Młody auror dowiaduje się, że jego praca wcale nie należy do łatwych. Czy podoła wyzwaniu i podejmie właściwe decyzje?
Richard mijał kolejne grupki ludzi, próbując zlokalizować wśród nich kogoś, kto wzrostem przypominałby wyrośniętego goblina. Kilka razy zastanawiał się, czy aby na pewno skręcił w odpowiednią alejkę i czy jego poszukiwania oparte są na wiarygodnych informacjach. W końcu skierowała go tu grupka podpitych facetów. Zaczynało się ściemniać i miał już odłożyć dalsze śledztwo na następny dzień, gdy usłyszał znajomy niski głos dobywający się zza rogu.
- Szuka pani szczęścia? A może skusiłaby się na ten cudowny eliksir? Wystarczy łyżka stołowa dziennie, a wszystkie troski znikną.
Richard przysunął się do ściany budynku i wychylił się lekko, by upewnić się, czy słuch go nie myli. Wewnątrz wręcz skakał z radości. Nie wierzył w to, że faktycznie uda mu się kogokolwiek wyśledzić. Cofnął się nieco, zastanawiając się, jak podejść gościa, by ten zdradził mu kluczowe informacje. Korzystając z późnej pory dnia, skrył się w ciemnym zaułku, by nieco zmienić swój wygląd. Nie chciał, by Greni, czy jak mu tam, poznał go od razu.
Po chwili ruszył na spotkanie z handlarzem. Miał teraz długie blond włosy i krzaczaste wąsy, które skutecznie zakrywały połowę jego twarzy. Powoli przesuwał się do przodu, brnąc przez tłum ludzi wracających zapewne z pracy. Przyglądał się pospiesznie rozstawionemu stoisku, próbując zidentyfikować, jakie specyfiki próbuje on wcisnąć ludziom. Na ladzie stało kilka zaklejonych fiolek o różnej wielkości. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest to sprzedaż legalna. Mimo wszystko nie było to niczym dziwnym. W uliczkach leżących w pobliżu Pokątnej wręcz roiło się od takich oszustów. Na szczęście większość nie sprzedawała niczego niebezpiecznego, więc dla świętego spokoju pozwalano, by mogli kontynuować swój szemrany biznes. Kilka razy miał okazję przyglądać się, jak przeszkoleni funkcjonariusze ministerstwa sprawdzali, czy oferowane przedmioty nie są potencjalnym zagrożeniem. Zazwyczaj pod otoczką amuletów i rewolucyjnych specyfików kryły się zwykłe ozdoby i fiolki napełnione kolorową wodą.
Richard szedł powoli, zerkając co chwilę na stoisko, licząc na to, że handlarz zauważy to i zwietrzy potencjalnego klienta. Nie mylił się.
- Wygląda mi pan na przemęczonego. Mam wspaniały eliksir na tę przypadłość. Za drobną opłatą jedna z tych fiolek może być pana - zagadnął opływającym miodem głosem.
Richard przystanął na chwilę, po czym zbliżył się do Greniego, spoglądając z zainteresowaniem na oferowany mu specyfik.
- Nie pożałuje pan ani jednego knuta wydanego na ten eliksir. Sam go stosuję, kiedy mam gorszy dzień i proszę popatrzeć, promienieję szczęściem.
Sprzedawca uśmiechał się w stronę Richarda do momentu, kiedy ten nie spojrzał prosto na niego.
- Z chęcią dowiem się, cóż takiego powoduje, że te eliksiry są tak wspaniałe. Naprawdę, jeszcze ich nie zażyłem, a już czuję przypływ nowej energii. - Wziął do rąk jedną z buteleczek i udawał, że przygląda się jej zawartości. - Myślę, że skuszę się na kupno, jednak wolałbym o tym porozmawiać w nieco bardziej ustronnym miejscu. Osoba sprzedająca tak rewolucyjne specyfiki musi mieć przecież jakieś zaplecze.
Oczy handlarza przypominały teraz rozmiarem dwa złociste galeony. Richard zauważył, jak ten powoli kieruje swoją prawą rękę pod blat. Był jednak przygotowany na taką niedogodność. Poruszył lekko ramieniem, a do jego ręki zsunęła się różdżka. Machnął nią, nim ktokolwiek zdążył zareagować i unieruchomił sprzedawcę. Nachylił się nad stoiskiem i wsunął drugą rękę, w której trzymał eliksir pod ladę. Tak jak się spodziewał, była tam różdżka Greniego.
- Teraz cię odmrożę i radzę, byś ze mną współpracował. Nie chciałbym, byś zrobił coś głupiego. Chyba oboje wolelibyśmy uniknąć krzyków. Zaprowadzisz mnie na swoje zaplecze i tam pogadamy. Mam nadzieję, że zrozumiałeś. - Cofnął zaklęcie i przyłożył obie różdżki do boku handlarza. Ten lekko trzęsąc się ze strachu, pozbierał leżące na ladzie butelki i ruszył powoli wzdłuż uliczki. Richard podążał tuż za nim.
***
Do ciemnego pokoju wszedł wysoki, barczysty mężczyzna. Przystanął w ciszy obok stojących w szeregu kilku osób. Napięcie wisiało w powietrzu i nie zapowiadało się, by przyniosło cokolwiek pozytywnego. Z mrocznych głębin pomieszczenia wydobył się głęboki, męski głos.
- Złapałeś dziewczynę?
Pytanie wyraźnie zostało skierowane do wielkiego czarodzieja. Po chwili wahania wystąpił przed szereg. Uważne oko mogło zauważyć, że ten ogromny człowiek właśnie próbował stać się jak najmniejszym.
- Niestety, nie udało mi się, szefie. Szlama skołowała mnie i uciekła.
Przewodzący temu spotkaniu zrobił krok naprzód, wychodząc z mroku. Padające przez jedyne okno światło księżyca w pełni oświetlało srebrzystym blaskiem połowę pomieszczenia. Wszyscy mogli w końcu zobaczyć wysokiego mężczyznę o kędzierzawych włosach. Mimo półmroku widać było, że jest czerwony na twarzy, a na czole niebezpiecznie pulsowała mu żyła.
- Może w takim razie wytłumaczysz mi coś. Jakim cudem szlamowata pani archeolog pokonała przeszkolonego Aurora?
Wielki czarodziej zaczął cały dygotać. Miał świadomość tego, że żadna odpowiedź nie będzie dla niego dobra.
- Była na swoim terenie przygotowana na atak. Miała przewagę.
- Dziękuję, utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że nie traktujesz poważnie tej sprawy. - Po chwili milczenia dodał już prawie spokojnym głosem. - Nie martw się jednak. Przypomnę ci to. Crucio!
Głośny jęk wydobył się z ust czarodzieja, zanim jego ciało runęło z łoskotem na dywan. Wszyscy zebrani w pomieszczeniu przyglądali się w ciszy, jak torturowany człowiek zwijał się przed nimi w bólu. Trwało to zdecydowanie zbyt długo, lecz nikt nie miał odwagi pisnąć choćby słówka na ten temat. W oczach oprawcy widać było pasję i gniew, które rozpalały całe jego ciało. W końcu ten uznał, że już wystarczy. Jęki bólu ustąpiły ciężkiemu sapaniu.
- Silencio! Skoro tę sprawę mamy za sobą, to możemy przejść dalej. Czy chłopak od przesyłki czegokolwiek się domyślił?
Tym razem przed szereg wystąpiła szczupła kobieta o krótkich czarnych włosach.
- Obserwowaliśmy jego poczynania, ale nie zauważyliśmy niczego podejrzanego. Wczoraj zrobił zakupy i wrócił do mieszkania, a dziś odwiedził swoje miejsce pracy, po czym udał się do Dziurawego Kotła. Nic szczególnego.
- To dobrze. Przypomnijcie mi, żebym podziękował komuś za ten wybór. W nagrodę za dobre wieści dam ci kolejne zadanie. Nie popełnij tylko tego samego błędu, co to truchło. Znajdź i usuń Grace Robbins. Jeżeli to będzie konieczne, możesz ją zabić. Za dużo wie i zbyt intensywnie węszy nie tam, gdzie powinna. - Tu skierował głos ku reszcie zgromadzonych osób. - Jak idą przygotowania bankietu?
Trzech czarodziei popatrzyło po sobie, nie wiedząc, który ma zacząć. Dopiero wymowne chrząknięcie ich szefa skłoniło ich do szybszej reakcji.
- Wszystko idzie zgodnie z planem. Zaprosiliśmy co bardziej zasłużonych Aurorów. Udało się nam też przekonać Ronalda Weasleya, by nie wypaplał się przed Potterem i przy okazji jakoś zaciągnął go na to przyjęcie.
- Wspaniale. Bal z okazji dziesięciolecia pracy Pottera będzie dla niego wielką niespodzianką. O ile inni nie okażą się partaczami, to nasza broń będzie gotowa za sześć dni. Spotkanie uważam za zakończone. A... i wynieście mi to stąd. - Pokazał końcem różdżki na dygocącego wielkoluda, czekając, aż zostanie wyniesiony na zewnątrz. Z zimną pasją przyglądał się, jak czterech czarodziejów sapie z wysiłku, próbując jak najszybciej opuścić to miejsce.
Drzwi trzasnęły i mogło się wydawać, że wysoki mężczyzna jest sam. Nie było to jednak prawdą.
- Jestem z ciebie dumna, Cormac - powiedziała kobieta, która wyłoniła się z mroku. - Nie możemy pozwolić sobie na kolejne niedopatrzenia.
Objęła go od tyłu i przylgnęła do niego, próbując rozluźnić jego napięte mięśnie. Powolnymi ruchami masowała muskularne ramiona, szepcząc mu do ucha pochwały. Mężczyzna zdawał się nie reagować na zachowanie kobiety.
- Romildo, doceniam twoje poświęcenie. Cieszy mnie, że zgodziłaś się, bym to ja dowodził - przesunął ręką po jej długich czarnych włosach, kończąc na podbródku. - Ty pierwsza doceniłaś moje zdolności przywódcze.
- Wszyscy je zauważyli, Cormac. Tylko przez tego, pfff, wybrańca, zaczęli z ciebie szydzić. Zepsuł twoją reputację i odrzucił moje uczucia. Musi zapłacić za swoje czyny. Wszyscy nas szanowali, dopóki on nie zmieszał nas z błotem - wpatrzyła się w twarz mężczyzny. - To ty jesteś urodzonym przywódcą i zrobię wszystko, byś mógł zająć należne ci miejsce, o ile zostawisz obok miejsce i dla mnie.
Odwrócił wzrok od Romildy i wpatrzył się w tarczę księżyca.
- Gdybym tylko mógł, sam bym wszystko przygotował. Ci ludzie nie zdają sobie sprawy...
- Ciii... - przyłożyła mu do ust palec wskazujący. - Robią, co mogą, potrzebujemy ich. To zbyt dużo jak na dwie osoby. Poza tym, gdy Potter będzie już martwy, będziemy potrzebowali kilku zaufanych ludzi. Potraktuj ich obecne potknięcia jako test wiary w twoją osobę.
Jak dla mnie najlepsza część. Znów wróciłeś do świetnych opisów. Dialogów jest mało, ale żaden nie wydaje się wymuszony. Są emocje, jest akcja. A gdy dowiedziałam się KTO jest wrogiem, opadła mi szczęka. Strasznie psychiczne to jest dla mnie, przecież wcale tak nie było... noale, "ofiary" pewnie potęgowały i pielęgnowały w sobie uczucie nienawiści. Mam nadzieję, że Ricz ich zabije.
Jestem ciekawa co powie naszemu bohaterowi gnomik. Pisz szybciutko kolejną część!