Młody auror dowiaduje się, że jego praca wcale nie należy do łatwych. Czy podoła wyzwaniu i podejmie właściwe decyzje?
- Tak się cieszę, że jednak przyszedłeś... - przywitała go Grace.
Richardowi od razu przypomniało się, dlaczego się tu znalazł. Uśmiech zniknął z jego twarzy, a zastąpił go grymas. Nadal miał jej za złe akcję w parku. Przystanął obok dziewczyny.
- Przede wszystkim jestem tu, by poznać tę przepowiednię - powiedział Richard.
- I zaraz ją usłyszysz. Musisz się tylko trzymać blisko mnie - odpowiedziała prędko.
Złapała go za rękę i pociągnęła w kierunku drzwi prowadzących do Departamentu Tajemnic. Dziwnie się czuł, podążając tak za Grace. Tyle razy biegali ciemnymi korytarzami Hogwartu, trzymając się za ręce, by się nie zgubić, a jednak teraz miał uczucie, jakby jego dłoń wręcz płonęła. Nie miał wyjścia. Wkraczał na teren, którego nie znał. W przeciwieństwie do Grace.
Weszli do okrągłego pomieszczenia z tuzinem drzwi. Przystanęli na chwilę na środku sali, a ściany zaczęły szaleńczo wirować. Powoli zaczynało mu się kręcić w głowie, więc spojrzał na dziewczynę. Dopiero teraz zauważył, jak zmieniła się przez te kilka lat. Kości policzkowe wydawały się wydatniejsze, a pomiędzy brwiami można było dostrzec niewielkie zmarszczki. Nadal jednak widać było energię i zawziętość w jej granatowych oczach, lekko zakrytych przez długą blond grzywkę. Zawsze miała długie włosy, które wiązała w piękny warkocz, znikający jako ostatni, kiedy wchodziła przez drzwi do Pokoju Wspólnego Krukonów. Jak to dobrze, że nie spoglądała teraz na Richarda, który wpatrywał się w nią z zafascynowaniem. Była za to bardzo skupiona i patrzyła prosto przed siebie. W końcu wszelki ruch w okrągłym pokoju ustał. Grace wzmocniła uścisk i dziarskim krokiem ruszyła przed siebie, ciągnąc Richarda za sobą.
Mijali kolejne pokoje, w których znajdowały się różne dziwne przedmioty. Richard miał nieodparte wrażenie, że w jednym z nich, w akwarium, pływał ludzki mózg, wokół którego wiły się macki. Szybko odrzucił tę niedorzeczną myśl i próbował sobie przypomnieć, po co tu się w ogóle znalazł. No tak, przepowiednia.
- Daleko jeszcze?
- Nie - odpowiedziała i pchnęła kolejne drzwi. - Jesteśmy na miejscu.
Byli w wielkiej sali pełnej pustych półek. Grace puściła jego rękę i ruszyła przed siebie, dając mu tym samym do zrozumienia, że i on nie może spokojnie stać w miejscu. Ruszył powoli, przyglądając się prawie identycznym regałom, które różniły się tylko numerem wyrytym na metalowych plakietkach.
- Skoro to jest Sala Przepowiedni, to gdzie są te proroctwa?
- Na końcu. Po pewnym incydencie, jaki tu miał miejsce jakieś trzynaście lat temu, prawie wszystkie kule zawierające przepowiednie uległy zniszczeniu. Podobno kiedyś wszystkie te półki były wypełnione po brzegi - szepnęła.
Chłopak w końcu zauważył małą grupkę jasnych sfer leżących na końcu sali. Grace zatrzymała się przy jednej z nich. Na plakietce widniał napis:
"S. D. do M. L.
Grace Robbins
i (?) Richard Woodward"
Chłopak spojrzał z wyczekiwaniem na swoją przyjaciółkę. Ta, widocznie rozumiejąc niepewność Richarda, wskazała ręką na kulę.
- Weź ją w dłonie. O nic się nie bój, jesteśmy tu sami.
Auror wziął szklaną sferę do rąk. Była przyjemnie ciepła, jakby czekała na jego przyjście. Wszystko dookoła zamgliło się. Richard zobaczył przygarbioną, starszą kobietę, która miała dokładnie takie same oczy jak Grace. Nagle jej wzrok stał się mętny, a z ust zaczęły wydobywać się charkotliwe jęki, które powoli układały się w składne zdania.
Nadejdzie czas radości, lecz jadowite węże, spragnione kolejnych żyć, nie będą próżnować.
Trzecia z mojego rodu będzie musiała zdradzić przyjaźń, by ją chronić.
Zrobi to, gdyż w przeciwnym wypadku węże zwyciężą i nawet ten, który tak wiele dla niej znaczy, nie będzie w stanie ich powstrzymać.
Gęsta mgła rozwiała się równie szybko jak się pojawiła, a Richard ponownie ujrzał Salę Przepowiedni. Grace ze stoickim spokojem zabrała mu kulę z rąk, po czym zamachnęła się, rozbijając ją na kawałki. Huk rozbijanego szkła przerwała ponownie starsza kobieta wypowiadająca słowa przepowiedni.
- Dlaczego to zrobiłaś? Teraz nie mamy żadnego dowodu! - krzyknął.
Nie rozumiał, dlaczego Grace czasami zachowywała się jak wariatka. A to był na pewno jeden z takich momentów.
- Nasi wrogowie także nie będą mogli tego usłyszeć. Teraz nikt, oprócz nas, nie dowie się o znaczeniu tych słów.
Nadal rozeźlony na Grace, popatrzył po raz ostatni na staruszkę, która rozpłynęła się w powietrzu.
- Kim była ta kobieta? - zapytał jakby mimochodem.
- Moją pra, pra, pra, prababką Samanthą Dust. To były podobno jedne z ostatnich słów, jakie wypowiedziała w swoim życiu - wydusiła z nutą smutku w głosie.
- Pra, pra... że co? Ale przecież mówiła ona o trzeciej kobiecie w twoim rodzie, więc...
Grace nie dała mu dokończyć, przerywając w połowie zdania.
- Jestem nią ja. Samantha miała dwie córki i od tego czasu w mojej rodzinie nie narodziła się żadna kobieta. Ja jestem pierwszą od pięciu pokoleń. Sam wiesz, że mam trzech starszych braci.
Richard powoli przetwarzał te informacje. Zawsze się gubił, gdy przychodziło do wyjaśniania korelacji rodzinnych. Postanowił jednak nie wnikać w drzewo genealogiczne Grace.
- No dobrze, zatem pomyślmy nad słowami przepowiedni. Jadowite węże, spragnione kolejnych żyć... może to wskazówka. Może chodzi o Ślizgonów.
Dziewczyna popatrzyła na niego z politowaniem.
- To by było zbyt oczywiste. Myślę, że chodzi o osoby, które spiskują przeciwko władzy.
- Jak wolisz, dla mnie to czasem jedno i to samo - powiedział tonem dającym do zrozumienia, że wcale go nie przekonała. Ale dla świętego spokoju tym razem łaskawie przyznał jej rację.
Grace rzuciła na niego piorunujące spojrzenie.
- Zadziwiasz mnie. O ile dobrze pamiętam, jeszcze kilka lat temu starałeś się bronić Ślizgonów przed moimi docinkami.
Popatrzył na nią wściekłym wzrokiem. Zawsze kiedy próbował podważyć jej tok rozumowania, ona była w stanie znaleźć haczyk w jego własnych argumentach. Nadal uważał za głupie oskarżanie Ślizgonów o całe zło tego świata, a tym razem posłużył się ogólnie przyjętym stereotypem. Nie zamierzał jednak się przed nią teraz tłumaczyć.
- Nic nie jest stałe. Wróćmy może do meritum. Dalej jest część o tobie. Że zdradzisz mnie, by chronić naszą przyjaźń, bo inaczej węże zwyciężą i nawet...
- I nawet ty ich nie powstrzymasz - dokończyła pospiesznie za niego.
- Czyli nie wiemy nic więcej - skwitował ponuro.
Grace zaśmiała się głośno, co zbiło z tropu Richarda. Miał nadzieję, że znajdzie tu nieco więcej odpowiedzi.
- No to odkryłeś Amerykę. Mówiłam ci, że znam słowa przepowiedni.
- Łudziłem się, że pominęłaś jakąś kluczową wskazówkę - popatrzył wymownie na Grace. - No dobra, masz zatem jakiś plan?
- Musimy jakoś dotrzeć do Pottera i go o tym wszystkim ostrzec.
Powiedziała to takim tonem, jakby właśnie zastanawiali się, czy na piknik zapakować koc w kratę, czy może w paski. Wiedział, że Grace wspaniale się bawi, drażniąc go. Zawsze to robiła, gdy liczył, że go w czymś wyręczy.
- I co mu powiemy? Że ktoś spiskuje i zamierza zabić niewinnych ludzi, a jedynym potwierdzeniem naszej tezy są słowa przepowiedni, którą rozbiłaś!?
Grace zerknęła lekko zmieszana na kawałki szkła leżące między nimi. Niestety ten stan nie trwał nawet chwili. Pewność siebie wróciła na jej twarz.
- W takim razie potrzebujemy jeszcze dowodów. Jesteś chyba aurorem. Musieli cię szkolić, jak znajdować poszlaki.
Jasne, gdyby to tylko było takie proste - pomyślał Richard, jednocześnie zastanawiając się, czy dziewczyna właśnie z niego zakpiła, czy też może wyraziła wiarę w jego możliwości. Zastanawiał się chwilę nad tą jakże intrygującą zagwozdką, zanim zdał sobie sprawę, że Grace oczekuje na jego odpowiedź.
- Hmm, mógłbym spróbować. Nadal jednak nie wiemy, jak dotrzeć do mojego szefa, chyba że jakimś cudem masz koleżankę, która zna go osobiście.
- Nie, nie mam. Ale słyszałam, że kiedyś był przywódcą szkolnej grupy oporu. Nazywali się... coś tam Dumbledore'a. Spróbuję odnaleźć kogoś z tej grupy.
W jej słowach wszystko wydawało się o wiele prostsze, niż było w rzeczywistości.
- Wygląda to na plan. Czyli co? Nasze ścieżki chwilowo się rozchodzą? Jak się spotkamy ponownie?
- Bądź jutro wieczorem w swoim mieszkaniu - rzuciła Grace.
Skrzywił się lekko. Przecież musiał poprowadzić śledztwo na własną rękę, bez pomocy instruktorów ani kolegów. Musiał znaleźć jakąś poszlakę, a potem po kolei dochodzić do rozwiązania. Zazwyczaj trwało to kilka tygodni. Czyżby naprawdę wierzyła, że podoła on takiemu zadaniu?
- Nie dajesz mi dużo czasu na śledztwo.
- Bo tego czasu wcale nie masz. Musimy jak najprędzej zdemaskować spiskowców. Użyjesz kominka w moim biurze. Nie będziemy ryzykować, byś łaził teraz po Atrium albo Biurze Aurorów.
- A wcześniej to niby mogłem? - zakpił.
- Wierzę, że poradziłeś sobie dobrze z tym arcytrudnym zadaniem, a teraz chodźmy.
Wyciągnęła różdżkę i szybkim smagnięciem spowodowała, że szkło rozpłynęło się w powietrzu. Wzięła ze sobą plakietkę z ich imionami i ruszyła w kierunku wyjścia. Richard z cichym westchnięciem podążył za Grace. Znów mijali liczne pokoje i korytarze, aż trafili do niewielkiego, schludnego pomieszczenia, które wręcz nie pasowało do wystroju reszty departamentu. Było tu przytulnie i ciepło. Czarne cegły błyszczały w blasku licznych świec wiszących na zdobionych żyrandolach.
- To tutaj znajdują się Pokoje Niewymownych.
Położyła dłoń na okrągłej klamce jednych z drzwi. Momentalnie wydobył się z nich odgłos metalowych zębatek. Pchnęła je energicznie i weszła do środka.
Denerwowały mnie te przerwy między dialogami a opisami, więc najchętniej bym to edytowała... Ale bałam się, że może taką wizję miałeś, więc zostawiłam.
Co do części to w sumie nie wiem. Ogólnie mi się podobała, ale było sporo zgrzytów, które mi nie pasowały. Najważniejszy to ta nieszczęsna przepowiednia. Jej tekst jest tak nieporadny i nienaturalny, że aż boli ;> Jeszcze początek okej, ale później ->
Zrobi to, gdyż w przeciwnym wypadku węże zwyciężą i nawet ten, który tak wiele dla niej znaczy, nie będzie w stanie ich powstrzymać.
Szczególnie "zrobi to, gdyż w przeciwnym wypadku węże zwyciężą" bardzo nie pasuje do słów przepowiedni. Przepowiednie przecież nigdy nie były takie konkretne. I w ogóle dobór słów i ułożenie ich jest takie nieporadne.
I to zdanie też mi się nie podoba:
Poza tym fajnie, że opisałeś chociaż trochę ten Departament i pokoje. Epizod z mózgiem i mackami jest na 10. Jestem ciekawa jak wyglądają pokoje niewymownych. Jedynie Grace mnie w tym fan ficku denerwuje, w tej części chyba nawet najbardziej.
I teraz można się domyśleć, że poza Harrym wprowadzisz nam jeszcze jedną postać z HP. Stawiam na Lunę!