało, szczególnie gdy opisywałaś Syriusza. Wyszedł Ci on niekanoniczny, szczególnie gdy powiedział coś takiego:
Moja droga? Black w życiu by tak nie powiedział, szczególnie do Narcyzy ;D
W ogóle dziwi mnie fakt, że niby Malfoyowie są dobrzy (na to tak wychodzi przynajmniej), a Draco nadal pała nienawiścią do Potterów. Nie rozumiem tego. Przecież Draco w książce nie lubił Harry'ego przez swojego ojca, który go wychował w tym poczuciu nienawiści. Tutaj jego rodzice starają się pomóc Emily i Syriuszowi, rodzinie Harry'ego, więc skąd u Draco ta złość? Chciałabym, byś w kolejnych rozdziałach spróbowała to wyjaśnić, bo nie rozumiem ;D
Bardzo podoba mi się Gryffindor. Co prawda zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam jako Godryka, tym bardziej, że nie pokazujesz tutaj tych jego gryfońskich cech jak na razie, ale jako chłopiec jest naprawdę przeuroczy. Za to Emilii jak mnie irytowała, tak irytuje mnie dalej. Trochę też za dużo było o tym bólu, o tym krzyku i o tej krzywdzie (klątwie), która ją spotkała. W sensie, trochę za bardzo starałaś się nam pokazać jak ciężko dziewczyna to przeżyła, czułam się tym przesycona.
A mimo to czytałam z zapartym tchem ciekawa, jak to się wszystko skończy i czy Godryk pocałuje Emilii nieco niżej niż w czoło, haha.