Młody auror dowiaduje się, że jego praca wcale nie należy do łatwych. Czy podoła wyzwaniu i podejmie właściwe decyzje?
Cormac Maclaggen podszedł do Harry'ego i złapał go za żuchwę, unosząc mu głowę tak, by mógł patrzeć prosto w jego oczy.
- W końcu nadeszła ta chwila. Poczujesz, jak to jest stracić wszystko - powiedział z dumą. Był arogancki i najwidoczniej pragnął nacieszyć się chwilą zwycięstwa. - To ty zmieniłeś moje życie w koszmar. Byłem kimś, ludzie mnie doceniali, a potem to ciebie wybrali na kapitana drużyny. Poniżyłeś mnie, choć wiedziałeś, że jestem najlepszy. Wszyscy to wiedzieli, ale ty wolałeś mnie odrzucić i postawić na tego swojego Weasleya! Nikt potem już nie patrzył na mnie tak jak wcześniej. Straciłem przyjaciół, szacunek, byłem sam. Stoczyłem się na samo dno, ale na szczęście znalazł się ktoś, kto nigdy we mnie nie zwątpił. Pomogła mi, dała mojemu życiu nowy cel. Ogień znów płonął we mnie, ale tym razem to był płomień zemsty. Miałem po co żyć, a teraz w końcu odpłacę ci się za moje utracone lata życia, które ty wykorzystywałeś w najlepsze. Ciepła posadka na szczycie, kochająca żona, to wszystko należy się mi, a nie tobie!
Głos Cormaca nabierał mocy. Z każdym następnym słowem miało się wrażenie, jakby lawina zbliżała się nieuchronnie do swojego celu, którym w tym wypadku był Harry.
- To my sami odpowiadamy za swój los - odpowiedział słaby, chrapliwy głos wydobywający się z ust Pottera, choć tak niepodobny do charakteru tego człowieka. Richard podejrzewał, że jego szef traci siły, a samo wypowiedzenie pojedynczego zdania jest dla niego niesłychanie trudne. - To nie ja jestem odpowiedzialny za twój upadek. Ty sam doprowadziłeś się na skraj klęski. Gdybyś był naprawdę taki potężny, to sam potrafiłbyś rozwiązać swoje problemy. Nigdy nie zrozumiałeś, że inni ludzie są równi tobie. Zawsze traktowałeś ich jako gorszych, pomiatałeś nimi.
Przemowę Pottera zagłuszył nagły złowieszczy śmiech Cormaca, który dodatkowo mocniej zacisnął swoją rękę na żuchwie Harry'ego, uniemożliwiając mu wypowiedzenie choćby słowa więcej.
- Powiedziano mi, że będziesz się wypierał własnej winy jak tchórz. Tylko tak zamierzasz się bronić, tylko na tyle cię stać w obliczu klęski? Teraz już wiesz, jak to jest?! Szybka śmierć byłaby dla ciebie nagrodą, a ja nie jestem tak wspaniałomyślny. Będę patrzył, jak trucizna odbiera ci energię. W końcu nie będziesz mógł złapać oddechu. Twoje płuca będą płonęły z bólu, pragnąc byś zaczerpnął świeżego powietrza. Mój triumf jest tylko kwestią czasu. Wkrótce cały świat dowie się, że to ja jestem najpotężniejszym czarodziejem. Będą bać się mojej zemsty, wspominając o tym, co przydarzyło się ich złotemu chłopcu. Zabiję wszystkich, którzy spróbują mi się przeciwstawić, a ich koniec będzie jeszcze boleśniejszy niż twój. Nic nie powstrzyma...
W tej chwili gdzieś na sali rozległ się krzyk, błysnęło czerwone światło. Richard widział, jakby w zwolnionym tempie, jak jeden z popleczników Cormaca pada ogłuszony na zielony, puchaty dywan.
Cały świat jakby oszalał. Tak nieznośny bezruch przerodził się nagle w szamotaninę. Coraz więcej osób odzyskiwało władzę nad swoim ciałem, kiedy to kolejni spiskowcy padali zaskoczeni na ziemię. W końcu i Richard poczuł, że może się ruszać. Złapał szybko Grace za nadgarstek i odciągnął ją w stronę kominka.
- Posłuchaj mnie, wysłałem twojego brata, by odnalazł odtrutkę na jad, który podali Potterowi. Musisz go odnaleźć. I to szybko.
- Richardzie, nie zamierzam się poddawać - warknęła, próbując wyminąć Aurora, jednak ten złapał ją za ramiona i spojrzał głęboko w jej oczy.
- I nie proszę cię o to. Potterowi zostało mało czasu, a nie wiemy, jak szybko uwarzą w Hogwarcie antidotum - powiedział jej, zanim zrobił krok w tył.
Richard patrzył z napięciem na Grace. Miał nadzieję, że ta wymówka wystarczy, by odciągnąć ją od zagrożenia. Ta uśmiechnęła się do niego lekko i mocno przytuliła, jakby chciała przekazać mu tym gestem to wszystko, co próbowała usilnie ukryć przez ostatnie parę dni. W końcu odsunęła się i, nie patrząc na Richarda, wzięła proszek Fiuu leżący na kominku i wrzuciła go do ognia. Auror jeszcze przez parę sekund patrzył, jak dziewczyna znika w zielonych płomieniach. Wydawało mu się, że widzi łzy spływające po jej twarzy.
W końcu odwrócił się i pobiegł w stronę Cormaca, który walczył już z Ronem. Zaklęcia przelatywały tu i ówdzie, rozbijając się o kamienne ściany i wzburzając tumany kurzu. Liczne wybuchy powodowały, że srebrna zastawa latała we wszystkich kierunkach. Panujący wszędzie chaos zdawał się jedynie to potęgować. Richard nie miał pojęcia, czy spiskowcy przegrywają. Miał teraz tylko jeden cel, a mianowicie dotrzeć do Pottera i zrobić wszystko, by go chronić. Biegnąc pośród gruzu, potknął się o bezwładnie leżące ciało, a upadając na podłogę zauważył, jak Cormac kopniakiem wytrącił różdżkę z dłoni Weasleya, po czym kolejnym silnym ciosem w podbródek znokautował najlepszego przyjaciela Pottera. Nie czekając na kolejny krok wroga, Richard uniósł różdżkę i utworzył barierę ochronną pomiędzy Maclaggenem a Ronem. Dryblas o kędzierzawych włosach rozglądał się rozwścieczony, jednak widocznie cieszył się z faktu, że mimo wszystko udało mu się ogłuszyć Weasleya. Dojrzał Richarda w momencie, kiedy ten wstawał z ziemi.
- "Confringo" - krzyknął Cormac.
Richard nie miał żadnych szans, by odbić lecącą w jego stronę bombę. Spróbował uskoczyć w bok, jednak mimo to siła zaklęcia była wystarczająco duża. Auror uderzył z impetem w kamienną ścianę, nie mogąc złapać oddechu. Czuł, jak liczne odłamki różnych przedmiotów przecinają mu skórę. Na szczęście wokół wzbiły się tumany kurzu, nie pozwalając Cormacowi zlokalizować Richarda. Kiedy ten oswoił się z bólem, ścisnął mocniej jarzębinową różdżkę i ruszył przed siebie. Zobaczyli się nawzajem dokładnie w tym samym momencie. Maclaggen ponownie cisnął zaklęcie eksplozji. To był jego błąd, gdyż Auror był przygotowany. Stworzył odpowiednią barierę, po czym w następnej chwili rzucił zaklęcie oszałamiające. Czerwony promień dosłownie o włos minął Cormaca, na którego twarzy pojawił się wyraz nieprzeniknionej furii. Z rykiem rzucił się w stronę Richarda, ciskając grad zaklęć i klątw. Było ich zdecydowanie zbyt wiele, by stworzyć odpowiednią barierę, więc Richard zanurkował pod nogi Maclaggena, zbijając go z tropu. Oboje stracili równowagę i padli na ziemię. Richard jednak to wszystko zaplanował, więc jako pierwszy podniósł się i wycelował różdżkę w Cormaca.
- "Expelliarmus" - krzyknął w swoich myślach. Cisowa różdżka wyrwała się z ręki dryblasa i zniknęła w chmurze pyłu. Maclaggen pozbawiony swojego magicznego oręża wcale nie zrezygnował z dalszej walki. Ponownie rzucił się na Aurora, jednak bez różdżki był bezbronny.
- "Incancerous" - krzyknął Richard, po czym gruba lina oplątała potężne cielsko Cormaca. Mężczyzna próbował się szamotać, jednak to tylko zacieśniło krępujący go sznur.
Richard czuł, jak ciepła krew spływa powoli po jego policzku, jednak zignorował to. Miał ważniejszy problem na głowie. Dyszał ciężko, rozglądając się po zdemolowanej sali balowej. Pojedyncze osoby jeszcze walczyły pomiędzy sobą, jednak spiskowcy przegrywali tę walkę. Richard podszedł do nieprzytomnego już Harry'ego. Nieopodal siedział Ron, który najwidoczniej nie doszedł jeszcze do siebie po miażdżącym ciosie Cormaca.
- "Rennervate" - rzekł Richard, celując w pierś swojego szefa, jednak zaklęcie wydawało się nie przynosić żadnych wymiernych skutków. Kurz powoli opadał, ukazując ogrom zniszczeń. Wielki stół był w drzazgach, a na podłodze leżały resztki kryształowych żyrandoli. Ocalali Aurorzy stali z uniesionymi różdżkami w ręku, oświetlając nagle mroczne pomieszczenie, które rozjaśniał jedynie ogień trzaskający w marmurowym kominku. Biały pył osiadał na ogłuszonych ciałach spiskowców i zapewne już martwych Aurorach. Po tylu hukach nagle panowała grobowa cisza przerywana jedynie przez skrępowanego Cormaca. Ronald Weasley krótkimi sygnałami wydawał rozkazy poszczególnym ocalałym, po czym podszedł do Richarda i położył mu dłoń na ramieniu.
- Dziękuję za uratowanie mi skóry. Wspaniale sobie poradziłeś...
- Och, nazywam się Richard Woodward. Niecały rok temu zakończyłem szkolenie. Moim przełożonym był Garrington.
- Był? - powiedział Ron, patrząc się ze zdziwieniem na Richarda.
- Tak sądzę. - Wskazał dłonią przerażonego mężczyznę, który leżał spetryfikowany koło kominka. - On też należał do spiskowców. Panie Weasley, mistrz eliksirów w Hogwarcie próbuje właśnie przyrządzić antidotum na truciznę, którą użyli.
Ron dał krótki znak swoim ludziom, którzy zajmowali się Potterem. Złapali swojego szefa pod barki i aportowali się zapewne gdzieś do Hogsmeade. Richard podszedł wraz z Weasleyem do wciąż szamoczącego się Cormaca. Pragnęli dowiedzieć się, kto pomógł mu w uknuciu całej tej intrygi. Przy związanym Maclaggenie stał już Neville wraz z Hanną. Po obojgu widać było, że również zaciekle walczyli.
- Gdzie jest Grace? - zapytała się z troską Hanna.
- Jak tylko walka rozgorzała, udało mi się wysłać ją siecią Fiuu w bezpieczne miejsce.
Uwaga wszystkich skupiała się jednak na Cormacu, który patrzył gniewnie na otaczających go Aurorów. Wił się i ryczał, próbując jakoś oswobodzić się z wyczarowanych przez Richarda więzów. Gniew wrzał w nim niczym we wulkanie, który wkrótce miałby wybuchnąć. Nagle nienawiść płonąca w jego oczach ustąpiła zdziwieniu. W pomieszczeniu zapadła nieznośna cisza, znacznie głębsza i bardziej złowroga. Maclagen zaczął drżeć i krztusić się, jakby nie mógł złapać oddechu. Z jego ust i nosa pociekła krew, która mieszała się z kurzem i potem, zanim zaczęła skapywać na kamienną podłogę. Zewsząd dał się słyszeć prawie niezauważalny szept, który narastał z każdą sekundą. "Thug mé tú saol. Anois tá mé ag glacadh riamh a bhí mise." - powtarzał ciągle bezosobowy głos. Maclaggen wygiął się w łuk i jęknął przeciągle. Coś zabijało go od środka i przy okazji sprawiało mu niewyobrażalny ból. "Thug mé tú saol. Anois tá mé ag glacadh riamh a bhí mise." Szept przerodził się w dudnienie, boleśnie napierające na bębenki wszystkich otaczających Cormaca Aurorów. Magiczne więzy zaczęły nabierać czerwonej barwy. Krew przeciskała się przez linę, jakby próbując znaleźć się jak najdalej od ciała, w którym powstała. "Thug mé tú saol. Anois tá mé ag glacadh riamh a bhí mise." Słowa zdawały się wibrować na tyle mocno, że całe pomieszczenie wydawało się kruszyć od potęgi tych przerażających słów. Nagle kakofonia zamarła, tak jak i Cormac. Nikt nie miał wątpliwości, że przywódca spiskowców już nie żyje. Gdzieś w oddali niosło się ciche echo szaleńczego śmiechu.
Nie wiem co mam napisać. Końcówka kompletnie mnie zaskoczyła, spodziewałem się jakiegoś prostego rozwiązania akcji, a nie czegoś takiego. Mam nadzieję, że w epilogu znajdą się odpowiedzi dotyczące wszelkich wątków. Jednak domyślam się, że o tym dziwnym języku za wiele się nie dowiemy ;d
Ta część jest też bardzo krótka, liczyłem na dłuższą walkę. Chociaż sam jej opis i tak wyszedł Ci świetnie! ;>