Rekord osób online:
Najwięcej userów: 1397
Było: 22.04.2026 04:36:56
Współpraca z Tactic Games
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Nieoryginalna, Klaudia Lind, Anastazja Schubert, Takoizu, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Więcej
Jak wyglądało życie Gauntów? Powstał film, który Wam to pokaże.
>> Czytaj Więcej
W sierpniu HPnetowicze mieli okazję spotkać się w Krakowie. Jak było?
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, louise60, Zireael, Aneta02, Anastazja Schubert, Lilyatte, Syrius...
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, Hanix082, Sam Quest, louise60, PaulaSmith, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Więcej
Każdy tatuaż niesie ze sobą jakąś historię. Jakie niosą te fanowskie, związane z młodym czarodzie...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Hermiona nie może zapomnieć o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pełna złych przeczuć decyduje...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Hermiona nie może zapomnieć o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pełna złych przeczuć decyduje...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpędu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Więcej
Cykl wierszy poświęcony Remusowi. :)
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpędu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna się nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjaciółkami ma pierwsze zajęcia i...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna się nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjaciółkami ma pierwsze zajęcia i...
>> Czytaj Więcej




[P]Louise Lainey ostatnio widziano 17.12.2024 o godzinie 15:44 w Błonia
Valerie Adams ostatnio widziano 02.07.2023 o godzinie 13:40 w Stacja kolejowa
Valerie Adams ostatnio widziano 27.06.2023 o godzinie 21:20 w Błonia
Valerie Adams ostatnio widziano 23.06.2023 o godzinie 16:46 w Sala transmutacji
Valerie Adams ostatnio widziano 22.06.2023 o godzinie 19:04 w VII piętro
Valerie Adams ostatnio widziano 12.06.2023 o godzinie 18:15 w Dziedziniec Transmutacji
Siedział w biurze, wymęczony, jakby przez cały rok kopał ziemniaki. Bez użycia magii. Miał dosyć tych wszystkich prowadzonych przez siebie rozmów, a w ciągu poprzedniego dnia nie robił nic poza konwersowaniem ze studentkami, które niemal bez przerwy trzepotały rzęsami i robiły wszystko to, co miało go zauroczyć. Mike zapraszał je do kawiarni, chociaż cel tego spotkanie był nie zgoła odmienny od ich oczekiwań. Nie oznaczało to, że nie dostrzegał w nich piękna i nie uważał za godne spotkania w innych okolicznościach. Po prostu nie miał na to wszystko czasu.
Niestety, to poświęcenie poszło na marne, bo do tej pory nie odnalazł żadnej kobiety zainteresowanej ludem Synjys na tyle, by opowiedzieć mu o Tchnieniu. Koniec końców odłożył ten trop na później.
Dlatego wsadził nos w kominek i już po chwili widział niewielki i bardzo nowoczesny salon, oświetlony przez białe lampy.
Widział go niestety przez szybę. Nowoczesność.
– Halo? Jerome? – zawołał, mając nadzieję, że jego głos przebije tę irytującą barierę.
Był w tym pomieszczeniu kilka razy, ale raczej nie od strony kominka, więc jego zabudowa do tej pory mu nie przeszkadzała, nawet nie zwrócił na nią uwagi. Chociaż zapewne powinien ją przewidzieć – w mieszkaniu kolegi zawsze panował nienaganny porządek. Na dywanie nie dostrzegł ani okruszka, na meblach ani najdrobniejszego odcisku tłustego palucha. Salon wyglądał po prostu sterylnie.
Dlatego Mike nie mógł przestać zastanawiać się, w jaki sposób mieszkająca tu para poradzi sobie z niemowlakiem – roznosicielem brudu.
– Jerome?! – powtórzył już o wiele głośnie, a do salonu wkroczyła kobieta, którą doskonale znał.
Mirabelle była bardzo ładna i bardzo chuda. Miała krótkie blond włosy i piękne usta, które zauroczyły jej partnera. „Wyczynia nimi cuda” mówił Jerome, dlatego głównie na nie Mike zwracał uwagę.
– Jest w pracy – powiedziała, – Jak zawsze. Aż dziwne, że go tutaj szukasz, Mike.
– Och, Mira, cześć – rzucił głupio do szyby i wtedy kobieta otworzyła szklane drzwiczki i uklęknęła na białym, puchatym dywanie.
– Jest w pracy – powtórzyła.
– Wiem… słuchaj, potrzebuję pomocy.
– Mojej? – Uniosła brwi.
– Jerome wczoraj... chyba wczoraj... miał spodnie… jakieś – od razu przeszedł do rzeczy. – A w nich do tylnej kieszeni wsadził spis książek. Mogłabyś zobaczyć? Na bank się przebrał i na bank tej kartki nie wyciągnął.
Nie powstrzymała teatralnego westchnienia, ale wyszła z salonu. Mamrotała coś pod nosem zirytowana, ale przecież nie odmówiłaby. Lubiła Mike’a…. w ogóle lubiła mężczyzn. Aż dziw, że ostatecznie związała się tylko z jednym.
Kiedyś wylądowali razem w łóżku. Wtedy jeszcze nie tworzyła z Jeromem poważnej relacji, a Mike nawet nie wiedział, że się spotykali. To był czas, kiedy Mira uprawiała seks z każdym, kto wpadł jej w oko, a Mike należał do właśnie tej grupy. Na jednym spotkaniu się skończyło i całe szczęście, bo to oszczędziło im przyszłych problemów.
Jerome o tym nie wiedział, a Mira stwierdziła, że nie powinni go uświadamiać.
Wróciła do salonu i podała Mike’owi listę, ponownie wzdychając, jakby ta misja kosztowała ją niemało wysiłku… jakby kazał jej orać pole przez godzinę.
– Była w przedniej kieszeni – rzuciła.
– Dzięki, jesteś super.
– Wiem.
– No i ten, dbaj o siebie. Teraz musisz – rzucił na pożegnanie, a Mira wytrzeszczyła zdziwiona oczy. Jednak już po chwili dotknęła dłonią podbrzusza i uśmiechnęła się tak promiennie, że Mike nie był w stanie nie życzyć jej wszystkiego, co najlepsze.
Wyciągnął nos z kominka i usiadł na własnym dywanie, o wiele brudniejszym niż ten w mieszkaniu Jeroma. W dłoni ściskał spis książek, ale jeszcze przez kilka minut napawał się radością Miry. Nie potrafił zrozumieć, jakim cudem to szczęście nie wypływało z jej partnera. On sam zaczął nim prawie emanować.
Szkoda, że musiał wrócić na ziemię.
Spojrzał na pomięty pergamin, ale wypisane na nim bazgroły pozostawały dla niego nieczytelne, nawet jeśli nauczył się ich na pamięć. Dlatego stworzył własną kopię – czystą, dokładną i poukładaną.
Na wstępie wykreślił pozycje, które znał, a były kompletnie nieprzydatne. Potem zaznaczył te, które nic mu nie mówiły. Na czerwono podkreślił wszystko, co choćby pośrednio wiązało się z jakąś dziwaczną magią wschodu.
Nie było tego wiele. Zaledwie trzy pozycje wydawały się opierać na wysnutych naprędce teoriach, w dodatku tylko przy sporej dawce entuzjazmu.
Mimo to musiał zbadać cały ten zbiór, bo być może tam ukryto odpowiedź na dręczące go pytania… a nawet jeśli się mylił, wolał dowiedzieć się o tym teraz.
Spędził w salonie Helen dziesięć godzin. Doskwierał mu głód, kawa w termosie już dawno wystygła. Grupa techniczna zdążyła przyjść i pójść, a on wciąż przerzucał kartki, chłonął informacje, błagał los, żeby od ich nadmiaru nie eksplodowała mu głowa.
Spośród stu sześćdziesięciu książek wybrał pięć, które postanowił przeczytać wnikliwie, analizując każde zdanie. Wysłał wiadomość do Jeroma, ale ten albo jeszcze jej nie dostał, albo nie uznał tematu za faszynujący.
Potrzebował w tych wszystkich książkach wspólnego mianownika, ale bez dodatkowych wskazówek nie potrafił takiego odnaleźć. Jego jedynym tropem pozostawały plemiona wschodu i tajemnicza magia, którą się zajmowali.
Słońce powoli zachodziło za chmurami, więc zabrał rzeczy, pakując do torby pięć wybranych tomów i wyszedł. Po ostatnim spotkaniu z potworem nie miał zamiaru pracować tu wieczorami.
Teleportował się do domu i tam dalej pracował.
Po trzech godzinach wykluczył sensowność zaczytywania się w dzieła A.Hoha i Brada Dormeya. Zostały mu tylko trzy książki. W ciągu pięciu godzin odłożył kolejne dwie i padł ze zmęczenia.
Obudził się dopiero popołudniu, z głową na dywanie i nogą gdzieś pod szafką. Tuż koło twarzy widział wielkie, brudny but ojca. Mężczyzna siedział na jego łóżku, w spokoju przeglądając jedną z książek.
– Tato, to tajemnica śledztwa! – Mike zerwał się jak po zaklęciu rozbudzającym i wyrwał ojcu książkę z ręki. – Nie chcę, by przez niepotrzebną wiedzę coś ci groziło.
Andrew nie zareagował. W tym momencie wyglądał na zmęczonego życiem. Oparł nadgarstki na kolanach i wbił spojrzenie w syna.
– Nic mi nie jest – wyprzedził pytanie Mike. – Dostałem ważne zadanie, które muszę ogarnąć.
– Ktoś zginął? – zapytał, znając Mike’a lepiej niż on sam.
– Młoda kobieta – odpowiedział wymijająco.
– Widziałem nekrolog w Proroku.
Mike podniósł głowę i spojrzał w oczy ojca, które przeniknęły go na wskroś.
– Skoro już sobie zostałeś tym aurorem, to chyba wiesz, do czego prowadzi mieszanie życia prywatnego z pracą.
– Nie musisz mnie pouczać, ale dzięki. – Mike schował książki do torby.
Musiał przenieść się do biura. Tam nikt nie będzie mu przeszkadzał… przez jakiś czas.
– Wychodzi na to, że muszę – warknął ojciec. – Przekraczasz granicę!
– Niby jaką? – oburzył się Mike. – Tą, którą sam sobie wyznaczyłeś bez konsultacji ze mną?
– A od kiedy granice zdrowego rozsądku ustala się w konsultacji z głupcami?! Nie śpisz po nocach, nie jesz, nie spotykasz się ze znajomymi. Poświęcenie dobra rzecz, ale wiesz do czego prowadzi? Do niczego. Ta praca cię przeżuje i wypluje, a jeszcze ta sprawa… – wskazał na torbę – jest wymieszana z gównem.
– Co ty możesz o tym wiedzieć? Nie jesteś aurorem, nie widziałeś znanych ci osób w kałuży krwi.
– Myślisz, jak gówniarz. Lidzie umierają i będą umierali bez względu na twój płacz i lament. Pogódź się z tym, jej już nie pomożesz. Za to sobie zrujnujesz życie, na własne życzenie.
– To nie ja zamykam się w oborze z hipogryfami! – krzyknął ze złością i chociaż zabrzmiało to dziecinnie, nie zmieniłby żadnego ze słów.
Wyszedł z sypialni, trzaskając drzwiami i teleportował się do Ministerstwa Magii. Ojciec nie próbował go zatrzymać, ale to dobrze, bo w tej chwili Mike miał go po prostu dość.
Czy to tak trudno zrozumieć, że chciał wykonać swoje zadanie? Dlaczego wszyscy go posądzali o nadmierne zaangażowanie? Przecież do każdej sprawy zawsze podchodził tak samo – dawał z siebie wszystko i więcej, bo dobrze mu to wychodziło. Nawet jeśli niemal oblał testy wstępne na aurora, przez kilka lat udało mu się udowodnić skuteczność. Na tyle, na ile w tej robocie można być skutecznym, niektórych wydarzeń nie da się zatrzymać.
Z ojca wypływała nadopiekuńczość – zawsze chciał kontrolować wszystko, co Mike robił. Mimo że jego syn już dawno wkroczył w dorosłość i potrafił sam o siebie zadbać. CHCIAŁ sam o siebie zadbać.
Sprawa Helen nie była mu tak emocjonalnie bliska. Po prostu musiał wiedzieć. Dlatego poszedł pracować dalej, ignorując zmęczenie i głód.
O tej porze w Kwaterze Aurorów przebywało ledwie kilka osób. Większość opuściła biuro przez patrol, ale to akurat było mu na rękę. Usiadł w wolnym fotelu i rozłożył wszystkie potrzebne rzeczy.
– Mike Rogers – zawołał go jeden ze stażystów, o ile w przypadku aurorów w ogóle można mówić o stażu. – Mam dla ciebie wiadomość.
Młody auror sięgnął po zwitek pergaminu i od razu rozpoznał koślawe pismo Jeroma.
Masz złożyć raport o 7. J.
Spojrzał na zegarek. Za kwadrans minie dwudziesta, więc w zasadzie nie opłacało mu się wracać do domu. Mógł pracować do pierwszej lub drugiej, a siły zregenerować na kanapie.
Magia duszy. Tego dotyczyła ostatnia z książek, ale niewiele z niej wynikało. Poza luźnym nawiązaniem do wschodnich plemion nie odnalazł kluczowych dla sprawy informacji. Zupełnie jakby to dzieło bez autora zapisano w kodzie, którego nie mógł złamać bez specjalnego klucza.
Magia duszy… dlaczego tak skupiła uwagę Helen? Co z tym wszystkim mieli wspólnego Ludzie Synjys?
Z tą myślą poszedł o siódmej rano do szefa, trzymając po pachą gotowy raport.
– Mike? Co się dzieje? – Harry Potter przesuwał papiery na biurku, ale stracił cierpliwość i wywalił je na podłogę.
– Miałem zdać raport – wyjaśnił, patrząc, jak szef na wolnym miejscu kładzie filiżankę kawy.
– Faktycznie - rzucił po chwili namysłu i odetchnął głęboko Wyglądał na nie mniej zmęczonego niż Mike. – Już pamiętam.
Wyciągnął kawałek pergaminu i nakreślił na nim krótką notatkę, by zwinąć go w rulon i wysłać, najpewniej do kogoś z szefów Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Czyli na bank wyjeżdżał.
Mike położył raport i skierował się do wyjścia, ale szef zatrzymał go gestem. Wskazał mu dłonią, by usiadł na krześle naprzeciw biurka i zaczął czytać.
W końcu, a minęła prawie wieczność, ściągnął okulary i z niezbyt sympatycznym wyrazem twarzy zaczął je przecierać o szatę. Filiżanka kawy pozostała nietknięta.
– Co o tym myślisz? – zapytał go w sposób niemal dydaktyczny, gdyby nie wyraźne zniecierpliwienie w głosie nie zepsuło całego efektu.
– Wygląda na to, że Helen Watterson pracowała nad czymś, co wiązało się z magią duszy plemion bliskiego wschodu. Próbowałem odszukać jakiegoś specjalistę w tej dziedzinie, ale ci naprawdę wartościowi siedzą tam, a reszta wie tyle, co nic.
– Bliski wschód powiadasz? - mruknął jakby sam do siebie. – Czyli jaki jest plan?
– Będę szperać dalej. W końcu w Anglii musi istnieć ktoś, kto ogarnia te wszystkie ludy, przynajmniej na tyle, by stworzyć dla mnie jakiś obraz. Wolałbym uniknąć profesorów z Akademii Flamela, oni albo koloryzują, żeby wyglądać, jakby wiedzieli więcej niż wiedzą naprawdę, albo ukrywają prawdę, żeby wyglądać, jakby wiedzieli mniej, niż wiedzą naprawdę.
– Błyskotliwie podsumowanie.
– Takie odniosłem wrażenie – mruknął Mike, speszony, ale na całe szczęście szef szybko sprowadził go na ziemię.
– Tak się składa, że znam jednego specjalistę od plemion bliskiego wschodu – rzekł zdecydowanie, chociaż skrzywił się przy tym okropnie. – Wolałbym nie mieszać go za bardzo w sprawę, ale… wątpię, by ktoś interesował się tym bajzlem, tak jak ona.
– Ona? Kim jest ona?
Harry Potter zamyślił się na chwilę, westchnął głośno i odpowiedział:
– Moją córką…
Słońce rozesłało wieść o południu, kiedy ledwo stojący na nogach Mike dotarł na przedmieścia Londynu. Dla odmiany nie padało, dlatego dziękował opatrzności i mógł swobodnie przechadzać się między murowanymi domkami.
Nigdy nie miał okazji odwiedzać tego miejsca, bo po co? Jako czarodziej korzystał z teleportacji i w kilka sekund przenosił się z jednego końca kraju na drugi. Spośród tylu tak ciekawych miejsc i okolic nie widział sensu na odwiedzania osiedla złożonego z kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset, identycznych budowli.
Zerknął jeszcze raz na zapisany na kartce adres i ruszył przed siebie.
Od rozmowy z szefem minęło już kilka godzin, a Mike dalej nie ogarnął otrzymanych informacji. Zupełnie jakby układał puzzle, nie posiadając wszystkich elementów. Jeszcze to spotkanie. Z córką szefa musiał uważać, choćby posiadała nieskończone zasoby wiedzy; tym bardziej, że dziewczyna prawdopodobnie wiedziała więcej… chociaż tak naprawdę – ile to jest „więcej”? Czy wystarczająco, żeby pomóc mu rozwiązać sprawę? Przewidywał raczej jeszcze więcej zamieszania.
Zastukał do domu z numerem sto dwadzieścia trzy, identycznego jak pozostałe sto dwadzieścia dwa, wpierw przechodząc przez trawnik, taki sam jak wszystkie trawniki na przedmieściu.
Otworzyła mu kobieta oparta na lasce, pomarszczona do tego stopnia, że Mike nie mógł określić, czy naprawdę była zła, czy fałdy skóry ukształtowały taki a nie inny wyraz.
– Czego?!
Czyli to jednak mimika.
– Pani Debford? Przychodzę w odwiedziny – zaczął najmilej, jak potrafił. Nawet jeśli wyglądał przy tym jak przygłup.
– Do kogo?! – Kobieta przyjęła pozę gotowości do ataku, przez co Mike zrobił krok w tył.
– Do mnie – odpowiedziała za niego młoda dziewczyna, która nagle pojawiła się za plecami staruszki.
Była niska, drobna i piegowata, co w połączeniu z marchewkowymi włosami upodabniało ją do wiewiórki. Nawet ciemnozielone oczy błyszczały jak u szaleńca… albo nie były to oczy ciemnozielone, tylko brązowe…?
Wyglądała, jakby wróciła z pracy na polu – w czerwonych ogrodniczkach, brudnej białej koszulce, kaloszach i z czymś, co przypominało sekator. Ten dziwaczny ubiór dopełniały liczne tatuaże na prawej nodze i szyi.
Przez chwilę przyglądała mu się badawczo, marszcząc trochę za duży nos, ale zaraz uśmiechnęła się wesoło i wciągnęła Mike’a do środka, omal zwalając z nóg panią Debford.
– Idziemy na górę! – zawołała z niepokojącą ekscytacją w głosie.
– Ściągnij buty! – krzyknęła za nimi starsza kobieta.
– Nie ściągaj – rzuciła lekceważąco dziewczyna, wciąż wlokąc go za sobą jak małego chłopca, chociaż był od niej o głowę wyższy.
Weszli razem do pomieszczenia, przypominającego po części pokój schadzek, a po części sanktuarium domowe starej dewotki. Na każdym blacie rozłożono ręcznie robione serwetki, krzyżyk oraz święte obrazki. W wielu miejscach ustawiono świece, a na ścianie wisiały tanie podobizny aniołów. To wrażenie panującej świętości burzyła krwistoczerwona pościel, zasłony w kolorze wściekłego różu i unosząca się w powietrzu woń ciężkich perfum. Na puchatym dywanie leżały narzędzia, których zastosowania Mike nie chciał znać, bo wyglądały co najmniej sprośnie.
Dziewczyna nie sprawiała wrażenie przejętej tym widokiem. Nuciła pod nosem piosenkę w obcym języku, otwierając przy okazji stare, drewniane okno. Do pomieszczenia wleciało świeże powietrze, a wtedy mózg Mike’a ponownie zaczął pracować.
– Jesteś…
– Lily Potter – dokończyła za niego.
Wskoczyła jak zając na łóżko, po czym usiadła na nim po turecku. W tej pozycji wyglądała jeszcze dziwaczniej.
– Nie tak…
– Jak każdy. Bardziej przypominam matkę, ale to chyba nie będzie tematem naszego spotkania? Ojciec mi powiedział, że chciałeś pogadać o magii wschodniej, a tak się składa, że to przedmiot moich zainteresowań. – Zamilkła i złożyła usta w dziubek, tworząc jakiś śmieszny wyraz dziecinnej zadumy. Po chwili dodała, jakby sama do siebie: – Miło, że w końcu to zaakceptował…
Mike usiadł na wolnym krześle, tuż obok małego ołtarzyka świętych.
– No ale przejdźmy do rzeczy – rzuciła już głośniej. – Chcesz mnie zapytać o coś konkretnego?
– Właściwie…
– Nie masz pojęcia, o co zapytać – dokończyła za niego, wzdychając teatralnie. – To może zacznijmy od początku. Skąd w ogóle pomysł, że w twoim zadaniu chodzi o magię wschodu?
– Ofiara posiadała wielką kolekcję książek, kilka spośród nich nawiązuje właśnie do takich praktyk – rzucił, a w jego głowie zabrzmiało to żałośnie. Zapewne nie tylko w jego głowie, bo Lily prychnęła kpiąco i oparła się na łokciach.
Nie chciał mówić o powiązaniu jego dziadka ze sprawą. Tym bardziej, kiedy tego powiązania nie mógł być pewien.
– Mówisz poważnie? Moja babka uzbierała sobie serię japońskich romansów, ale to nie znaczy od razu, że jest gejszą.
– Odnalazłem też znak przywołujący pewnego potwora – kontynuował, przyjmując neutralną pozę. – To arabskie słowo çağrı.
– Lichy trop – rzekła nieporuszona. – Zaklęcie przyzwania stosuje się w wielu krajach, chociaż w Anglii zakazano go ze sto lat temu, głównie ze względu na jego podstawę, opartą na tym samym co klątwa Imperius. Mieszanie w głowie, nacisk na podświadomość. Jeśli zwiążesz człowieka z danym znakiem, wołanie powinno go zmusić do konkretnego zachowania w konkretnych okolicznością.
– A jak ktoś nie jest człowiekiem? Można…
– Tak. Nawet sklątkę tylnowybuchową, po prostu sporo ryzykujesz.
– Na przykład co?
– Własny rozum, stabilność emocjonalną. Grzebanie w głowie nigdy nie było bezpieczne. Tak czy inaczej samo çağrı o niczym nie świadczy. Musiałeś znaleźć coś więcej.
Zlustrował ją wzrokiem, doszukując się jakiejkolwiek formy fałszu. Nie miał do niej zaufania, w końcu dopiero ją poznał. Jednak odesłał go do niej szef, nie bez powodu. Czy mógł zaryzykować?
– Wiesz, dlaczego czarodzieje takim zainteresowaniem darzą wschodnie tereny? – rzuciła, pozornie obojętna. – Tam można robić po prostu wszystko, nikt tego nie kontroluje. Najpodlejsi czarnoksiężnicy rośli w siłę właśnie w zachodniej Azji i Afryce. Jeśli twój trop to tylko słowo i kilka książek, niewiele osiągniesz. Krąg zainteresowań tamtejszych ludzi przekracza twoje wyobrażenia.
– Jakieś…
– Wszystko – przerwała mu po raz kolejny, co Mike skwitował uniesieniem brwi. – Od hodowania hybryd smoków, przez produkcję najwymyślniejszych trucizn aż do zaklęć na wydłużenie rzęs. Łatwo ukryć się w piaskach pustyni, tym bardziej jeśli tamtejsze ministerstwo ma wszystko gdzieś. Wrzuć do tego rondla jeszcze pozostałości pradawnych plemion, plujących na wszelkie pakty i konwencje, a wyjdzie ci prawdziwy gulasz rozmaitości.
– A czym ty się konkretnie zajmujesz? – nie potrafił powstrzymać tego pytania.
– Nie twoja sprawa.
Westchnął ciężko, przeczesując dłonią ciemne włosy. Był zmęczony tą rozmową, a nawet jej dobrze nie zaczął.
Wyciągnął z kieszeni złożoną rycinę ze znalezionej w bibliotece księgi. Nie miał prawa jej wyrywać, ale skoro prawie wszystkie informacje o plemieniu i tak usunięto, ta drobna zmiana nie mogła wywołać wielkiego oburzenia.
– Poznajesz to? – Podał jej kartkę, wskazując na nakreślonych na niej ludzi.
– Tak – rzuciła z kąśliwym uśmiechem. – Chodziliśmy razem do szkoły.
– …
– Skąd to masz? – Nie dała mu czasu na wymyślenia riposty. Wyrwała rysunek z jego dłoni i przytknęła go do twarzy.
– Księga plemion. Poza tym usunięto z niej wszystkie kartki, a dotyczyły ludu…
Przerwał mu jej głośny śmiech. Lily zakryła dłonią usta, ale irytujący chichot i tak wypełnił pomieszczenie. Trwało to więcej niż chwilę, jakby jego wypowiedź naprawdę szczerze ją rozbawiła.
– Jeśli dotyczyły Dzieci Synjys, to masz przesrane.
Nie dostrzegł w tym nic zabawnego.
– Zaczekaj. – Nagle jakby spoważniała. – Chcesz mi powiedzieć, że szukałeś jakiś informacji o magii wschodu, niczego konkretnego, i ot tak trafiłeś na księgę z ryciną plemienia, o którym nic nie wiesz i tak sobie uznałeś, że to dotyczy twojej sprawy?
Nie odpowiedział. Wszystkie powiązania, które odnalazł, nie opierały się na twardym fundamencie. To były bardziej poszlaki, w dodatku liche i Mike doskonale to wiedział.
Pozostało mu jedynie wzruszyć ramionami.
– Wiesz coś o tych… – próbował zmienić temat.
– Synjys? Oczywiście, że nie. Nad nimi ciąży jakaś klątwa. Doprawdy klątwa brzmi kusząco, ale kto przy tym grzebie, zaraz traci zainteresowanie. Prawdopodobnie, jeśli wychylisz nos, również w tajemniczych okolicznościach zrezygnujesz.
– Nie chcę wnikać w jakieś plemiona, to poza kręgiem MOICH zainteresowań. Zresztą, wątpię by w sprawie naprawdę o to chodziło. Zakładam prędzej inspirację.
– O Synjys nic nie znajdziesz. Nie istnieje nawet dowód na to, że w ogóle chodzili po ziemi. Ostała się po nich jedynie legenda.
– Tchnienie. Bajka o miłości.
– Nie nazwałabym tego romansem – prychnęła, krzyżując ręce na piersi. – To typowa historia oparta na zwyczajach tamtejszych ludzi. Aranżowane małżeństwo, polityka osadnicza, zakazane praktyki. Szczęśliwego zakończenia nie widać, ale to pierwszy pisany przekaz o...– zamilkła. Na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, jakby właśnie dotarła do niej myśl, która ją przerażała i fascynowała jednocześnie. Oczy stały się jakby puste, nieobecne, a twarz skamieniała, utrzymując przez kolejne minuty ten sam, niejednoznaczny wyraz.
– Przekaz o czym? – zapytał w końcu, ukrywając zniecierpliwienie.
Przez długą, o wiele za długą, chwilę nie odpowiadała. Mruczała coś do samej siebie, czego Mike nie rozumiał. Miał ochotę złapać ją za ramiona i potrząsnąć, ale ryzyko wypowiedzenia z pracy było zbyt wielkie.
– Mike – rzekła w końcu, o wiele ciszej niż do tej pory. – Czy ty słyszałeś może o horkruksach?
Alette dnia 27.11.2018 20:13
fuerte dnia 30.11.2018 21:16
Alette dnia 30.11.2018 21:48
Ale mogę się wiele nauczyć, tak dla samej siebie (IKIGAI!), no a żeby to zrobić, muszę kombinować, ile wlezie. No i tym razem postanowiłam popracować nad dynamiką i ekspozycją. Może trochę przegięłam, ale cóż... czasem wychodzi tak a czasami srak(a) ;p
Anni1111 dnia 06.12.2018 20:45
powiedzieć, czy taka Lily mi się podoba, czy nie.
To "plus dodatni"
, bo to znaczy, że aż do końca udaje Ci się utrzymać tajemnicę, choć przecież już tyle wątków się pojawiło, tyle faktów...
Alette dnia 09.12.2018 20:47
Sam Quest dnia 23.03.2020 18:58
Krnabrny dnia 11.04.2020 19:08
Alette dnia 13.04.2020 10:37
Alette
fuerte
Katherine_Pierce
Sam Quest
Shanti Black
A.
monciakund
ania919
ulka_black_potter
Klaudia Lind
No i ten rozdział kompletnie mi się nie podoba ;D Do momentu spotkania Mike'a z Lily Potter jest dobrze. Bardzo lubię ojca Mike'a, jest taki na swój sposób bardzo opiekuńczy i to już kolejny rozdział, w którym udowadniasz jak bardzo się o syna troszczy i się nim przejmuje. Pewnie przez historię dziadka Mike'a i coś podejrzewam, że ojciec zna jakiś mały element tej układanki...
Natomiast sama rozmowa z Lily Potter jest tak irytująca, wkurzająca, wydumana i przerysowana, że zamiast podniecać się, że poznam być może kolejne elementy układanki, marzyłam, by jak najszybciej się skończyła. Nie wiem czy kiedykolwiek poznałaś kogoś aż tak niepoprawnie przerysowanego, ja nie i nie wierzę, że ktoś taki może w ogóle istnieć. Nie da się w ogóle czytać ich dialogu, najchętniej to bym ten cały fragment wykreśliła.
Poza tym czekam na ciąg dalszy i liczę na tym, że Lily Potter zniknie szybko z kart tej historii ;>