Od wydarzeń z prologu mija sześć lat. Julie Black pragnie poznać tajemnicę swojej blizny.
Był wieczór siódmego czerwca 1991 roku. W pokoju o czerwonych ścianach przyozdobionych pionowymi, złotymi pasami siedziały dwie najwyżej jedenastoletnie dziewczynki. Pierwsza miała długie, kasztanowe włosy zaplecione w warkocz i niebieskie oczy. Ubrana była w ciemne jeansy i zielony T-shirt z nadrukiem. Na prawym przedramieniu wyraźnie widać było bliznę w kształcie ognistej błyskawicy. Druga dziewczyna, drobna szatynka o szarych oczach z zafascynowaniem wpatrywała się w kawałek pergaminu leżący na biurku obok listu z czerwoną pieczątką i herbem - lwem, orłem, borsukiem i wężem wokół wielkiej litery "H". Po raz któryś czytała treść listu:
Szanowna Panno Black,
Mam przyjemność poinformować, że została panna przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny zaczyna się 1 września.
Z wyrazami szacunku,
Minerwa McGonagall,
zastępca dyrektora
- Ale ci zazdroszczę, Julie. Jak ja bym chciała nie musieć więcej wkuwać matmy - powiedziała szatynka.
- Tak, wkuwanie na pamięć zasad i regułek transmutacji jest zdecydowanie ciekawsze niż ułamki i procenty - zaśmiała się niebieskooka.
Kate Deamers była najlepszą przyjaciółką Julie i jedyną mugolką, która znała położenie domu jej dziadków.
- Ej, a niemagicznym rodzicom może urodzić się magiczne dziecko? - zapytała po chwili namysłu
- Tak, wtedy takie dziecko nazywane jest mugolakiem. Moja matka pochodziła z rodziny mugoli - odpowiedziała Julie. - A czemu pytasz?
- Wiesz, nigdy wcześniej ci tego nie mówiłam, ale czasami gdy Jamie mnie wkurzy, to wokół dzieją się dziwne rzeczy. Ostatnio np. stłukła się szklanka - odpowiedziała Kate.
- Hm... to faktycznie zastanawiające. Ale jesteś absolutnie pewna, że jej nie strąciłaś czy coś?
- Tak. Po prostu stała na stole i nagle pękła.
- A może za głośno krzyknęłaś na brata?
- Nie krzyczałam.
- W takim razie wszystko wyjaśni się 12 sierpnia. W twoje jedenaste urodziny.
- Fajnie by było, gdyby się okazało, że jestem czarownicą. Tylko czy w takim razie Jamie też nie powinien być magiczny?
- Niekoniecznie. Czy wokół niego działo się kiedyś coś niezwykłego?
- Nie, tylko wokół mnie.
- Czyli na pewno jest mugolem.
Nastało milczenie. Wzrok Kate padł na tajemniczą bliznę przyjaciółki.
- Julie, skąd właściwie masz tą bliznę? - zapytała
- Nie mam pojęcia. Pojawiła się, gdy miałam pięć lat. Ledwo pamiętam co się stało. - odpowiedziała dziewczynka zerkając na jedyne magiczne zdjęcie w tym pomieszczeniu - przedstawiające mężczyznę o kasztanowych włosach obejmującego czarnowłosą kobietę w ciąży. - Nawet nie wiem kto i dlaczego zabił moich rodziców i nienarodzoną siostrę. Dziadkowie nigdy mi nie powiedzieli. Blizna pojawiła się nagle.
- Myślisz, że to coś znaczy?
- Pewnie tak. Takie coś nie pojawia się ot tak, nie? Może znajdę coś na ten temat w bibliotece Hogwartu.
Dziewczynka dotknęła węża Slytherina na herbie Hogwartu widniejącym na kopercie. Momentalnie poderwała dłoń, bo parzył. To było dziwne. Przytknęła palec do orła Ravenclawu. To samo. Na Borsuku Hufflepuffu też nie mogła trzymać palca dłużej niż ułamek sekundy. Położyła kciuk na lwie Gryffindoru. Tym razem nie parzyło.
- Co jest? - zapytała szatynka
- Dotknij po kolei każde zwierzę w herbie - odpowiedziała Julie.
Przyjaciółka wykonała prośbę.
- No i co to miało dać? - zapytała
- Nie parzyło cię? - odpowiedziała pytaniem niebieskooka
- Dlaczego niby miałyby mnie parzyć? To tylko znaczek.
- Mnie parzyły. Wszystkie prócz lwa.
- Jak myślisz, co to może znaczyć?
- Że jestem uczulona na Slytherin, Ravenclaw i Hufflepuff. A tak na serio to nie wiem.
- Może spróbuj zapytać dziadków? Ja idę, bo moi rodzice zaczną się denerwować. Wiesz jak nie lubią, gdy późno wracam.
Kate zerknęła na zegarek na ścianie wskazujący na dwudziestą drugą. Dziewczynki zeszły razem do schludnie wyglądającego salonu, gdzie na kanapie siedziało małżeństwo. Pani o czarnych włosach przyprószonych siwizną i czarnych oczach, oraz łysiejący, jasnowłosy pan o niebieskich oczach. Przyjaciółka Julie grzecznie pożegnała się z państwem Colen i wyszła. Po zamknięciu za nią drzwi młoda czarownica usiadła w fotelu tak, żeby widzieć twarze Sue i Paula.
- Babciu, dziadku, skąd to się wzięło? - zapytała wyciągając prawą rękę z blizną
- To nic takiego, kochanie. Po prostu kiedyś się sparzyłaś - skłamała pani Colen.
- Tak, wylałaś sobie na rękę wrzątek - potwierdził jej mąż.
- Ech, nigdy nie umieliście dobrze kłamać. Może nie pamiętam zbyt wiele, ale nie zapomniałam, że miałam ją, gdy tata mnie tu przyniósł - powiedziała Julie patrząc na nich spod byka.
- No dobra, to nie jest zwykła blizna. Ale dlaczego ją masz dowiesz się później - odparła jej babcia.
- A mogę się dowiedzieć dlaczego parzą mnie wszystkie zwierzęta w herbie Hogwartu na kopercie, tylko nie lew? - zapytała dziewczynka
Państwo Colen wymienili się spojrzeniami. Widać było, że sami się tego nie spodziewali.
- Musiało ci się coś przyśnić - powiedział dziadek.
- Wcale mi się nie przyśniło. Kate była przy tym - odparła Julie.
Z głębokim westchnięciem rozejrzała się po pokoju. Na komodzie stały jej zdjęcia z wczesnego dzieciństwa. Na niektórych rzucała się w oczy tajemnicza blizna. Choć teraz była bledsza, nadal nie dało jej się przeoczyć. Musiała za wszelką cenę dowiedzieć się skąd ją ma.
***
Jedenastolatka leżała w łóżku nasłuchując kiedy dziadkowie pójdą spać. Próbowała przypomnieć sobie szczegóły z tamtej nocy, ale jedyne, co zachowało się w jej myślach, to ojciec wpadający nagle do jej pokoju i zabierający ją do dziadków, gdzie dowiaduje się, że ktoś zabił jej mamę i nienarodzoną siostrę, Amy. Potem ta blizna w kształcie ognistej błyskawicy, Zaklęcie Fideliusa i tata deportujący się z powrotem do Doliny Godryka. Nigdy nie mogła zrozumieć po co tam wrócił, skoro wiedział, że już za późno, żeby uratować jej ciężarną matkę? Wiedząc zapewne, że sam zginie? Julie przez ponad rok po śmierci rodziców zadawała sobie dwa pytania: Dlaczego zginęli i czemu ojciec ją zostawił, chociaż mógł nie wracać do Doliny od razu, tylko później? Gdy już w ich domu nie było morderców? Gdy w domu nastała cisza przerywana jedynie tykaniem zegara i pohukiwaniem sów za oknem, Julie ostrożnie wygramoliła się z łóżka, wzięła małą latarkę z szuflady i wyszła po cichu na palcach z pokoju. W salonie uważając żeby nie wpaść na ulubiony bujany fotel dziadka, podeszła do regału z książkami. Zapaliła latarkę, żeby widzieć tytuły. Sama nie wiedziała czego tu szukała. Nie było tu książek czarodziei. Jedynym magicznym przedmiotem było zdjęcie jej rodziców w pokoju. Przejechała palcem po grzbietach ksiąg, jakby spodziewała się, że może znajdzie wśród nich odpowiedź na swoje pytania. Musiała sama przed sobą przyznać, że w Królewnie Śnieżce czy Baśniach Andersena nic nie znajdzie. Dziewczynka już miała zgasić latarkę, gdy jej uwagę przykuła kawałek kartki wystający z encyklopedii. Ostrożnie wyjęła ciężki wolumin i otworzyła go, aby wyjąć znalezisko. Na kawałku postrzępionej karteczki ktoś napisał:
OGIEŃ, POWIETRZE, ZIEMIA I WODA
Julie nic z tego nie rozumiała. Spojrzała na drugą stronę, ale była czysta. Wsadziła papierek do kieszeni piżamy i encyklopedię z powrotem na regał.
Leżąc w łóżku i gapiąc się w sufit, zastanawiała się nad sensem słów i kto mógł je napisać. Podejrzewała, że zrobił to jej ojciec w noc, w którą ją tu zostawił. Powtarzała sobie w myślach słowa z kartki jak mantrę - ogień, powietrze, ziemia i woda... ogień... ognista błyskawica... ogień, powietrze, ziemia i woda... Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin. Tak, to by wyjaśniało dlaczego mogła dotknąć tylko lwa na herbie Hogwartu. Podekscytowana wyszła z łóżka i chwyciła za swój telefon komórkowy. Chciała natychmiast powiadomić o swoim odkryciu Kate, więc wysłała do niej SMS-a. Julie tej nocy już nie zasnęła. Wiedziała już, co oznaczają te słowa i że jej blizna musi mieć coś wspólnego z Godrykiem Gryffindorem. Tylko co? Była pewna, że na świecie żyją jeszcze trzy osoby z podobnymi bliznami w kształcie błyskawicy - powietrzną, ziemną i wodną. Czy oni też byli tak jak ona jedenastolatkami, którzy mieli rozpocząć magiczną edukację? Może też zastanawiali się dlaczego mają te znamiona?
Rano zastała dziadka czytającego gazetę i babcię robiącą jajecznicę w kuchni. Julie usiadła na stole i chwyciła tosta.
- Kiedy idziemy na zakupy? - zapytała
- W sierpniu - odpowiedziała Sue.
- Dopiero? Ale wtedy na Pokątnej będą tłumy, nie lepiej teraz?
- Może i lepiej, ale ty jeszcze masz do skończenia podstawówkę.
- Babciu, ułamki na nic zdadzą mi się w świecie magii. Ale jak tak bardzo chcesz to mogę ją skończyć, ale egzaminu końcowego nie będę pisać. Tylko papier by się zmarnował.
- Jak tam chcesz.
***
W szkole Julie poszła z Kate do łazienki, żeby nikt nie podsłuchał ich rozmowy. Nie było to wcale konieczne, bo każdy rozmawiał albo o zbliżających się egzaminach albo o wakacjach i nikogo nie interesowały cudze rozmowy.
- Jesteś tego absolutnie pewna? - zapytała szatynka, gdy przyjaciółka opowiedziała jej o karteczce i wnioskach wyciągniętych z czterech słów, chociaż to samo napisała jej w nocy w SMS-ie
- Sama pomyśl. Najpierw nie mogę dotknąć żadnego zwierzęcia na herbie po za lwem Gryffindoru. Potem ta karteczka... ogień, powietrze, ziemia i woda. Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin. Ognista błyskawica. Wszystko łączy się w całość, tylko nadal nie wiem co to znaczy.
Tak pogrążyły się w dyskusji, że nie usłyszały dzwonka na lekcję. Było już dobre dziesięć minut po, gdy wyszły z łazienki. Na swoje nieszczęście natknęły się na swoją matematyczkę. Była to najstarsza nauczycielka jaką można sobie wyobrazić. Zmarszczki na jej zszarzałej od papierosów twarzy wyglądały jak zagniecenia na prześcieradle. Były tak głębokie, że mogłyby tam chodzić mrówki. Na nosie spoczywały kwadratowe okulary, zaś siwe włosy były tak ciasno spięte w kok, że aż nasuwało się pytanie czy aby na pewno do jej skóry głowy dociera krew. Pani Root była nieobliczalna jak pierwiastki, których uczyła. Już dawno powinna odejść na emeryturę, ale tego nie zrobiła. Najwyraźniej jej życiowym celem było gnębić uczniów do końca życia, bo z całą pewnością nie lubiła swojej pracy.
- Black, Deamers, proszę mi natychmiast wyjaśnić dlaczego nie ma was w mojej klasie - powiedziała surowym tonem.
- Bo my się trochę zagadałyśmy w łazience i nie słyszałyśmy dzwonka - wytłumaczyła się Julie.
- A co takiego jest ważniejsze od matematyki? - zapytała Root
- Ee... bo my rozmawiałyśmy o zadaniu domowym - skłamała Kate.
- Świetnie, to wam je sprawdzę - zadecydowała nauczycielka.
Dziewczyny wyszły z lekcji matematyki z dwoma uwagami, bo oczywiście nie miały zadania.
- Julie, przysięgnij mi, że zamienisz tą starą jędzę w ropuchę jak już będziesz umiała - poprosiła szatynka.
- No wiesz, nieletnim nie wolno czarować poza szkołą, a gdy skończę siedemnaście lat, ona już pewnie nie będzie żyła - odparła niebieskooka.
- Mam nadzieję, bo jak na razie mam wrażenie, że jest nieśmiertelna.
- Nie ty jedna, ale już nie długo nie będziemy musiały się z nią więcej użerać.
Przyjaciółki weszły do domu Kate. Jej rodziców często nie było, ponieważ matka była lekarzem, a ojciec prawnikiem.
-Hej, a wiecie, że prawdopodobnie będziemy chodzić do jednej klasy w Smeltingu, bo chyba nie uda mi się zaliczyć chemii - oznajmił zadowolony Jamie.
Był to brązowowłosy chłopak o oczach w tym samym kolorze.
- Co? - zapytała Kate nie wierząc własnym uszom
Chodzenie do jednej klasy ze starszym, denerwującym bratem było ostatnim o czym marzyła.
- Ja nie idę do Smeltinga - powiedziała Julie.
- To gdzie? Chyba nie do Stonewall? - zapytał Jamie
- Nie. Do pewnej szkoły z internatem. Daleko - odpowiedziała Julie.
- Jakiej?
- To nieistotne.
- Może ja też będę tam chodzić - wtrąciła się Kate.
- Rodzice nic na ten temat nie mówili - zauważył jej brat.
- Wiem.
Dziewczyny poszły do pokoju szatynki, byle by tylko pozbyć się towarzystwa chłopaka.
- Oddałabym swoją rękę, żebym dostała list z Hogwartu - powiedziała Kate siadając na łóżku.
- Lepiej nie, bo nie mogłabyś czarować bez ręki. Chyba że drugą - odparła Julie.
Dziewczyny roześmiały się.
Dni mijały w szybkim tempie. Ani się obejrzały, a już zaczęły się egzaminy, na których mała czarownica oczywiście się nie pojawiła. Po nich czas nagle przyśpieszył i sierpień przyszedł bardzo szybko. Julie spała w najlepsze, gdy obudził ją SMS. Jako, że dzwonkiem była syrena okrętowa, a poprzedniego dnia ustawiła głośność na maksimum słuchając jakiejś metalowej piosenki, czuła się jakby omal nie zeszła na zawał. Wściekła za wczesną pobudkę odczytała wiadomość od Kate:
Julie, chodź szybko do mnie! Musisz to zobaczyć!
To jeszcze bardziej rozwścieczyło dziewczynkę. Co niby może być takiego ważnego, żeby budzić ją o szóstej rano w wakacje? Zaraz... Spojrzała na datę... dwunasty sierpnia... Jedenaste urodziny Kate! Julie natychmiast się rozbudziła. Już wiedziała, co chciała pokazać jej przyjaciółka. Nawet się nie przebrała tylko zbiegła na dół i włożyła buty i bluzę, bo było chłodno, i wybiegła z domu. Starsze panie idące na poranną mszę do kościoła patrzyły na nią dziwnym wzrokiem, gdy je mijała, ale w ogóle się tym nie przejmowała. Zapukała do drzwi Deamersów. Otworzyła jej rozpromieniona dziewczynka.
- Mam nadzieję, że masz ważny powód, żeby mnie budzić o tej porze - powiedziała Julie.
- Wiesz, nie musiałaś tu przychodzić w piżamie - odparła rozbawiona Kate. - Dostałam list! Z Hogwartu!
Podała list przyjaciółce, która przeczytała jego treść:
Szanowna Panno Deamers,
Mam przyjemność poinformować, że została panna przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny zaczyna się 1 września.
Z wyrazami szacunku,
Minerwa McGonagall,
zastępca dyrektora
- Super! Mam nadzieję, że będziemy w jednym Domu - ucieszyła się niebieskooka. - Powiedziałaś już rodzicom i bratu?
- Jeszcze nie. Będę mogła iść z tobą i twoimi dziadkami na zakupy? Bo wiesz, rodzice są zbyt zajęci, a twoja babcia i twój dziadek już wiedzą gdzie co kupić.
- Jasne, na pewno się zgodzą. Pokaż na chwilę kopertę.
Kate podała przyjaciółce to, o co prosiła. Dziewczynka dotknęła po kolei każdego zwierzęcia w herbie. Tak jak przy dotykaniu ich na swojej kopercie nie parzył jej tylko lew. Oddała ją szatynce.
- Pozostaje tylko powiedzieć moim rodzicom i Jamiemu.
- Poczekaj na mnie, tylko pobiegnę do domu się przebrać.
- Ok.
Dom dziadków Julie był zaledwie dwie ulice stąd. Jako że pozostawał niewidoczny dla innych wszyscy dziwili się brakiem domu nr. 7, chociaż niektórzy mieszkańcy okolicy zarzekali się, że kiedyś tu stał. Musieli więc znać ten dom zanim został objęty Zaklęciem Fideliusa. Dziewczynka zastała babcię i dziadka w kuchni. Właśnie jedli śniadanie.
- Julie, gdzie ty byłaś? I dlaczego w piżamie? - zapytał pan Colen
- U Kate. Dostała list z Hogwartu - odpowiedziała dziewczynka.
- O, to wspaniale - ucieszyła się pani Colen.
- Będzie mogła pójść z nami na zakupy?
- Oczywiście.
- Super, pójdę się przebrać i lecę z powrotem.
- A śniadanie?
- Zjem u Kate.
Julie pobiegła na górę i szybko przebrała się w dresy. Włożyła do kieszeni swój list z Hogwartu. Gdy pojawiła się z powrotem w domu przyjaciółki jej rodzice i brat już wstali. Mary Deamers była drobną, brązowooką szatynką. Natomiast Oliver Deamers miał brązowe włosy i szare oczy.
- Mamo, tato, Jamie, muszę wam coś powiedzieć - powiedziała Kate.
- Co takiego, kochanie? - zapytała pani Deamers
- Jadę do Hogwartu - odpowiedziała z dumą dziewczynka
- Dokąd? To jakaś szkoła z internatem? - zapytał pan Deamers
- Tak jakby - odparła szatynka.
- Chwila... Julie, czy czasem nie o tej szkole mówiłaś w czerwcu? - zapytał Jamie
- Właśnie o tej - odpowiedziała niebieskooka. - To szkoła magii i czarodziejstwa.
Ojciec Kate zakrztusił się kawą, którą akurat pił.
- Szkoła czego? - zapytał nie wierząc własnym uszom
- Magii i czarodziejstwa - powtórzyła Julie. - Ja też tam jadę. Moi rodzice byli czarodziejami.
- Ale my nimi nie jesteśmy - zauważyła matka szatynki.
- Wiem. W rodzinie mugoli... znaczy się niemagicznych ludzi też może urodzić się czarodziej. Nazywany jest mugolakiem. Moja matka nim była.
- Czy czasem ja też nie powinienem być czarodziejem? - zapytał Jamie
- Nie, nie ma żadnej reguły, która by mówiła, że mugolak nie może mieć mugolskiego rodzeństwa - odparła dziewczynka. - Kate, pokaż swój list.
Jedenastolatka podała swojej mamie list. Julie na wszelki wypadek pokazała jej też swój.
- Nie, nie, to na pewno są jakieś żarty - skwitowała Mary, gdy skończyła czytać oba i podała je mężowi.
- To nie żarty, proszę pani. Może pani zapytać moich dziadków - powiedziała Julie
- Tak zrobię.
Kobieta podeszła do telefonu, podniosła słuchawkę i wykręciła numer. Po krótkiej rozmowie niedowierzanie ustąpiło miejsca zdumieniu.
- Na zakupy idę z Julie i państwem Colen, więc nie musicie się martwić, że będziecie musieli zwolnić się pracy - powiedziała Kate.
- Jeszcze się nie zgodziliśmy - przypomniał jej ojciec.
- Poza tym czym chcesz zapłacić? Nie mamy przecież czarodziejskich pieniędzy - dodała matka.
- W banku Gringotta, tj. banku czarodziei można wymienić mugolskie pieniądze na galeony, sykle i knuty - wyjaśniła Julie.
- Proszę, zgódźcie się! - szatynka ułożyła ręce w błagalnym geście
- No dobrze, skoro tak bardzo chcesz - zgodził się Oliver.
***
Tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego Julie i Kate wraz z dziadkami tej pierwszej udali się na Pokątną. Zgodnie z przewidywaniami panny Black ulica była zatłoczona. Po półtorej godzinie zakupili już wszystko oprócz różdżek i zwierząt.
- Najpierw idziemy do Ollivandera. Do Eylopy na koniec - powiedziała pani Colen.
Sklep wytwórcy różdżek miał najbardziej magiczny klimat ze wszystkich na Pokątnej. Długie pudełka piętrzyły się na regałach, które sięgały sufitu.
- Mogę ja pierwsza? - zapytała Kate
- Oczywiście - odpowiedział pan Colen.
Pojawił się pan Ollivander.
- Witam, witam, jak się panienka nazywa? - zapytał
- Kate Deamers - odpowiedziała dziewczynka
- Która ręka ma moc?
- Yy... jestem praworęczna.
Następnie miarka sama zaczęła ją mierzyć. Po tym to samo zrobiła z Julie. Gdy skończyła zwinęła się i wpadła do szuflady.
- Proszę spróbować tej - wiśnia, 13 cali, włos z ogona jednorożca, sztywna - powiedział wytwórca, podając Kate długie pudełeczko
Chwyciła różdżkę w palce, ale nic się nie stało.
- No nic, to może ta - głóg, 10,5 cala, pióro feniksa, elastyczna.
Też nic.
- Cedr, 12,5 cala, włókno ze smoczego serca, giętka.
Kate chwyciła różdżkę w palce. Z jej końca wystrzelił promień światła.
- Brawo! No to teraz panna Julie Black - powiedział Ollivander swym tajemniczym głosem.
- Skąd pan wie jak mam na imię? - zapytała niebieskooka
- Cóż, pochodzisz z jednego najstarszych rodów czystej krwi - odpowiedział mężczyzna.
Dziewczynka odniosła wrażenie, że nie mówił do końca prawdy, ale nie pytała dalej. Najpierw wypróbowała dwie różdżki, które odrzuciły Kate, ale i jej żadna nie wybrała.
- Proszę spróbować tej - mahoń, 11 cali, włos z ogona jednorożca - powiedział Ollivander, podając jej kolejne pudełeczko.
Julie chwyciła różdżkę w palce, ale nic się nie stało. Sprawdzała po kolei każdą, ale żadna nie była tą właściwą. W ten sposób wypróbowała już połowę jaka była w sklepie. Na ladzie i krzesłach piętrzyły się długie pudełka. Pan Ollivander część z nich musiał położyć na podłodze, żeby było go widać. A i tak musiał stanąć na taborecie.
- Wrzos, 9 cali, włókno ze smoczego serca, dość giętka - powiedział z nieukrywanym zachwytem w głosie.
Musiał lubić klientów, którzy mieli problem ze znalezieniem odpowiedniej różdżki. Julie chwyciła wrzosową, ale również nic się nie stało. I tak wypróbowała wszystkie różdżki ze sklepu. Zaczęła się bać, że jest za mało magiczna, żeby ją dostać.
- To już wszystkie? - zapytała
- Te w sprzedaży tak - odpowiedział Ollivander. - Ale mam jeszcze jedną - dodał i wyszedł na zaplecze.
Wrócił po chwili z kolejnym pudełkiem. Wyjął z niego różdżkę i podał dziewczynce. Chwyciła ją w palce i poczuła jak przez rękę przepływa jej energia. Z końca różdżki wystrzeliły czerwono-złote iskry. Odetchnęła z ulgą i odłożyła przedmiot do pudełka.
- Z czego ona jest? - zapytała
- Ostrokrzew, 12 cali, łza feniksa, giętka - odpowiedział wytwórca.
- Co? Przecież do wyrobu różdżek używa się piór tych ptaków, nie łez.
- Tak. To jest unikatowa, jedyna taka różdżka. Miała mieć rdzeń z włosa z ogona jednorożca, ale feniks uronił łzę na kawałek ostrokrzewu. A musi panienka wiedzieć, że z tego kawałka ostrokrzewu wytworzyłem jeszcze jedną różdżkę. Tą, którą kilka minut temu zakupił u mnie Harry Potter. Bliźniacza różdżka Sama-Wiesz-Kogo.
- Chce pan powiedzieć, że... - zaczęła dziewczynka.
- Tą łzę uronił ten sam feniks, którego pióra znajdują się w różdżkach pana Pottera i Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać - odparł Ollivander.
- Dlaczego była na zapleczu?
- Już samo połączenie ostrokrzewu z piórem feniksa daje niezwykłą moc właścicielowi takiej różdżki. Pani różdżka jest najprawdopodobniej najpotężniejszą różdżką, która istnieje, a w każdym razie nie stwierdzono istnienia silniejszej, chociaż są pewne legendy. Podejrzewam, że nawet, gdyby ktoś odebrał ją panience w pojedynku, to nigdy by jej w pełni nie posiadł.
Wychodząc ze sklepu Julie nie wiedziała co myśleć. Było możliwe, że miała najpotężniejszą różdżkę. Jedyną w swoim rodzaju. Ale dlaczego właśnie ją wybrała? Miała niejasne wrażenie, że miało to coś wspólnego z blizną w kształcie ognistej błyskawicy. W Centrum Handlowym Eylopa zakupiła samca sowy śnieżnej, którą nazwała Śnieżek. Natomiast jej przyjaciółka nabyła małego biało-rudego kotka, którego nazwała Merlin.
W domu Julie rozmyślała nad swoją różdżką. Zdała sobie sprawę, że zapomniała zapytać czy ten feniks do kogoś należał. W tym samym czasie, gdy ona leżała w łóżku, obracając w palcach przedmiot z łzą feniksa, państwo Colen przywiązali do nóżki swojej małej, brązowej płomykówki imieniem Spark, będącej prezentem od córki, krótki liścik o takiej treści:
Drogi profesorze Dumbledore,
Procjon prosił, żeby pana powiadomić, jeśli to się stanie. Różdżka z łzą pańskiego feniksa wybrała Julie.
Z poważaniem,
Sue i Paul Colenowie
Sue i Paul obserwowali sowę, aż znikła im z pola widzenia.
Podoba mi się, że Twoje fan ficki są długie. Widać, że sporo nad nimi musisz siedzieć. Dialogi tym razem wyszły niemal bez zgrzytów prócz tego momentu:
- No dobrze, skoro tak bardzo chcesz - zgodził się Oliver.
Trochę nierealne, że rodzice-mugole tak szybko wyrazili zgodę, zrozumieli fakt, że ich córka idzie do jakiejś dziwnej szkoły i jeszcze dodali "no dobrze, skoro tak bardzo chcesz", jakby chodziło i kupno sukienki. "
Poza tym zastanawiam się jak do tych Założycieli dopasujesz Pottera, który również ma błyskawicę i będzie w Gryffindorze, podobnie jak Julie.
No i z tą najpotężniejszą różdżką to już mi się też średnio podoba, poza tym by wypróbować wszystkie różdżki Ollivandera musiałaby tam chyba spędzić kilka dni ;o
Ale poza tym ta część jest o wiele lepsza od poprzedniej, bardziej się tutaj wczułam i widać progres. Także może być już tylko coraz lepiej ;D