Młody auror dowiaduje się, że jego praca wcale nie należy do łatwych. Czy podoła wyzwaniu i podejmie właściwe decyzje?
Rzeczywistość i nieustający ból zlewały się w jedno. Jedynie krótkie chwile utraty przytomności przynosiły ukojenie. Grace pragnęła, by te chwile trwały wieczność, niestety nikt nie zamierzał dać jej tego luksusu. Nie miała pojęcia, ile czasu była trzymana w lochu. Nawet krótkie przerwy, kiedy ją karmili, sprawiały, że czuła, jakby jadła płynne żelazo. Jedyne, czego była pewna to tego, że żyje, choć pragnęła, by i to się zakończyło.
Skrzypienie zardzewiałych zawiasów oznaczało, że jej oprawcy znów pragnęli ulżyć sobie poprzez wymyślne tortury. Odgłos kroków był jednak inny niż zazwyczaj. Zamiast tępych i ciężkich uderzeń słyszała krótkie i zdecydowane stuknięcia. Uniosła powieki i spomiędzy swoich potarganych włosów zobaczyła dwie kobiety. Jedna z nich ubrana była w dopasowaną, skórzaną suknię. Piękne fale brązowych włosów spływały po jej barkach. W ręku trzymała różdżkę i ostry kuchenny nóż. Na nogach miała niesamowicie wysokie szpilki. O drugiej kobiecie można by powiedzieć, że była jej przeciwieństwem. Bardziej przypominała aktywistkę. Była niska i szczupła, ubrana w prosty strój, który nosili zazwyczaj pracownicy ministerstwa. Krótkie, czarne włosy dopełniały wizerunek kobiety, która chyba częściej przesiadywała w biurze, niż w terenie.
- Jak się dziś miewamy? - zapytała słodkim głosem kobieta w skórze. - Chciałabyś nam coś powiedzieć, kochanieńka?
Grace milczała. Wolała umrzeć, niż poddać się, nie po tylu dniach tortur.
- Nasz gość lubi się bawić. Mówiłam ci, że będziesz mogła wprawić się w używaniu kilku zaklęć.
- Mel, ja... Ja nie jestem pewna, czy się do tego nadaję.
W głosie czarnowłosej kobiety słychać było niepewność. Machnęła prawie niezauważalnie rękami, próbując odrzucić od siebie samej myśl tego, co będzie musiała za chwilę zobaczyć.
- Bzdura. Oczywiście, że tak. Przekonasz się, że to wspaniała zabawa. Poza tym nasz przywódca chciałby odwdzięczyć ci się za to, że twój zespół ją złapał. To nagroda. - Zostawiła chwilę ciszy, by nadać powagi tym słowom. - Pozwolisz, że zacznę?
Brązowe włosy poruszyły się, gdy kobieta nazwana Mel przybliżyła się do Grace. Przyłożyła koniec różdżki do jej żeber i zaczęła powoli przesuwać ją w dół. Ślad, który znaczyła pokrywał się pęcherzami. Grace wrzasnęła z bólu. Już dawno przestała znosić tortury w ciszy. Na jej brzuchu widniał teraz zgrabny wzorek utworzony z czerwonej, spuchniętej skóry.
- Ojej, nasza kruszyna chyba się poparzyła. Słyszałam, że nie powinno się rozcinać pęcherzy.
W tym samym momencie Mel nacięła jeden z bąbli. Na jej twarzy widać było radość. Patrzyła się z szeroko otwartymi oczami na Grace, która zwijała się z bólu i próbowała jak najbardziej odsunąć się od ostrza. Skórzany strój zaskrzypiał i kolejne pęcherze pękły od nacisku. Po skórze Grace pociekł przezroczysty płyn surowiczy, który dodatkowo drażnił poparzoną skórę. Mel odsunęła się kilka kroków, podziwiając swoje dzieło. Popatrzyła na swoją koleżankę.
- Teraz twoja kolej. Wystarczy jedno zaklęcie.
Tamta popatrzyła z przerażeniem na prawo i lewo, jakby szukała czegoś, co wybawiłoby ją z tej sytuacji. W końcu zamknęła oczy i ścisnęła w ręku różdżkę. Wzięła głęboki wdech i popatrzyła na Grace.
- Crucio - szepnęła, a ciało dziewczyny poderwało się lekko do góry. Efekt widocznie nie usatysfakcjonował Mel, gdyż ta prychnęła.
- Musisz tego pragnąć, kochana. Pomyśl, jak cudownie by było, gdyby wszystkie jej mięśnie doznały skurczu, gdyby przez jej ciało przeszła fala prądu, który ostatecznie uwiązłby w jej płucach.
- Ja, ja...
- Zrób to, Gabe! Wiesz, że nie powinno się mnie irytować.
Obie kobiety patrzyły z napięciem na Grace. W końcu różdżka, którą dzierżyła Gabe, obróciła się w prawo.
- Drętwota!
Czerwony promień trafił prosto w serce Mel, która ze zdziwieniem na twarzy osunęła się nieprzytomna na mokrą posadzkę.
Niska, szczupła kobieta podbiegła do leżącej Mel i kopniakiem odtrąciła różdżkę towarzyszki daleko w mroczny róg lochu. Przez chwilę trzęsła się z przerażenia. Dopiero teraz docierało do niej, co zrobiła. Ciężki jęk Grace zwrócił jej uwagę ku blondynce wiszącej na ścianie.
-Diffindo. - Ciało dziewczyny spadło bezwładnie na podłogę. Gabe spróbowała przerzucić ją przez ramię, mając nadzieję, że Grace podejmie współpracę. Porzuciła ten pomysł i szybko wyczarowała nosze, na które wciągnęła bezwładne ciało. Dysząc i sapiąc, porwała ze stolika leżącą tam różdżkę Grace i uniosła nosze w powietrze. Chwilę później w lochu znajdowała się tylko nieprzytomna Mel. Metalowe drzwi zamknęły się z trzaskiem. Gabe skierowała się w lewo. Miała tylko nadzieję, że nie spotka nikogo po drodze. W końcu dotarła do tylnego wyjścia z posiadłości Cragleyów. Wybiegła do ogrodu i w tym momencie rozległ się niesamowity wrzask.
***
Richard aportował się w lesie rosnącym nieopodal dworu Cragleyów. Wpadł prosto w błotnistą kałużę i przez chwilę starał się wydostać z mokrej niespodzianki, co tylko pogarszało stan jego szaty. W końcu skrył się w krzakach rosnących na skraju polany, nieopodal brukowanej drogi prowadzącej do drzwi frontowych. Był poranek, więc Auror spodziewał się, że uda mu się zobaczyć kogokolwiek zmierzającego do posiadłości. Miał nadzieję, że dowie się, kto jest wplątany w ten spisek.
Zbliżało się południe, a Richard nie zauważył nikogo. Wyglądało to tak, jakby posiadłość była opuszczona. Plecy i kolana bolały go od ciągłego kulenia się i kucania za krzakami. Postanowił, że obejdzie dworek wkoło. Po około godzinie przedzierania się przez zarośla stan jego szaty pogorszył się jeszcze bardziej. Była ubłocona i poszarpana. W myślach wypowiadał na otaczającą go roślinność najokazalsze wiązanki, jakie przyszły mu do głowy. W końcu udało mu się zauważyć tylne wyjście prowadzące do okazałego ogrodu kończącego się na skraju lasu. Nastawał wieczór i Auror powoli tracił nadzieję, że uda mu się zobaczyć kogokolwiek. Wtedy nagle drzwi się otworzyły i wybiegła przez nie jakaś kobieta niosąca podłużne zawiniątko. W tym samym momencie rozległ się alarm. Richard zrozumiał, dlaczego nikt nie pojawiał się na zewnątrz posiadłości. Na otaczające je tereny zostało rzucone zaklęcie zawodzące.
Czarnowłosa kobieta zaczęła biec w stronę Richarda razem ze swoim pakunkiem. Auror początkowo się przestraszył, że go wykryją, więc schował się za drzewem i przygotował do teleportacji. Z okien posiadłości zaczęły lecieć różnorakie zaklęcia w tym i te niewybaczalne. Kobieta miała niesłychane szczęście, gdyż żadna klątwa jej nie dosięgła. Kiedy była w połowie drogi, Richard zrozumiał, że to, z czym owa kobieta ucieka, nie jest paczką, a osobą przykrytą kocem. Postanowił zostać i jej pomóc. Bez względu na jej poglądy, sprzeciwiła się spiskowcom, a to wystarczający powód, by uznać ją za sojusznika. Auror wysunął się zza drzewa i zaczął szyć z ukrycia przeciwzaklęcia. Kobieta zdawała się nie zauważyć niespodziewanej pomocy, gdyż niestrudzenie biegła dalej, aż wpadła do lasu. Richard rzucił zaklęcie tarczy i złapał ją za rękę, przez co w następnej chwili w jego twarz wycelowana została różdżka. Przerażenie kobiety przerodziło się szybko w niedowierzanie.
- A więc to jednak ty - zdołała wyszeptać.
Richard spojrzał na osobę, którą miał wcześniej za pakunek i jego serce zamarło. Mimo wielu ran i siniaków rozpoznał Grace. Pragnął, by to nie była ona, lecz nie miał żadnych wątpliwości. Wiedział już, dlaczego nie pojawiła się wczoraj wieczorem. Chciał przytulić dziewczynę z całego serca, jednak wiedział, że sprawi jej to ból. Łzy popłynęły z oczu Aurora, kiedy popatrzył na kobietę, która uratowała Grace.
- Jak mam ci dziękować?
- Uciekajcie, tak podziękujesz mi najlepiej. Nasz przywódca podejrzewał, że możesz współpracować z panią Robbins.
Richard patrzył skonfundowanym wzrokiem na kobietę.
- Wasz... przywódca? Należysz do spiskowców?
- Już nie. Mogę nienawidzić mieszańców i żądać odpowiednich praw dla prawdziwych czarodziejów, ale nie pisałam się na znęcanie i tortury. To jest nieludzkie. - Jej głos drżał na samo wspomnienie okropieństw, które tak niedawno widziała.
- Kto jest waszym przywódcą?
- To Cor...
W tym momencie błysnęło zielone światło, a twarz kobiety stała się obojętna. Jej ciało padło bezwładnie na murawę. Kilkanaście metrów dalej stała wysoka kobieta o brązowych włosach. Richard nie czekał, aż ta zorientuje się, że czarnowłosa kobieta miała wsparcie. Złapał Grace za nadgarstek i teleportował, chcąc zapewnić dziewczynie jakąkolwiek szansę na przeżycie.
Pojawił się w salonie Blake'a. Zapalone lampy zaczęły niebezpiecznie mrugać, a włączony telewizor nagle się przestał działać.
- Co tu się dzieje do chol... O mój... Grace!
Brat dziewczyny rzucił się w stronę leżącej na dywanie pokiereszowanej Grace. Richard klęczał nad nią i płakał.
- Czy ona? Czy... żyje?
- Tak, na pewno z tego wyjdzie. Tamci zabili osobę, która ją wyciągnęła z piekła. Nie możemy tu zostać.
- Ale, ale jak to? Chcesz ją znowu gdzieś zabrać?
Auror popatrzył z determinacją na brata Grace. Podjął decyzję i nie zamierzał się już cofnąć.
- Tak, zabiorę ją w bardziej bezpieczne miejsce. Oni na pewno wiedzą, że Grace ma braci. Będą jej szukać. Powinieneś wyjechać gdzieś daleko na wakacje. Spiskowcy nie zawahają się przed niczym. Widzisz, co zrobili Grace.
Richard przygotował się do kolejnej teleportacji. Po chwili siedział w swojej sypialni. Ułożył dziewczynę wygodnie na łóżku i pobiegł do łazienki po czyste ręczniki. Zwilżył je i przyłożył delikatnie do zakrwawionej twarzy Grace. Wziął z szafki kilka butelek z eliksirami, które podał ostrożnie dziewczynie. Wiedział, że dojście do zdrowia zajmie jej kilka dni.
W sumie nie wiem. Ogólnie podobało mi się, ale jednak nadal było kilka zgrzytów i takich no... banałów. Opisy były okej, ale już czekanie Ricza w lesie mnie nieco znudziło. Fajnie, że zaskoczyłeś nas tą babką, chociaż już trochę wcześniej można było się domyśleć, że ona zdradzi. Dobrze też, że nie poszedłeś na łatwiznę i nie zrobiłeś z Ricza rycerza w lśniącej zbroi, który przybędzie, zrobi rozpierduchę i uratuje ukochaną. Jednak im dalej w las, tym mniej mi się podobało. Dosłownie i w przenośni.
Po pierwsze, skoro podniósł się alarm i leciały zaklęcia, to znak, że czarodzieje widzieli, gdzie biegnie Gabe. Dlaczego chociaż dwóch z nich nie deportowało się na skraj lasu i stamtąd wyskoczyło z Avadą? Tego nie rozumiem.
Po drugie strasznie, strasznie banalnie wyszedł ten fragment:
- To Cor...
W tym momencie błysnęło zielone światło, a twarz kobiety stała się obojętna.
Już bym wolała, by tego w ogóle nie było, lub by nie zdążyła w ogóle nic powiedzieć. Po drugie w momencie śmierci człowiek zamiera z taką miną, jaką miał w momencie umierania. Dopiero potem całe ciało "flaczeje". Więc nie mogła się nagle w momencie dostania zaklęciem jej twarz stać obojętna.
No i trzecia sprawa, która mi się nie podoba osobiście, ale błędem chyba raczej nie jest. Po chusteczkę on najpierw zabrał pokiereszowaną, wykończoną Grace do jej brata, który nawet nie podejrzewał, że z jego siostrą coś jest nie tak i że zniknęła (co było widać w poprzedniej części przecież), by go przestraszyć, zrobić zamieszanie i deportować się z nią do siebie? No tego to już kompletnie zrozumieć nie umiem. I zapewne najłatwiej będzie to wytłumaczyć szokiem Ricza, że po prostu deportował się w miejsce, które przyszło mu najszybciej na myśl. Albo, że w momencie szoku nagle pomyślał, że musi kazać Blake'owi uciekać, bo jest w niebezpieczeństwie. Ale jakoś ciężko mi uwierzyć, by ktokolwiek tak szybko kojarzył fakty i tak szybko myślał. Moim zdaniem lepiej by było, gdyby deportowali się od razu do mieszkania Ricza, ten następnie szybko przez kominek wyjaśniłby wszystko Blake'owi i koniec.
Możesz być troszeczkę zły, że znów Ci marudzę, ale po prostu masz tak dobry warsztat, że teraz wystarczy się tylko skupić na samej autentyczności i pomyślunku, i naprawdę będzie idealnie. Dialogi już trzymają poziom, co było problemem w pierwszych częściach, więc tutaj jest spory progres. Zacząłeś też w końcu zmierzać do jakiegoś celu, co wytknęłam Ci rozdział wcześniej. Jest naprawdę dobrze, masz bogate słownictwo, więc możesz teraz skupić się na czymś innym. Powodzenia, trzymam kciuki! ;D