Zanim zacznę kolejny rozdział, muszę Was prosić o wybaczenie, bo dopiero teraz zauważyłem, że na stronie nie zmieścił się pełny tytuł. Brzmi on: Adulescentia est tempus discendi, sed nulla aetas sera est ad discendum Poza tym, wybaczcie drobny błąd rzeczowy, który wynikał z nieuwagi - otóż według rozkładu, statek odpływał o czwartej, a nie o szóstej trzydzieści. Bardzo Was za to przepraszam i liczę, że nie zrezygnujecie przez to z czytania. Miłej lektury :)
***
Pedersen ciągle siedział na kanapie zalany zimnym potem, wytrzeszczonymi oczami patrząc się w drzwi, za którymi zniknął dementor i tajemniczy patronus. Oddychał ciężko, bał się, ale nie dementora samego w sobie, ale tego, że został przez niego tak zaskoczony. Dopiero po dłuższej chwili mógł się poruszyć i podnieść z podłogi swój płaszcz, który się z niego zsunął. Pokuśtykał do okrętowego bufetu, aby kupić sobie czekoladę, bowiem wiadome było, że był to najlepszy lek na tego typu dolegliwości. Dopiero, kiedy zjadł pół tabliczki, zdał sobie sprawę ze znaczenia tego, co przeżył i zobaczył. Przecież płynął na mugolskim statku, więc jakim cudem natrafił na dementora? Ze zdziwieniem również stwierdził, że na statku wszystko było w jak najlepszym porządku. Co prawda mugole nie widzą dementorów, ale za to doskonale czują ich obecność - unoszącą się mgłę, przenikliwy chłód, uciekanie szczęścia ze świata. Tymczasem, życia na statku odbywało się zupełnie normalnym rytmem, zupełnie jakby nic się nie stało. Poza tym, był jeszcze jeden szczegół - skoro patronus pojawił się znikąd, to ktoś musiał go wyczarować. A to znaczyło, że na statku musiał znajdować się jeszcze jakiś inny czarodziej.
Pedersen wrócił do saloniku i zapisał wszystkie swoje spostrzeżenia w notesie.
Zastanawiał się nad tym jeszcze przez moment, po czym włożył wszystkie swoje narzędzia z powrotem do kufra i próbował ponowie się zdrzemnąć, nie udało mu się to jednak. Był nadal zbyt wstrząśnięty tym, co się wydarzyło. W końcu skapitulował. Usiadł i zaczął wertować swoje książki. Późnym popołudniem nareszcie dotarli na miejsce. Pedersen założył płaszcz i kapelusz, wziął kufer i wyszedł do portu.
Miasto przystrojone było ozdobami bożonarodzeniowymi. Wszystkie latarnie uliczne świeciły (tutaj Pedersen był pod wrażeniem faktu, że do każdej ulicy dochodzi światło, co w szwedzkiej stolicy takie oczywiste nie było), przyozdobione kolorowymi bombkami. Z domowych okiennic zwisały zaś złote i srebrne łańcuszki. Gdzieniegdzie przystrojone w kolorowe światełka, gwiazdki, bombki i inne ozdoby były miejskie choinki. Po ulicach zaś chodziły grupki dzieci, śpiewające kolędy. Pedersen natychmiast poczuł się lepiej w tej atmosferze, zapominając o skutkach ataku dementora. Podarował nawet jednej grupie kolędników drugą połowę czekolady, którą kupił na statku. Przeszedł ulicą na rynek miejski i zagadnął jednego ze sprzedawców kiełbasek.
- Dzień dobry panu. Nazywam się Lasse Lindrenn, jestem ze Szwecji. Przyjechałem do mojej rodziny na święta, ale oni mieszkają w Berlinie i muszę gdzieś zjeść i spędzić noc. Czy są tu w pobliżu jakieś gospody? - zapytał Pedersen.
- Ach witajcie, panie! O pokój w gospodzie będzie ciężko, wszystko zajęte. Poza tym, roi się tam od żydostwa! Ach, panie! Nawet pan nic nie mów! - ciągnął Niemiec dalej, zauważywszy zdziwienie na twarzy Pedersena. - Od wieków nawiedzają naszą ziemię jak plaga! Plaga, która niszczy nasz kraj! Zabierają nam miejsca pracy, trują nas i zabijają jako lekarze, robią wodę z mózgu naszym dzieciom jako nauczyciele, szkoda gadać... Ale pan się nie martwi! - Tu pozwolił sobie na uśmiech i poklepał Pedersena po ramieniu. - Teraz szykują się w Niemczech zmiany. Po świętach, kiedy Reichstag wznowi swoją pracę, będziemy mieli nową władzę i oni już dobiorą im się do skóry!
- Nową władzę? - zapytał zaciekawiony Pedersen, bo wszystkie takie szczegóły mogły mu się przydać w rozwiązaniu sprawy.
- Taa, niech pan tam zerknie! - odpowiedział sprzedawca, pokazując palcem na jeden z budynków. Na jego drzwiach widniał wielki plakat ukazujący niemieckich robotników z podpisem "HITLER NASZĄ OSTATNIĄ NADZIEJĄ!".
- No to co, zamawia pan coś? Jeśli pan chce, to mógłby pan przenocować u mnie. My, Niemcy i Szwedzi wywodzimy się z tej samej nordyckiej rasy, a rodzina musi sobie pomagać! - odparł z uśmiechem sprzedawca.
- Nie, dziękuję, nie jestem głodny. I wie pan co, zdradzę panu tajemnicę, bo widzę, że popiera pan naszą sprawę. - odpowiedział Pedersen ściszając głos i usiłując blefować, by wyciągnąć ze sprzedawcy jak najwięcej. - Tak naprawdę nie przyjechałem tutaj do rodziny. Przyjechałem, aby pomóc panu eee... Hitlerowi w naszej sprawie. Jestem z organizacji działającej na rzecz wyzwolenia Szwecji. Muszę znaleźć jednego człowieka, który będzie mi pomagał, ale nie wiem kim on jest. Nie wiem o nim nic więcej, niż to, że czeka na mnie w jakiejś gospodzie. Więc niech pan będzie tak dobry i sporządzi mi listę wszystkich znajdujących się w tym mieście zajazdów. To niewiele dla pana, ale dużo dla ludzkości!
- A...a-ależ oczywiście, kamracie! - odpowiedział nieco zdruzgotany sprzedawca. - Prawdę mówiąc to są tu tylko dwa zajazdy. Jeden jest tutaj na rynku i nazywa się "Miś Hieronim", a drugi jest przy wjeździe do miasta, przy Bismarckstrasse i nazywa się jakoś dziwnie... eee... zaraz, jak to było..."Jad akromantuli" czy jakoś tak...
- Dziękuję panu bardzo, kamracie! - rzucił szybko Pedersen i odszedł, wiedząc już czego szukać, bo nie chciał przebywać z tym szaleńcem. Sam znał aż za dobrze nienawiść na tle narodowym czy rasowym i znał jej skutki, nie miał więc zamiaru dłużej tego wysłuchiwać. Przeszedł przez rynek, w końcu udało mu się znaleźć poszukiwany zajazd. Wszedł do niego i podszedł do starszego barmana. Usiadł przy barze i ściszył głos.
- Nazywam się Lindrenn, ktoś miał tu na mnie czekać.
Barman przerwał zmywanie kufla, czym wcześniej się zajmował, i spojrzał na Pedersena.
- Ach tak, to pan! Proszę do pokoju numer 24, tam ktoś na pana czeka. I niech pan lepiej trzyma różdżkę w pogotowiu - odpowiedział barman. Pedersen, bez żadnego podziękowania, wstał i przeszedł na klatkę schodową, rzucając przy okazji opryskliwe spojrzenia całej tej ruderze. Wszedł do wskazanego przez barmana pokoju.
Był to malutki pokój, w którym nie było nic poza drobnym łóżkiem i półką, na której stała zapalona świeca, będąca jedynym oświetleniem pokoju. Pedersen zamknął drzwi i podszedł do łóżka, na którym drzemał jakiś stary człowiek. Pedersen spojrzał na niego, ale potem odwrócił wzrok, by nie zwymiotować. ("Brzytwa i mydło są chyba obce temu człowiekowi"). Wyjął różdżkę, mruknął
Lumos!, a pomieszczenie się rozjaśniło światłem, które wypłynęło z jego różdżki. Ten nagły blask obudził lokatora.
- Dobry wieczór, nazywam się Lasse Lindrenn i przybyłem do Niemiec na wasze wezwanie. Miał mi pan coś przekazać, ale jeśli szanowny pan pozwoli, to najpierw ja kupię panu mydło, wodę, brzytwę i jakieś nowe ubrania! - powiedział dość głośno i z obrzydzeniem Pedersen. Wyglądający na pijaka człowiek nic nie odpowiedział, tylko zgasił świecę i dał mu znak, aby poszedł za nim. Zatem Pedersen wyszedł w ślad za tajemniczym człowiekiem z gospody. Wyszli z miasta. Szli przez przeszło pół godziny polną, ciemną uliczką przy około dwudziestostopniowym mrozie. "Przewodnika" Pedersena zapewne grzał alkohol, ale Pedersen skręcał się z zimna. Już miał pogonić swojego towarzysza, kiedy nagle ten się zatrzymał. Pedersen szturchnął go różdżką.
- Idź rzesz pan, nie mam zamiaru zamarznąć tu na kość!
Ale ów człowiek, zamiast ruszyć się i pójść dalej, upadł na twarz, skulił się i zniknął gdzieś pod swoim płaszczem.
- Witamy w piekle, panie Pedersen! - powiedział jakiś głos zza głowy aurora. Pedersen odwrócił się. Za nim stało czterech mężczyzn ubranych w czarne stroje wyglądające na mundury, na rękach mieli czerwone naszywki z jakimś dziwnym, czarnym symbolem w białym kole, a na piersi dwie błyskawice.
- Kim jesteście? - zapytał Pedersen, celując w nich różdżką.
- Mnie nazywają Erik, a pozostali to Denzel, Schwarzenberg i Heiderer. Nieważne kim jesteśmy, ważne, że zakończymy twój żywot - odpowiedział zjadliwym głosem, po czym niemal w jednej chwili wszyscy wyjęli różdżki, wycelowali je w Pedersena i krzyknęli
Expelliarmus!. Najwidoczniej nie wiedzieli o Pedersenie wszystkiego. Jakimś cudem znali jego nazwisko, ale zapewne umknął im fakt, że jest jednym z najlepszych na świecie w swoim fachu. Szybko rzucił Zaklęcie Tarczy, które było tak mocne, że odbiło żółte strzały, które wystrzeliły w Pedersena i powaliły na ziemię napastników. Pedersen, nie wahając się ani chwilę, szybko podbiegł bliżej i krzyknął
Incarcerus!. Błysnęło, pojawiły się liny, które natychmiast obwiązały się wokół ludzi, którzy go zaatakowali. Byli teraz na jego łasce.
- Kimkolwiek jest wasz zleceniodawca, następnym razem musi się nieco bardziej postarać, bo taka banda patafianów jak wy nie da rady Sigurdowi Pedersenowi! - syknął z drwiną w ich kierunku, po czym splunął na tego, który do niego mówił.
Cóż mogę powiedzieć, a raczej napisać. Autor cały czs trzyma wyski poziom prac i każdy rozdział czytam z równym zainteresowaniem i przyjemnością. Niezmiernie cieszę się, że główny bochater tak świetnie radzi sobie z napastnikami. Nie lubię takich pewnych siebie pyszałków, co myślą że są lepsi do wszystkiego i wszystkich. Nie widziałam błędów, ale też nie szukałam