Severitus | AU 5 tom
Rozdzia³ 13. Witaj, Syriuszu!
Dwie najlepsze rzeczy w ¿yciu to ciep³y croissant i szybki powrót do domu.
— Stephen King „Czarna bezgwiezdna noc”
Syriusz Black zawsze spodziewa³ siê, ¿e umrze w walce, a tak¿e ¿e w chwili ¶mierci zobaczy anio³y piêkne jak jutrzenki, które wyst±pi± spo¶ród jasno¶ci przy chórze tr±b i tym podobnych. Jednak tego, czego nie bra³ pod uwagê, to bólu w ka¿dej ko¶ci oraz wdzieraj±cego siê w nozdrza smrodu spalonych desek. Otworzy³ oczy i jêkn±³. A tak dobrze wszystko siê zapowiada³o — wykona³ zadanie i mia³ wróciæ do Anglii.
Zdrêtwia³ymi palcami siêgn±³ do kieszeni. Z³oto zab³yszcza³o w s³oñcu. Kluczyk. Roze¶mia³ siê s³abo.
Przeturlawszy siê na bok, kopn±³ koñcem buta martwego ¶miercio¿ercê, tak dla dobra sprawy. Chwiejnie pod¼wign±³ siê na nogi i zamruga³. Z kryjówki, w której zatrzyma³ siê miêdzy aportacjami, pozosta³o jedynie gruzowisko oraz osmolone ¶ciany. Jak te zakapturzone kanalie wytropi³y go, pozostawa³o poza jego zdolno¶ci± pojmowania. ¦ciskaj±c w d³oni ró¿d¿kê, poku¶tyka³ do drzwi. Ostro¿nie wyjrza³ na zewn±trz, gotowy do obrony, je¶li napastników by³o wiêcej ni¿ trzech. Jednak nikt nie wyskoczy³ z ciemno¶ci, nie rzuci³ z ukrycia zaklêcia ani nie wykrzycza³ zabijaj±cej kl±twy.
Pospiesznie na³o¿y³ czary maskuj±ce oraz neutralizuj±ce wszelkie ¶lady magii, po czym przetransmutowa³ ka¿de cia³o w ko¶æ i schowa³ do woreczka. Nastêpnie aportowa³ siê o trzydzie¶ci mil na pó³noc, ¿eby zakopaæ je w lesie. U¶miechn±³ siê z³o¶liwie. Barany nie zawiadomi³y Voldemorta, wiêc przez jaki¶ czas ich pan bêdzie mia³ nie lada problem z doj¶ciem, gdzie podziali siê brakuj±cy zwolennicy.
Od kiedy Syriusz wyruszy³ w drogê powrotn±, spotyka³y go same k³opoty. Zaraz po opuszczeniu chaty natrafi³ na mantykorê, która upar³a siê go po¿reæ. Bez szans zwyciêstwa w walce jeden na jeden próbowa³ aktywowaæ ¶wistoklik, ale wypad³ mu z r±k, gdy stworzenie zamachnê³o siê na niego ogonem uzbrojonym w truj±ce ¿±d³o. Dos³ownie w ostatniej chwili uda³o mu siê aportowaæ, lecz na afrykañskiej granicy niefortunnie przyuwa¿yli go miejscowi aurorzy. Ci powiadomili angielsk± ambasadê, a tamci z kolei skontaktowali siê z ambasadami we W³oszech. Po¶cig za nim ci±gn±³ siê a¿ do Wenecji, w której uda³o mu siê wmieszaæ w t³um mugoli, a nastêpnie jako pies przedostaæ mugolskim ¶rodkami transportu do S³owenii. Nieznany mu wcze¶niej kraj okaza³ siê spokojny i wzglêdnie wolny od aurorów, wiêc zdecydowa³ siê spêdziæ w nim trzy dni. W koñcu na stacji benzynowej wypatrzy³ ciê¿arówkê udaj±c± siê z towarem do Niemiec. Tym sposobem przeby³ Austriê i Czechy, a¿ dotar³ do Frankfurtu. Stamt±d pod os³on± nocy aportowa³ siê do Belgii i francuskiego Calais, po czym przeci±³ kana³ La Manche do nadbrze¿nego Dover. Bêd±c ju¿ w Anglii, zrobi³ postój w jednej z dawnych kryjówek Zakonu, jednak jakim¶ cudem ¶miercio¿ercy wywêszyli jego trop i tak oto jest tutaj — poobijany, choæ wci±¿ ¿ywy.
Syriusz wyci±gn±³ z kieszeni lusterko i rzuci³ na siebie kilka zaklêæ zmieniaj±cych wygl±d. Przetransmutowa³ wy¶wiechtan± szatê w surdut, wyczarowa³ siw± brodê oraz dopasowa³ do niej kolor w³osów. Tu i ówdzie doda³ te¿ kilka zmarszczek oraz spêdzi³ trochê czasu na manipulowaniu kszta³tem swojej twarzy, wzoruj±c siê szczególnie na nosie Snape'a. Kiedy ju¿ upewni³ siê, ¿e nikt go nie rozpozna, pozostawi³ za sob± las z zakopanymi ¶miercio¿ercami, omin±³ Londyn i po kilku aportacjach pojawi³ siê przed posiad³o¶ci± Albusa Dumbledore'a. Przeku¶tyka³ przez ogród i ko³atk± w kszta³cie feniksa zastuka³ do frontowych drzwi. Wkrótce ujrza³ w nich znajom± twarz dyrektora.
Albus omiót³ jego sylwetkê, d³u¿ej zatrzymuj±c siê na oczach. A niech to! Zupe³nie zapomnia³ ich zmieniæ.
— Zgubi³em ¶wistoklik — wypali³, wiedz±c, ¿e zosta³ rozpoznany. — A u¶ci¶laj±c, zjad³a go mantykora. D³uga historia…
Srebrne brwi Dumbledore'a wystrzeli³y w górê.
— Ach tak. W ka¿dym razie dobrze ciê w koñcu widzieæ.
— Wzajemnie, bo niewiele brakowa³o.
— M-hm…
Broda starszego czarodzieja zako³ysa³a siê, gdy cofn±³ siê o krok, wpuszczaj±c swojego go¶cia do ¶rodka. Syriusz rozejrza³ siê ciekawie po o¶wietlonym holu, przez moment rozkoszuj±c siê grub± warstw± ochronnej magii, która kr±¿y³a w powietrzu i otula³a jego cia³o niczym miêkki, ciep³y koc. Pewnie dziêki zaklêciom Albus wiedzia³, kim jest naprawdê ju¿ w momencie pojawienia siê w ogrodzie. Dumbledore zaprowadzi³ ich do salonu i kaza³ siê rozgo¶ciæ. Z westchnieniem przyjemno¶ci Syriusz opad³ na pluszow± kanapê.
— Prawdê powiedziawszy — zacz±³ Albus, przywo³uj±c z kuchni dwie fili¿anki oraz li¶cie czarnej herbaty. Zala³ je gor±c± wod± wyczarowan± z ró¿d¿ki — zastanawia³em siê, czy kogo¶ po ciebie nie wys³aæ, ale doniesienia z czarodziejskiego rz±du by³y obiecuj±ce.
— Naprawdê?
— Bezskutecznie ¶cigano ciê przez ca³e pañstwo, a potem znikn±³e¶ jak druzgotek w wodê. Cukru? — Kiedy Syriusz skin±³ g³ow±, Albus przywo³a³ srebrn± cukiernicê. — Podejrzewam, ¿e £apa mia³ w tym swój udzia³.
— Owszem, ale w³a¶nie przez to moja podró¿ wyd³u¿y³a siê.
— Czy zdoby³e¶ to, o co prosi³em?
Syriusz wyci±gn±³ kluczyk z kieszeni. Dumbledore chwyci³ przedmiot pomarszczonymi palcami i przyjrza³ mu siê z bliska.
— Niesamowite… Gdyby¶ tylko mia³ pojêcie, Septimusie.
— Mówi³e¶, ¿e przed ¶mierci± przekaza³ ci pewne wspomnienia… i to dziêki nim odkry³e¶, gdzie powinni¶my szukaæ. Rozumiem, ¿e mia³ kontakty, choæ wci±¿ nie mam pojêcia, sk±d. Zastanawiam mnie jednak, co dok³adnie znajdziemy, gdy otworzymy skarbiec? Je¶li oczywi¶cie gobliny nam pozwol±?
— Wiedzê — odpar³ zwiê¼le Albus. Nie wyja¶niaj±c nic wiêcej, wyczarowa³ pióro, ka³amarz oraz kawa³ek pergaminu. Nastêpnie naskroba³ dwie wiadomo¶ci. K±tem oka Syriusz zauwa¿y³, ¿e adresatami byli Lupin oraz londyñski Gringott. — Wróæ do domu i odpocznij. — Dumbledore przywo³a³ Fawkesa i przekaza³ mu zapieczêtowane listy. — Jutro czeka nas wszystkich bardzo ciê¿ki dzieñ.
Syriusz zmarszczy³ brwi. Spodziewa³ siê, ¿e przez najbli¿sze kilka miesiêcy bêdzie umiera³ z nudów. Albus kategorycznie zabroni³ mu brania udzia³u w jakichkolwiek misjach. Jedynym wyj±tkiem by³a podró¿ do Afryki.
* * *
Nastêpnego ranka dok³adnie zrozumia³, co Dumbledore mia³ na my¶li.
Lupin, ten podstêpny futrzak, ¶mia³ mu powiedzieæ, ¿e wszystko jest w porz±dku! Oczywi¶cie Syriusz nie bardzo w to wierzy³. Po Voldemorcie i ¶miercio¿ercach na wolno¶ci mo¿na spodziewaæ siê tylko chaosu. Jednak by³ tak zmêczony, ¿e oczy same siê zamyka³y i grozi³o mu za¶niecie na stoj±co. Za³o¿y³ wiêc, ¿e je¶li wydarzy³oby siê co¶ naprawdê powa¿nego, jego przyjaciel nie zatai³by tego przed nim.
Niestety myli³ siê.
Nietkniêta herbata ostyg³a, a talerz ze ¶niadaniem le¿a³ porzucony nieopodal. Syriusz zaciska³ kurczowo palce na Proroku Codziennym i z niedowierzaniem wpatrywa³ siê w pierwsz± stronê. Z ka¿dym poruszeniem oczu ¶ledz±cych tekst jego twarz przybiera³a coraz bardziej szarawy odcieñ.
Napad na Privet Drive... porwanie... ¶mieræ najbli¿szej rodziny... zdementowano... przemówienie w ministerstwie... atak Sami-Wiecie-Kogo... wyczerpanie magiczne... utrata opieki... sierociniec...
— Mia³e¶ go chroniæ! — zagrzmia³ Black. — To... to... — Potrz±sn±³ gwa³townie gazet±. — Powinienem zostaæ, powinienem... Gdzie on jest? GDZIE ON JEST?!
— Harry jest bezpieczny i nie trafi³ do sierociñca.
— Czy nic mu nie jest? Jest zdrowy?
Lupin spojrza³ na Dumbledore'a z niepokojem. Starszy czarodziej westchn±³.
— Obecnie jego ¿yciu nie grozi niebezpieczeñstwo.
— Obecnie...? — wyszepta³. Patrzy³ na Dumbledore'a, jakby ten na jego w³asnych oczach przeistoczy³ siê w zjawê. — Co to znaczy obecnie?
Dumbledore wyt³umaczy³ mu, ¿e podczas ucieczki Harry zosta³ z³apany przez Lucjusza Malfoya. Jednak zamiast zaprowadziæ ch³opca do Voldemorta, mê¿czyzna postanowi³ zem¶ciæ siê na nim, u¿ywaj±c kl±twy Cruciatus. Albus zapewni³, ¿e Harry znajduje siê teraz w bezpiecznym miejscu, a nowo wynaleziony eliksir Severusa pozwoli na pe³ne wyleczenie. Gdy skoñczy³ mówiæ, na twarzy Syriusza widaæ by³o czyst± determinacjê. — Chcê go zobaczyæ. Natychmiast.
— Zaaran¿ujê spotkanie tylko pod warunkiem, ¿e wys³uchasz mnie do koñca. S± rzeczy, które Prorok nie opisa³, a które musisz wiedzieæ. — Dumbledore zawaha³ siê, ale po chwili kontynuowa³: — Pewna osoba sprzeciwia³a siê wyjawieniu komukolwiek, jak naprawdê wygl±da obecna sytuacja. Ostatecznie jednak doszli¶my do porozumienia, ¿e bêdzie najlepiej, je¶li dla was obu zrobimy wyj±tek. — Pomin±³ fakt, ¿e Severus jasno wyrazi³ siê, ¿e skoro Albus ma zamiar powiedzieæ prawdê Blackowi, to równie dobrze mo¿e od razu j± zdradziæ Lupinowi, bo „pewnikiem ten zapchlony kundel i tak wszystko wygada swojemu przyjacielowi od siedmiu bole¶ci”.
Syriusz przytakn±³ w zgodzie. W d³oni trzyma³ ró¿d¿kê, jakby by³ gotów w ka¿dej chwili wypa¶æ z kuchni i aportowaæ siê do miejsca, w którym przebywa³ Harry. Bez zbêdnych wstêpów Dumbledore wyja¶ni³, w jaki sposób odkryli mo¿liwo¶æ unikniêcia oddania jego chrze¶niaka do sierociñca i uniemo¿liwienia procedury adopcyjnej. Kiedy wyjawi³, ¿e biologicznym ojcem Harry'ego jest nie James Potter a Severus Snape, Syriusz wygl±da³, jakby go spetryfikowano. Tylko mruganie powiekami ¶wiadczy³o, ¿e jeszcze ¿yje.
— Dobrze siê czujesz? — zapyta³ Lupin.
Syriusz zamruga³, po czym wybuchn±³ gromkim ¶miechem.
— A to dobre! — Dumbledore uwa¿nie obserwowa³ zza okularów-po³ówek, jak Syriusz zgina siê w pó³, ¶miej±c siê tak mocno, ¿e ca³e krzes³o siê trzês³o. Wzrok Lupina pod±¿a³ nerwowo miêdzy nimi. — Co obieca³e¶ Snape'owi, ¿eby siê na to zgodzi³? Merlinie… jego mina musia³a byæ bezcenna… — W koñcu opanowa³ siê na tyle, ¿eby usi±¶æ prosto i wytrzeæ ³zy z oczu. Mimo to wci±¿ z jego ust wymyka³y siê pojedyncze chichoty. — Przynajmniej mi mog³e¶ powiedzieæ prawdê, Albusie. Umiem dotrzymaæ ka¿dej tajemnicy. Doprawdy, Harry synem Snape'a… — Pokrêci³ g³ow± z niedowierzaniem. — Nie mam najmniejszego pojêcia, jak uda³o ci siê przekonaæ ludzi do tego pomys³u, ale widzê, jak na to wpad³e¶. Jasne, wszyscy wiedz±, ¿e przez wiêkszo¶æ swojego ¿ycia siê przyja¼nili, a do tego teraz uwa¿any jest za szpiega jasnej strony — pomin±³, ¿e wci±¿ mu nie ufa — wiêc Snape jest idealnym kandydatem dla bajki, jakoby mieli romans. Poza tym bardzo wygodny jest fakt, ¿e James zagin±³ krótko przed ¶lubem, a Harry jest wcze¶niakiem. Skoro ka¿dy by³ przekonany, ¿e James nie ¿yje, to kto by obwinia³ Lily? — Nagle spowa¿nia³. Bolesne wspomnienia usunê³y wszystkie ¶lady wcze¶niejszego rozbawienia. — Nawet ja sam namawia³em j±, ¿eby zaczê³a siê z kim¶ spotykaæ. Trudno by³o spodziewaæ siê, ¿e tak szybko zapomni, ale nie mog³em patrzeæ, jak codziennie p³acze.
Dumbledore westchn±³ ciê¿ko.
— Sêk w tym, ¿e Severus naprawdê jest ojcem Harry'ego.
Tym razem Syriusz gapi³ siê na Dumbledore'a têpo. Przez chwilê zdawa³ siê szukaæ na jego twarzy oznak ¿artu, ale znalaz³ jedynie ¶mierteln± powagê. Momentalnie zblad³.
— Lunatyku, powiedz mi, ¿e to nieprawda. — Lupin spojrza³ na niego bezradnie. — Wiedzia³e¶!?
— Albus powiedzia³ mi tydzieñ temu.
— Harry synem Snape'a? Jak to jest mo¿liwe? No jak!?
Widz±c nieunikniony wybuch, Lupin chwyci³ przyjaciela za ramiê i powtarza³ jego imiê za ka¿dym potrz±¶niêciem.
— Syriuszu, uspokój siê!
G³owa Syriusza obróci³a siê tak gwa³townie, ¿e w pokoju rozbrzmia³o g³o¶ne strzykniêcie ko¶ci.
— Ty mi mówisz, ¿e mam siê uspokoiæ? Jak ja mam siê uspokoiæ?
Wyrwa³ ramiê z u¶cisku i wsta³ tak gwa³townie, ¿e krzes³o przewróci³o siê z ³oskotem. Nastêpnie zacz±³ chodziæ od ¶ciany do ¶ciany, wydeptuj±c w dywaniku dziurê.
— Nie wierzê… Po prostu nie wierzê…
Wszelka racjonalno¶æ ulecia³a z niego, niczym powietrze z przek³utego balonika. Jego umys³ wirowa³ od nat³oku my¶li — a ka¿da kolejna by³a straszniejsza od poprzedniej. Jest ojcem chrzestnym syna Snape'a! Snape'a. Gdy tak miota³ siê po jadalni, zupe³nie przegapi³ znacz±ce spojrzenie Albusa pod tytu³em „Remusie, b±d¼ mu g³osem rozs±dku”. Lupin westchn±³ ciê¿ko, jakby zbyt zmêczony ¿yciem.
Dopiero po godzinnej perswazji, podczas której Lunatyk wybija³ mu z g³owy coraz to nowsze pomys³y, a szczególnie te, które koñczy³y siê bolesn± ¶mierci± Snape'a, Syriusz pozwoli³ posadziæ siê na krze¶le. Dumbledore zrobi³ ¶wie¿± herbatê, po czym suto przyprawi³ j± eliksirem uspokajaj±cym. Black zaakceptowa³ napój bez dyskusji i wypi³ go duszkiem. Trzymaj±c w rêku pust± fili¿ankê, spojrza³ na jej dno, jakby oczekiwa³ zobaczyæ tam przysz³o¶æ. Zmarszczy³ brwi. Nie poparzy³ siê, wiêc Albus musia³ sch³odziæ herbatê…
Lupin bezg³o¶nie powiedzia³ do Albusa „¼le z nim”. Równie bezg³o¶nie dyrektor odrzek³ „to widaæ” i doda³ „jaka szkoda”, co sprawi³o, ¿e Lupin spojrza³ na niego dziwnie.
W koñcu Syriusz wyrwa³ siê z otêpienia.
— To jest… nawet nie wiem, jak to okre¶liæ…
Remus straci³ cierpliwo¶æ i warkn±³:
— Je¶li dla ciebie jest to trudne, to pomy¶l, jak czuje siê sam Harry. We¼ siê w gar¶æ, Black!
£apa spojrza³ na Lunatyka w zdziwieniu. Ostatni raz jego przyjaciel u¿y³ tego tonu, gdy Syriusz próbowa³ spotykaæ siê z trojaczkami Swanson jednocze¶nie.
— Remus ma racjê — wtr±ci³ siê Albus. — A zwa¿ywszy na ostatnie wydarzenia, trzeba podej¶æ do tej sytuacji ostro¿nie. — Nagle spojrza³ na Syriusza przenikliwie. Jego niebieskie oczy zdawa³y siê przeszywaæ na skro¶. — Zastanawia mnie, czy moje obawy s± s³uszne.
— Jakie obawy? — zapyta³ Syriusz.
— Mo¿liwe, ¿e siê mylê, ale nie potrafiê oprzeæ siê wra¿eniu, ¿e mi³o¶æ i lojalno¶æ wzglêdem Jamesa mog±… ach, jakby to powiedzieæ… za¶lepiæ ciê.
Syriusz zamruga³, wpatruj±c siê têpo w Albusa.
— Co masz na my¶li?
— ¯e odrzucisz Harry'ego, tak jak to zrobi³ Severus, gdy my¶la³, czyim jest synem.
Te s³owa podzia³a³y na niego, jak kube³ zimnej wody, a jednocze¶nie wywo³a³y kolejn± falê z³o¶ci.
— Je¶li s±dzisz, ¿e zni¿ê siê do poziomu tej ¶miercio¿erczej kanalii…!
Wsta³ gwa³townie, ponownie przewracaj±c krzes³o. Och, bola³o go jak cholera, ¿e James nie pozostawi³ po sobie potomka i ¶wiat³a linia Potterów wymar³a bezpowrotnie. Snape zabra³ jego przyjacielowi to, co by³o najdro¿sze ka¿demu czarodziejowi! Dziedzica! Do tego nie móg³ uwierzyæ, ¿e ze wszystkich ludzi, Lily wybra³a w³a¶nie jego! Owszem, przyja¼nili siê, ale przecie¿ ju¿ wtedy podejrzewali, ¿e ten sukinsyn przy³±czy³ siê do Voldemorta. Jak ona mog³a tak po prostu pój¶æ do jego domu? A gdyby ten bydlak co¶ jej zrobi³? Syriusz potrz±sn±³ g³ow±. Nie ma sensu zastanawiaæ siê nad niebezpieczeñstwami, które nie maj± teraz znaczenia.
Syriusz pomy¶la³ o Harrym. Zna³ go od ko³yski. Wystarczy³o raz na malca spojrzeæ i cz³owiek przepada³ bezpowrotnie, wiêc naturalnie by³ oczkiem w g³owie ka¿dego. Potem na w³asne oczy widzia³, na jak wspania³ego i odwa¿nego ch³opca wyrós³. Gryfon z krwi i ko¶ci! Ile trzeba mieæ ikry, by stan±æ do walki przeciw ca³ej hordzie dementorów i ratowaæ azkabañskiego zbiega przed Poca³unkiem? Na dodatek na hipogryfie?
Pocieszy³ siê faktem, ¿e Snape nie wychowywa³ Harry'ego, wiêc nie zd±¿y³ go zepsuæ. Ju¿ sobie wyobra¿a³, jak uczy go czarnej magii i bycia tchórzliw± kreatur± bez zasad oraz krêgos³upa moralnego. Wzdrygn±³ siê. Syn Lily w ³apach Snape'a, to¿ to potworne! Westchn±³ ze zrezygnowaniem. No có¿, rodziny siê nie wybiera, sam po sobie wiedzia³ to najlepiej. Nie by³o powodu winiæ Harry'ego, ¿e ma takiego ojca.
Jego rozwa¿ania przerwa³ g³os Albusa.
— Chcê wiedzieæ, co zamierzasz. Twój chrze¶niak czy nie, nie dopuszczê do tego, ¿eby¶ go zrani³.
Syriusz machn±³ rêk± lekcewa¿±co.
— Tak, tak… Jasne, rozumiem. — Dumbledore spojrza³ na niego ostro. W b³êkitnych oczach nie by³o ani krztyny ³agodno¶ci. Syriusz wyrzuci³ w górê rêce w ge¶cie poddania. — Przyrzekam, ¿e nie zraniê go.
Albus skin±³ g³ow± i wsta³.
— Zatem porozmawiam z Severusem. I tak jest kilka rzeczy, które mia³em z nim omówiæ. — Spojrza³ znacz±co na najnowsze wydanie Proroka Codziennego le¿±ce na stole. Na jego pierwszej stronie widnia³o zdjêcie Lucjusza Malfoya. — Je¶li nie bêdzie ¿adnych przeszkód, my¶lê, ¿e godzina szesnasta bêdzie najodpowiedniejsza. Severus otworzy dla ciebie kominek. Wystarczy, ¿e wypowiesz „Prince Manor”. — Na odchodnym doda³: — Nie rozczaruj mnie, Syriuszu.
* * *
Snape nie ¿artowa³. Po trzech godzinach Harry mia³ nadziejê ju¿ nigdy wiêcej nie widzieæ kocio³ka. To, nad czym przysz³o mu pracowaæ, by³o tak obrzydliwe, ¿e nie dawa³o siê tego opisaæ s³owami. Mia³o czu³ki, drga³o, pulsowa³o, ¶mierdzia³o zgni³ymi jajkami oraz wy¶lizgiwa³o siê z r±k, czyni±c jego zadanie, jakim by³o wyrywanie czu³ek, prawie niemo¿liwym. Na dodatek ¶luz przyczepia³ siê do palców tak mocno, i¿ Harry podejrzewa³, ¿e bêdzie musia³ zetrzeæ skórê, by siê go pozbyæ.
Po raz kolejny jego ¿o³±dek skrêci³ siê od ostrego zapachu i nawet oddychanie ustami nie pomaga³o. Oczy ³zawi³y mu przez prawie ca³y czas, wiêc zacz±³ powa¿nie zastanawiaæ siê, czy mo¿na w ten sposób siê odwodniæ. Nawet nie móg³ wytrzeæ mokrych policzków, bo rêce mia³ sklejone ¶luzem, a nie by³ na tyle szalony, by zbli¿aæ je w okolice twarzy. Co te… stworzenia w sobie maj±? Wywar z cebuli zamiast krwi? Wreszcie Harry'emu uda³o siê z³apaæ wij±c± siê czu³kê, wiêc szybko wyrwa³ j±. Wyda³a z siebie obrzydliwy d¼wiêk, przypominaj±cy chrzêst ³amanych kostek skrzy¿owany z obscenicznym mla¶niêciem.
— Do czego u¿ywa siê… tego czego¶? — zapyta³, marszcz±c nos i krzywi±c siê jednocze¶nie.
— Do Confinium Exiti1. Wysoce leczniczej mikstury dzia³aj±cej na wszystkie komórki. Czu³ki mucocela, znanego te¿ jako fundir lub ¶luzowiak pensylwañski, wytwarza ¶luz, który jest wykorzystywany w eliksirach…
— Fuj…
— …odka¿aj±cych ze wzglêdu na w³a¶ciwo¶ci utleniaj±ce. Same czu³ki jednak¿e posiadaj± gruczo³y uaktywniaj±ce pewne procesy. Bez nich mucocele nie mog³yby wyprodukowaæ i roznie¶æ na swoim odw³oku chroni±cego ich ¶luzu. Dziêki wykorzystaniu tego samego mechanizmu jest mo¿liwe rozprzestrzenianie leczniczego eliksiru na ca³y organizm czarodzieja, jak równie¿ zwielokrotnienie si³y jego dzia³ania. Confinium Exiti stosuje siê, gdy trzeba dzia³aæ szybko, a nie jest znana przyczyna choroby ani jej umiejscowienie. Analogicznie rzecz ujmuj±c, jest ekwiwalentem bezoaru zwalczaj±cego trucizny.
— Ekwiwalentem?
— Odpowiednikiem. Czym¶ o tej samej warto¶ci.
Harry powróci³ do pracy, ju¿ tak bardzo nie przejmuj±c siê tym, jak okropne by³o to zajêcie. Taki eliksir móg³ uratowaæ niejedno ¿ycie. Je¶li trzeba siê troszeczkê namêczyæ przy czu³kach, by³o warto.
* * *
Harry opad³ z jêkiem na ³ó¿ko. By³ wykoñczony. Oczywi¶cie Snape nie u³atwia³ mu ¿ycia i zaraz po pracy w laboratorium da³ mu szczegó³owy wyk³ad na temat tego, jak g³upim wyskokiem by³a jego ucieczka poprzedniego dnia. Mê¿czyzna wymieni³ wszystkie niebezpieczeñstwa, na które Harry móg³ siê naraziæ i przedstawi³ ka¿dy scenariusz, jaki móg³ go czekaæ, a wszystkie koñczy³y siê w ten sam sposób: jego ¶mierci± — czasami powoln± i bolesn±, a niekiedy szybk± jak mrugniêcie okiem, ale zawsze ¶mierci±. Snape ostrzeg³ go te¿, ¿e poniewa¿ nie mo¿na mu ufaæ w tak elementarnej kwestii jak w³asne bezpieczeñstwo, na³o¿y³ na posiad³o¶æ zaklêcie, które natychmiast powiadomi go, je¶li Harry choæ zbli¿y siê do jej granic.
Wygl±da³o na to, ¿e wczoraj Snape specjalnie odpu¶ci³ sobie strofowanie go, by nastêpnego dnia Harry by³ bole¶nie ¶wiadom ka¿dego us³yszanego s³owa. Mo¿liwe równie¿, ¿e mê¿czyzna nie chcia³ ryzykowaæ ponownej utraty panowania nad sob±. Pomimo ¿e przez ca³y czas tyrady jedynie gro¼nie górowa³ nad Harrym, to pod koniec sprawia³ wra¿enie, jakby tylko nadludzk± si³± woli powstrzymywa³ siê przed wywleczeniem go z pokoju i zaprowadzeniem do sali tortur. Harry ju¿ wola³ pracowaæ nad czu³kami ¶luzaków pensylwañskich, ni¿ prze¿ywaæ to do¶wiadczenie.
Kiedy Snape przedstawi³ mu wszystkie konsekwencje, które musia³oby ponie¶æ multum osób, czu³ siê naprawdê podle. Od ¶rodka z¿era³y go potworne wyrzuty sumienia i mia³ ochotê pacn±æ sam siebie za bycie takim idiot±. Mia³ prawdziwe szczê¶cie, ¿e dom Snape'a jest po³o¿ony na odludziu. Co by by³o, gdyby natrafi³ na ¶miercio¿erców? G³upi, g³upi…
Schowa³ twarz w poduszce, staraj±c siê o niczym nie my¶leæ, a ju¿ na pewno nie o tym, ¿e na odchodnym mistrz eliksirów powiedzia³, ¿e oczekuje od niego rozpoczêcia pracy nad zadaniami domowymi.
Po pó³godzinie pogr±¿ania siê w ponurych my¶lach zdecydowa³, ¿e woli nie wystawiaæ swojego szczê¶cia na próbê. Zwlók³szy siê z pos³ania, usiad³ przy biurku. Nastêpnie rozwin±³ rolkê z tematami i po dwukrotnym ich przejrzeniu, wybra³ zaklêcia. Mia³ wymieniæ i sklasyfikowaæ wszystkie czary zmieniaj±ce objêto¶æ, a nastêpnie scharakteryzowaæ jedno zwiêkszaj±ce i jedno zmniejszaj±ce z uwzglêdnieniem sposobu ich dzia³ania, ograniczeñ oraz wp³ywu na sta³e cechy ró¿nych rodzajów obiektów. Zadanie by³o trudne, ale konkretne i przynajmniej Harry wiedzia³, od czego powinien zacz±æ. Z pó³ki wybra³ podrêcznik do klasy czwartej i otworzy³ go na odpowiednim rozdziale. Na czystym arkuszu pergaminu spisa³ wszystkie wymienione w ksi±¿ce kategorie oraz rozpocz±³ przyporz±dkowanie znanych mu zaklêæ. Teoretycznie zawsze odrabia³ zadania domowe, korzystaj±c z tego, co mia³ pod rêk±. Jego oceny pozostawia³y wiele do ¿yczenia, ale nie spêdza³o mu to snu z powiek.
Harry zamar³ z koñcówk± pióra zawieszon± tu¿ nad pergaminem i rozszerzy³ oczy. Przez g³owê przesz³a mu potworna my¶l, ¿e byæ mo¿e Snape zechce przejrzeæ to, co Harry napisa³. Och nie… Mistrz eliksirów szydzi³ ze wszystkich jego prac i ju¿ wyobra¿a³ sobie, jak po raz kolejny staje siê po¶miewiskiem.
Zdecydowa³, ¿e tu¿ przed obiadem znajdzie bibliotekê i poszuka paru ksi±¿ek na temat zaklêæ zmieniaj±cych objêto¶æ.
* * *
Harry przystan±³ w po³owie korytarza, rozgl±daj±c siê wokó³. Kompletnie siê pogubi³ i rozwa¿a³ poproszenie o pomoc który¶ z portretów, gdy zza drzwi po prawej stronie us³ysza³ st³umione g³osy. Móg³by przysi±c, ¿e jeden z nich nale¿a³ do dyrektora. Wiedziony ciekawo¶ci± podszed³ bli¿ej.
— Jak Harry sobie radzi?
— Sam go zapytaj.
— Chcia³bym us³yszeæ to od ciebie.
— A niby sk±d ja mam wiedzieæ?
W szczelinie miêdzy drzwiami Harry zobaczy³ do¶æ gustownie urz±dzony gabinet. Za masywnym biurkiem siedzia³ Snape. Dumbledore natomiast sta³ odwrócony plecami i wpatrywa³ siê w oszklon± gablotê oraz znajduj±cy siê w niej rz±d fiolek o ró¿nych kszta³tach i kolorach.
— Opiekujesz siê nim, prawda?
— Je¶li niepokoisz siê, ¿e twojemu Z³otemu Ch³opcu dzieje siê krzywda, to mo¿esz spaæ spokojnie. Jeszcze siê nie pozabijali¶my.
Dumbledore odwróci³ siê, ¿eby spojrzeæ na Snape'a, i Harry zobaczy³ jego profil. Na twarzy starszego czarodzieja widnia³a lekka nagana.
— Nie o to mi chodzi³o.
K±cik ust Snape uniós³ siê lekko, jakby mê¿czyzna próbowa³ ukryæ u¶miech, ale nie do koñca mu siê to nie uda³o.
— Och, ale ja dobrze zdajê sobie z tego sprawê. Jednak nic z tego. Jak ju¿ mówi³em, je¶li chcesz cokolwiek wiedzieæ, sam go zapytaj.
— Nie s±dzê, ¿e w tej chwili by³oby to dobrym posuniêciem. Chcia³bym ograniczyæ z nim kontakty do czasu rozwi±zania naszego problemu.
Snape zmarszczy³ brwi.
— Jakiego problemu?
Przez d³ug± chwilê Dumbledore milcza³, na powrót wpatruj±c siê w gablotê. Kiedy w koñcu odezwa³ siê, jego g³os brzmia³ bardzo powa¿nie.
— Czy czyta³e¶ dzisiejsze wydanie Proroka?
— Nie mia³em okazji. Twój idealny pupilek sprawi³, ¿e nie tkn±³em nawet prywatnej korespondencji.
Dumbledore dotkn±³ szk³a d³ugimi palcami i przez chwilê obserwowa³, jak cieñ jego rêki za³amuje ¶wiat³o na buteleczkach, zmieniaj±c ich barwê.
— Lucjusza Malfoya zwolniono z powodu braku dowodów. — Snape przymkn±³ oczy, a jego usta lekko siê porusza³y. Wygl±da³o to, jakby liczy³ do dziesiêciu. Dumbledore kontynuowa³: — Poniewa¿ Kingsley znalaz³ go og³uszonego w ¶rodku lasu, adwokat podwa¿y³ zarzut, jakoby bra³ udzia³ w wydarzeniach na Privet Drive. Lini± obrony Marvella by³a próba wrobienia jego klienta poprzez obezw³adnienie go i zostawienie w lesie po uprzednim podrzuceniu maski oraz szaty ¶miercio¿ercy. Wypalony znak jest oczywi¶cie kwesti± zamkniêt±, jako ¿e w poprzednim procesie Lucjusz zosta³ uniewinniony. Ta sprawa nawet nie zosta³a podjêta. Nie ma te¿ ¶wiadków, bo oficjalnie ciebie tam nie by³o i twoje zeznanie nie wchodzi w grê.
— A ró¿d¿ka?
— Nie mia³ jej.
— Jak to nie mia³ jej?
— Kingsley osobi¶cie odda³ j± urzêdnikom, ale jakim¶ sposobem zniknê³a, podobnie jak dokumenty potwierdzaj±ce jej przekazanie. Mo¿esz sobie wyobraziæ aferê, jaka wybuch³a.
— Ale przecie¿ musieli sprawdzaæ j± na miejscu. Kto¶ na pewno sporz±dza³ protokó³…
— No w³a¶nie, kto¶. Problem w tym, ¿e nie wiadomo kto.
— To jaki¶ absurd!
Dumbledore odwróci³ siê od gablotki, ¿eby spojrzeæ na Snape'a.
— Wizengamot ma zawi±zane rêce, a opinia publiczna podzieli³a siê. Sporo osób widzi, ¿e znikniêcie dowodów nie jest kwesti± zwyk³ej niekompetencji pracowników. Poniewa¿ jednak sprawa dotyczy Lucjusza Malfoya, szanowanego cz³onka czarodziejskiej spo³eczno¶ci, niektórzy wierz±, ¿e aresztowano go przez pomy³kê.
— To niech Potter zeznaje. Mo¿na powo³aæ siê na specjalne okoliczno¶ci, jakim jest jego stan zdrowia. Wybierz kogo¶ zaufanego i zrób przes³uchanie tutaj.
— Bez dowodu zbrodni nie bêdzie mia³o prawnej mocy.
— Tylko pod warunkiem, ¿e nie zostanie z³o¿ony wniosek o u¿ycie Veritaserum. Wtedy ka¿de s³owo Pottera bêdzie mia³o stopieñ dowodu.
— Harry nie mo¿e w ten sposób zeznawaæ.
Snape spojrza³ Albusa z widocznym oszo³omieniem.
— Je¶li to jedyna mo¿liwo¶æ...
Dumbledore uniós³ d³oñ.
— Utajni³e¶ dokumenty Harry'ego, a wiêc dostêp do nich maj± tylko Naczelni Magowie Wizengamotu. W przes³uchaniu musz± wzi±æ udzia³ dwaj ¶wiadkowie oraz protokolant, co oznacza, ¿e ca³y proces spada na mnie, Aureliê i Emeralda. To jest bardzo wygodna sytuacja, bo wszystkich nas obowi±zuje Przysiêga Tajno¶ci, dziêki której nie mo¿emy zdradzaæ danych z teczek bez zgody ich w³a¶cicieli. Co wiêcej, Harry zeznawa³by pod starym imieniem i nazwiskiem, poniewa¿ jeszcze nie zalegalizowa³e¶ jego nowych danych. Mimo to samo przes³uchanie zostanie zapisane na dokumencie otwartym, a tutaj... — Dumbledore wyci±gn±³ mocno sfatygowan± kopertê i poda³ go mistrzowi eliksirów. — ...posiadam dowód, ¿e s± rzeczy, o których ministerstwo wiedzieæ nie powinno. I to jest teraz nasz problem i priorytet.
Mê¿czyzna przyjrza³ siê listowi, natychmiast rozpoznaj±c pismo.
— To od Pottera, tak? Sk±d...
— Hedwiga przylecia³a do mnie w dniu napadu na Privet Drive. Mia³a zwichniête skrzyd³o i wszystko wskazywa³o na to, ¿e zosta³a zaatakowana. Odda³em j± pod opiekê Hagrida, który zaj±³ siê jej leczeniem. Podejrzewam, ¿e ju¿ wróci³a do Harry'ego.
— Czyli próbowano przechwyciæ pocztê Pottera. Nie jest takie zaskakuj±ce, skoro obserwowano go przez ca³y czas. Wiadomo, kiedy list wys³ano? Nie widzê daty…
— Rzucone przeze mnie zaklêcie ujawni³o, ¿e Harry napisa³ go dwudziestego szóstego czerwca, czyli dok³adnie dwa tygodnie przed atakiem. — Snape otworzy³ usta, ale domy¶laj±c siê pytania, Dumbledore zaprzeczy³: — Nie, przede mn± nikt go nie czyta³. To tak¿e sprawdzi³em.
Nast±pi³a d³uga cisza, podczas której Snape pogr±¿y³ siê w lekturze. W koñcu podniós³ g³owê.
— Sny...?
— Nie takie zwyk³e sny. Harry ma mo¿liwo¶æ ³±czenia swojego umys³u z umys³em Voldemorta.
— Ale to niemo¿liwe. — Snape spojrza³ ponownie na list. — Na odleg³o¶æ? Jak dot±d ¿yjê, pierwsze s³yszê. Potter musia³ mieæ jakie¶ omamy. Pewnie to zwyk³e koszmary lub reminiscencje po porwaniu.
— Osobi¶cie sprawdzi³em wszystkie ofiary, o których Harry ¶ni³. Ka¿d± z nich zamordowano z u¿yciem zabijaj±cej kl±twy. — Czarodziej poprawi³ okulary na nosie i spojrza³ Severusowi prosto w oczy. — Wydarzenia na Privet Drive ¶ci¶le ³±cz± siê z Voldemortem, wiêc padn± pytania z nim z wi±zane. A ta informacja — wskaza³ rêk± w kierunku listu — absolutnie nie mo¿e wyp³yn±æ.
Severus westchn±³ cierpiêtniczo.
— Rozumiem. I podejrzewam te¿ ku czemu zmierza ta rozmowa…
— Harry musi nauczyæ siê oklumencji. Chcê, ¿eby zamkn±³ dostêp do swojego umys³u.
D³u¿ej Harry nie s³ucha³. By³o mu niedobrze, serce dudni³o w piersi, a nogi dr¿a³y tak mocno, ¿e ledwo by³ w stanie siê na nich utrzymaæ. Fragmenty rozmowy przemyka³y szaleñczo przez jego umys³.
Lucjusza Malfoya zwolniono z powodu braku dowodów… Harry ma mo¿liwo¶æ ³±czenia swojego umys³u z umys³em Voldemorta… Chcia³bym ograniczyæ z nim kontakty do czasu rozwi±zania naszego problemu…
Wróci³ do swojego pokoju, choæ sam nie wiedzia³, jak mu siê to uda³o. Gdy zamkn±³ drzwi, osun±³ siê po nich, a nastêpnie opar³ czo³o na zgiêtych kolanach.
* * *
Potter spó¼nia³ siê. Severus zacz±³ rozwa¿aæ, czy nie wys³aæ po niego Milly, gdy w progu dostrzeg³ ruch. Ch³opak wszed³ do jadalni ¶miertelnie blady, dr¿±c na ca³ym ciele. Severus podszed³ do niego i uniós³ d³oñ. Potter szarpn±³ siê do ty³u, ale mê¿czyzna z³apa³ go za nadgarstek i przyci±gn±³ do siebie. Ignoruj±c fakt, ¿e ch³opak zesztywnia³ z zaci¶niêtymi powiekami, przycisn±³ d³oñ do czo³a. By³o nieco zbyt ciep³e, ale nic nie wskazywa³o na gor±czkê.
— Co¶ siê sta³o — stwierdzi³. Potter otworzy³ oczy. Widaæ by³o w nich strach. — Powiedz, co siê sta³o.
Ch³opak otworzy³ usta, ale natychmiast zamkn±³ je, nie wypowiadaj±c ani s³owa. W tym momencie Severus powa¿nie zaniepokoi³ siê. Co wywo³a³o tak± reakcjê? Mo¿e to jaki¶ efekt uboczny eliksiru post-Crucio?
Skierowa³ Pottera ku krze¶le i delikatnie popchn±³, zmuszaj±c go, by usiad³. Wyci±gn±wszy ró¿d¿kê, wymrucza³ zaklêcie diagnostyczne. Sfera za¶wieci³a na niebiesko w okolicach czo³a, co oznacza³o, ¿e ch³opak by³ w szoku. Co u licha? Chyba nie spowodowa³a tego dzisiejsza rozmowa? Wczoraj Severus zrobi³ to, co zwykle: skupi³ siê na jednym celu, odsuwaj±c wszystko inne na bok. Nie by³o miejsca na jego w³asne uczucia, nie w tamtej chwili. Ch³opak by³ w totalnej rozsypce i jego organizm nie poradzi³by sobie z kolejnym stresem. Tak wiêc zachowa³ idealny spokój, a nawet odwlek³ moment u¶wiadomienia Potterowi jego w³asnej g³upoty. Dopiero dzi¶, gdy zacz±³ mówiæ o tym, jak katastrofalnie mog³a skoñczyæ siê ucieczka, czu³, ¿e jego opanowanie wymyka mu siê z r±k. Mimo to s±dzi³, ¿e upora³ siê z sytuacj± ca³kiem dobrze. Przynajmniej ani razu nie nazwa³ Pottera idiot±. To ju¿ jaki¶ postêp, prawda?
Machniêciem ró¿d¿ki przywo³a³ eliksir uspokajaj±cy. Potter spojrza³ na fiolê z obaw±, ale ostatecznie da³ siê nak³oniæ do wypicia. Po kilku minutach jego oddech unormowa³ siê, a dr¿enie cia³a ust±pi³o.
Snape przysun±³ krzes³o i usiad³ naprzeciwko.
— Chcê wiedzieæ, co siê sta³o. — Potter zamar³, jakby zamieniono go w kamieñ i jedynie wpatrywa³ siê w Severusa nawiedzonym wzrokiem. — Powiesz mi po dobroci albo wyci±gnê to z ciebie si³±. Wybieraj.
Ostre s³owa w koñcu otrz±snê³y go z otêpienia. Bardzo dobrze. Jeden krok naprzód. Teraz drugi. Severus nie czeka³ d³ugo.
— Ja… — odchrz±kn±³. — Us³ysza³em rozmowê… w gabinecie… z profesorem Dumbledore'em.
Nagle Snape poczu³ przemo¿ne pragnienie, ¿eby chwyciæ Pottera za ucho i wytarmosiæ, a¿ wreszcie co¶ trafi do jego pustego ³ba. Czy nie nauczono go, ¿e cudzych rozmów siê nie pods³uchuje? Z drugiej strony ch³opak dosta³ ju¿ swoj± nauczkê, wiêc ostatecznie powiedzia³ tylko:
— Zatem ju¿ wiesz o Lucjuszu oraz wiêzi umys³owej z Czarnym Panem.
Potter przytakn±³.
— Ale co¶ siê zmieni³o… od… od tamtej nocy z Malfoyem. ¯aden sen nie jest ju¿ tak wyra¼ny. Mam wra¿enie, jakbym ogl±da³ wszystko przez zamglon± szybê.
— To da siê ³atwo wyja¶niæ. Twoje nerwy nie s± w pe³ni naprawione, wiêc ka¿da wiê¼ natury umys³owej mo¿e byæ teraz zak³ócona. Sytuacja zmieni siê wraz z postêpem leczenia.
Nagle obaj us³yszeli trzask drzwi i natychmiast Severus siêga³ po ró¿d¿kê. W nastêpnej sekundzie w progu stan±³ nie kto inny jak Syriusz Black. Piêkne wyczucie czasu, kundlu, zd±¿y³ pomy¶leæ Severus, zanim ciemne oczy Blacka omiot³y ca³± sceneriê i skupi³y siê na wci±¿ bladym Harrym.
— Co mu zrobi³e¶, Snape?!
W mgnieniu oka mistrz eliksirów wsta³ i stan±³ przed Blackiem, odcinaj±c go od Harry'ego.
— Nic mu nie zrobi³em, idioto!
— Jasne, bo akurat tobie mo¿na wierzyæ — warkn±³ Black, co brzmia³o jak prawdziwe szczêkniêcie.
Merlinie, jak ten cz³owiek dzia³a³ mu na nerwy…
— To ju¿ twój problem. Albo skulisz ogon, jak przysta³o na grzecznego kundla, albo ciê st±d wyrzucê i nie bêdzie mnie obchodziæ, ¿e ch³opak jest twoim chrze¶niakiem. To ja jestem jego ojcem. Wystarczy jedno moje s³owo, a ju¿ nigdy wiêcej go nie zobaczysz.
To, co wyp³ynê³o z ust Syriusza, by³o najbardziej obra¼liwsz± i skandaliczn± litani± przekleñstw, jak± Harry w ¿yciu s³ysza³.
— Dumbledore dowie siê o tym! — Spojrza³ na Harry'ego, który obserwowa³ teraz ca³± scenê zza ramienia Snape'a. — Jest ca³y roztrzêsiony! Co za niezwyk³y zbieg okoliczno¶ci, ¿e akurat pod twoj± opiek±!
Snape zwêzi³ oczy i niebezpiecznie niskim g³osem wysycza³:
— Potter sam jest sobie winien. Gdyby nie…
Jednak nie dokoñczy³ zdania, bo Syriusz wyszarpn±³ ró¿d¿kê z kieszeni i w u³amku sekundy wystrzeli³ zaklêcie. Wokó³ posypa³y siê iskry, gdy czerwony promieñ rozbi³ siê o tarczê Snape'a. W nastêpnej chwili obaj jednocze¶nie wykrzyczeli Expelliarmus! Ich ró¿d¿ki wylecia³y w powietrze, zatoczy³y ³uk, po czym spad³y z trzaskiem na ziemiê. Zanim mistrz eliksirów zd±¿y³ odzyskaæ równowagê, Syriusz z³apa³ Harry'ego za nadgarstek i gwa³townie przyci±gn±³ do siebie. Mimowolnie Harry podci±gn±³ ramiona do góry i schyli³ g³owê. To sprawi³o, ¿e Black zamar³.
Po kilku d³ugich sekundach, podczas których nikt nie poruszy³ siê ani nie odezwa³, Harry uchyli³ zaci¶niête powieki. Spojrza³ na Syriusza, a potem na Snape'a. Obaj wpatrywali siê w niego — Snape z w¶ciek³o¶ci±, a Syriusz z bolesnym zdumieniem.
— Harry, ty… boisz siê mnie?
Harry potrz±sn±³ g³ow± w zaprzeczeniu, ale nie zmieni³ obronnej postawy. Nagle ciszê przeci±³ pe³ny furii syk Snape'a:
— Ty zapchlony g³upcze, przez ciebie bêdê mia³ tu kolejny atak postcruciatusowy. — Syriusz rozszerzy³ oczy i zblad³. — Jasne, nawet nie przysz³o ci to do g³owy, prawda? Nic dziwnego, skoro jest kompletnie pusta! Ch³opak by³ przez godzinê torturowany przez Lucjusza, wiêc wpad³e¶ na genialny pomys³, ¿eby rozpêtaæ bójkê, a potem nim szarpaæ.
Syriusz skrzywi³ siê ze z³o¶ci±, ale zacisn±³ usta, milcz±c. Nastêpnie zrobi³ krok do ty³u.
— Przepraszam… — wyszepta³ Harry, próbuj±c jako¶ naprawiæ tê sytuacjê. To by³ tylko g³upi odruch. Od czasu spotkania z Lucjuszem by³ przewra¿liwiony, ale przecie¿ tak naprawdê nie obawia³ siê, ¿e Syriusz zrobi mu krzywdê.
— Nie — uci±³ Snape. — Nie bêdziesz tego kundla przeprasza³.
— Wybacz, Harry — powiedzia³ Syriusz lekkim tonem, zupe³nie ignoruj±c Snape'a. — Rzeczywi¶cie moja reakcja by³a zbyt gwa³towna. — Rozejrza³ siê po jadalni i westchn±³. — Mo¿emy usi±¶æ i porozmawiaæ?
Harry przytakn±³. Syriusz wypatrzy³ ró¿d¿kê i schowa³ j± do kieszeni. Kiedy zauwa¿y³, ¿e Snape wci±¿ stoi po¶rodku jadalni ze skrzy¿owanymi na piersi rêkoma, rzuci³ nieuprzejmie:
— Móg³by¶ usun±æ st±d swoj± czaruj±c± obecno¶æ?
— Nie wiem, czy to bezpieczne zostawiaæ ciê z nim samego, Black.
Harry modli³ siê w duchu, ¿eby Snape sobie poszed³. Naprawdê chcia³ z Syriuszem porozmawiaæ.
W koñcu mistrz eliksirów wyprostowa³ siê sztywno i w ³opocie szat wymaszerowa³ z jadalni. Gdy jego kroki ucich³y, Syriusz spojrza³ na swojego chrze¶niaka.
— Jak siê trzymasz, Harry? — Wskaza³ kciukiem na drzwi, za którymi Snape znikn±³. — Pewnie nie s± to wymarzone wakacje, ale chyba da siê jako¶ prze¿yæ starego nietoperza, co?
Harry próbowa³ siê u¶miechn±æ, ale wysz³o mu to raczej blado.
— Hej, co jest?
— Przyzwyczajam siê.
Syriusz spojrza³ na niego twardo.
— Sk±d¶ znam ten ton. ¬le ciê traktuje? Wystarczy powiedzieæ, a przeklnê go tak, ¿e zobaczy gwiazdy.
Harry nie mia³ zamiaru niczego zdradzaæ z poprzedniego dnia. Ju¿ wyobra¿a³ sobie, jak Syriusz by zareagowa³. Pewnie w¶ciek³by siê na Snape'a i o wszystko go obwini³, a przecie¿ to Harry nie powinien zaczynaæ k³ótni, a tym bardziej uciekaæ.
— Nie jest ³atwo. My… nie lubimy siê. — Kogo ty oszukujesz, Harry? To jest grube niedopowiedzenie. — Ale… mam wszystko, co trzeba; nowe ubrania, ksi±¿ki, w³asny pokój, codzienne posi³ki. Jest… dobrze. — I by³o. Choæ jeszcze dwa dni temu nie potrafi³ wyobraziæ sobie, ¿e kiedykolwiek bêdzie to mo¿liwe. Oczywi¶cie gdzie¶ w g³êbi duszy w±tpi³ w zapewnienia Snape'a. Podejrzewa³, ¿e to tylko kwestia czasu, a¿ mê¿czyzna zmêczy siê nim. Jednak przynajmniej na razie, pomimo ca³ej w³adzy, jak± nad Harrym posiada³, nie mia³ zamiaru jej nadu¿ywaæ. Nagle Harry spojrza³ na ojca chrzestnego z obaw±. — Nie przeszkadza ci, ¿e... nie jestem synem Jamesa?
Syriusz westchn±³.
— Dowiedzia³em siê dopiero dzisiaj i przyznam, ¿e jeszcze nie do koñca to do mnie dotar³o. Wci±¿ wygl±dasz jak James, chocia¿… — Nachyli³ siê, ¿eby przyjrzeæ mu siê z bliska. — Tak, widzê ró¿nice. Chocia¿by twoje w³osy nie s± ju¿ tak rozczochrane jak wcze¶niej. Zazwyczaj stercza³y we wszystkich kierunkach. Zawsze ¶mia³em siê z Jamesa, ¿e który¶ z jego przodków skrzy¿owa³ siê z je¿ozwierzami…
Nagle zasêpi³ siê, jakby bola³o go, ¿e wygl±d Harry'ego jest tylko iluzj±.
— Teraz bêdzie ju¿ inaczej, hê?
Harry potrz±sn±³ g³ow±.
— Nieprawda. On wci±¿ by³ moim tat±, choæby przez tamten krótki czas. Nie pamiêtam go, mimo ¿e bardzo chcia³bym. Wiem, ¿e kocha³ mnie i odda³ za mnie ¿ycie, a to jest wa¿niejsze ni¿ wiêzy krwi. — Harry odsun±³ grzywkê z oczu i spojrza³ na swoje palce. Kiedy¶ by³y krótsze do¶æ niezgrabne, a teraz wyd³u¿y³y siê oraz sta³y siê szczuplejsze i jakby bardziej delikatne. Takie jak Snape'a. — Wiesz, ¿e od kiedy spêdzi³em wakacje z rodzin± Rona, marzy³em, ¿eby by³a moj±? Tak ich traktujê. Jak moj± rodzinê. I tak traktujê ciebie. — Proszê, nie odrzucaj mnie.
Syriusz u¶miechn±³ siê krzywo, czochraj±c mu w³osy.
— Wci±¿ jeste¶ synem Lily. Te piêkne zielone oczy nigdy nie znikn±. — Nagle skrzywi³ siê lekko. — Mam nadziejê, ¿e nos te¿ nie zniknie. Znaj±c wygl±d Snape'a, to by³aby wielka szkoda!
Tym razem na ustach Harry'ego pojawi³ siê szczery u¶miech. Potar³ nos. Nie, przez ostatnie dwa tygodnie nie zmieni³ siê ani odrobinê, wiêc mo¿e taki ju¿ zostanie.
________________________
[1] ³ac. confinium — kres, ³ac. exitium — destrukcja, zag³ada.
NASTÊPNY ROZDZIA£: PIERWSZA LEKCJA OKLUMENCJI
Trochê mi zajê³o przeczytanie MP, aczkolwiek wiern± czytelniczk± zostanê do koñca. Tak¿e jedn± fankê na naszej stronie masz na pewno. Co prawda trochê leniw±, ale...
Na pocz±tku trochê ¶rednio pasowa³ mi Syriusz. A w zasadzie ca³a ta pierwsza czê¶æ, w której by³ tylko on. Zdecydowanie lepiej czyta mi siê kwestie z Snape'em i Harrym - ch³onê ich relacje jak g±bka. Syriusz wydawa³ mi siê zbyt brutalny (chocia¿by to zakopywanie cia³ ¦miercio¿erców), ale pó¼niej, gdy ju¿ spotka³ siê z dyrektorem i Harrym, sympatia do niego wróci³a. Jego reakcja na szokuj±c± wiadomo¶æ by³a do¶æ zabawna, to samo tyczy siê bójki. Cieszy mnie to, ¿e Harry poma³u zaczyna akceptowaæ sytuacjê i czekam na moment, w którym pójdzie do Hogwartu. Bo pójdzie, prawda?
Jeszcze takie drobne pytanie - w Severitusach musi pojawiaæ siê Lupin? To jest jaki¶ wymóg? Dlaczego w ogóle zdecydowa³a¶ siê pisaæ tego typu opowiadanie?