Po niezbyt udanym spotkaniu Klubu Pojedynków dochodzi do sprzeczki Julie i Simona. Wkrótce Gryfonka zostaje uwiêziona w tajemniczym pokoju.
Z Wielkiej Sali znik³y d³ugie sto³y, a na ¶rodku pojawi³ siê podest wokó³ którego zebra³ siê t³um. W¶ród ¿eñskiej czê¶ci rozleg³o siê przeci±g³e westchniêcie, gdy wszed³ Lokhart. Za nim jak cieñ stan±³ Snape.
- W zwi±zku z ostatnimi atakami profesor Dumbledore pozwoli³ mi na utworzenie Klubu Pojedynków, ¿eby nauczyæ was jak siê broniæ - oznajmi³ Lokhart, szczerz±c zêby. - Profesor Snape zgodzi³ siê byæ moim asystentem. Nie martwcie siê jednak, waszemu Mistrzowi Eliksirów nie stanie siê krzywda. - Nauczyciel roze¶mia³ siê, lecz Snape pozosta³ niewzruszony.
Lokhart rzuci³ swoj± pelerynê w stronê grupki dziewczyn z pi±tego roku, które wyda³y z siebie g³o¶ne westchniêcie i potraktowa³y j±, jakby by³a czym¶ ¶wiêtym. Obaj profesorowie stanêli naprzeciw siebie i wyjêli ró¿d¿ki.
- Raz... dwa... - odlicza³ nauczyciel obrony.
- Expelliarmus! - zawo³a³ Snape, zanim zd±¿y³ jego przeciwnik powiedzieæ "trzy".
Lokhart ugodzony czerwonym promieniem przelecia³ przez pó³ sali, uderzy³ z ³oskotem o ¶cianê i osun±³ siê po niej. Po chwili wsta³, otrzepuj±c siê i u¶miechaj±c, jakby nic siê nie sta³o.
- Bardzo sprytne, profesorze, bardzo sprytne. To doprawdy doskona³y pomys³, ¿eby zademonstrowaæ to uczniom. Doskonale wiedzia³em, jaki by³ pana zamiar i gdybym tylko chcia³, nie dosz³oby do tego - stwierdzi³ nauczyciel, lecz twarz Snape'a nadal nie wyra¿a³a ¿adnych emocji.
Nastêpnie Lokhart podzieli³ ich na pary. Ku przera¿eniu Julie, ustawi³ j± naprzeciw Eveline. K±tem oka zauwa¿y³a, ¿e Kate stanê³a przed Simonem. Zachowuj siê naturalnie. Udawaj, ¿e jej nie znasz - powiedzia³a do siebie w my¶lach.
- ... Natomiast pan Potter zmierzy siê z... mo¿e Weasley? - zaproponowa³ Lokhart.
- Pan wybaczy, profesorze, ale ró¿d¿ka Weasleya sieje zamêt nawet przy najprostszych zaklêciach. Jeszcze wy¶le Pottera po³amanego do szpitala - odpar³ Snape. - Pan pozwoli, ¿e sam wybiorê z kim Potter bêdzie siê pojedynkowaæ - doda³ i nie czekaj±c na odpowied¼ wskaza³ na Draco Malfoya.
¦lizgon spojrza³ na Harry'ego z pogard±, na co ten odpowiedzia³ mu takim samym spojrzeniem.
- Pamiêtajcie, ¿e æwiczymy zaklêcia rozbrajaj±ce i tylko takie. Nie chcê tu widzieæ ¿adnych innych - powiedzia³ Lokhart. - Start!
Wielk± Salê wype³ni³y ¶wietliste promienie. Ju¿ po kilku sekundach Neville le¿a³ na posadzce z kaktusem zamiast rêki, a Seamus podpali³ sobie w³osy. Julie szybko przekona³a siê, ¿e nie mia³a ³atwej przeciwniczki. Chcia³a zerkn±æ jak radzi sobie Kate, lecz nie by³o jej widaæ w¶ród ¶migaj±cych tu i tam zaklêæ. Eveline wykorzysta³a jej nieuwagê i trafi³a j± Tarantallegr±. Gryfonka, próbuj±c opanowaæ nogi, rzuci³a rictusemprê, przez co Krukonka zanios³a siê niepohamowanym ¶miechem. Nagle nasta³a cisza, ¶wietliste promienie przesta³y lataæ w powietrzu, a uczniowie stali nieruchomo, jakby kto¶ zatrzyma³ czas. Julie szybko zobaczy³a, co by³o tego powodem. Na pod³odze miêdzy Malfoyem a Potterem wi³ siê d³ugi, czarny w±¿, którego Draco musia³ przed chwil± wyczarowaæ.
- Spokojnie, bez paniki, zajmê siê tym - powiedzia³ Lokhart, choæ u¶miech spe³z³ mu z twarzy.
Wycelowa³ ró¿d¿kê wê¿a, mrukn±³ co¶ niezrozumia³ego i gad podskoczy³ pod sufit, by po chwili znowu opa¶æ na podest, nie odnosz±c ¿adnych obra¿eñ. Zwierzê zaczê³o pe³zn±æ w stronê Justina Finch-Fletchleya. Nagle Harry zacz±³ wydawaæ z siebie d¼wiêk, który nie przypomina³ ¿adnego ludzkiego jêzyka. By³ to bardziej syk. W±¿ znajduj±cy siê ju¿ kilka cali od Puchona odwróci³ ku niemu swój ³eb. Snape wycelowa³ w gada ró¿d¿kê i ten znikn±³ spowity k³êbem dymu. Wszyscy patrzyli na Pottera, jakby pope³ni³ jak±¶ zbrodniê, choæ on sam nie wiedzia³ o co chodzi³o. Szczerze mówi±c, Julie te¿ nie. Nagle poczu³a jak kto¶ ci±gnie j± za rêkaw. By³ to Simon.
- Ej, co ty... - zaczê³a, ale ch³opiec nie da³ jej dokoñczyæ.
- Musimy porozmawiaæ - powiedzia³. - Trzeba tylko znale¼æ Eveline. O! Tam jest!
Dalej ci±gn±c j± za rêkaw, podbieg³ do Krukonki.
- Mo¿esz w koñcu mnie pu¶ciæ? - zdenerwowa³a siê Gryfonka.
- Och, tak, jasne, sorry - odpar³ Simon i pu¶ci³ jej rêkaw.
- Chod¼cie, musimy znale¼æ jak± pust± salê - powiedzia³a Eveline.
Trójka uczniów wesz³a do pustej klasy, która znajdowa³a siê w pobli¿u Wielkiej Sali. Po wiadrach, mopach i miot³ach mo¿na by³o stwierdziæ, ¿e by³ to sk³adzik wo¼nego. A raczej kiedy¶ by³, bo przybory do sprz±tania by³y zakurzone i spowite pajêczyn±, jakby od dawna nikt z nich nie korzysta³.
- No wiêc dowiem siê o co chodzi? - zapyta³a zirytowana Julie.
- Potter jest wê¿ousty - odpowiedzia³ Simon.
- Gada³ do tego wê¿a, sama s³ysza³a¶ - doda³a Eveline.
- No dobra, ale co z tego? - Dziewczynka nadal nic nie rozumia³a.
- On jest Dziedzicem Slytherina - oznajmi³ Puchon konspiracyjnym tonem.
- Zwariowa³e¶, prawda? Niby dlaczego mia³by nim byæ? - zapyta³a Julie.
- Jak to "dlaczego"? To ty nie wiesz jaka by³a najs³ynniejsza cecha Salazara Slytherina? - zdziwi³ siê ch³opiec. - Przecie¿ ka¿dy czarodziej to wie!
- Przypominam ci, ¿e mnie wychowali mugolscy dziadkowie. I jako¶ nie interesuje mnie najs³ynniejsza cecha go¶cia, którego potomek chce mnie zabiæ - odpar³a Gryfonka.
Simon zrobi³ tak± minê, jakby chcia³ odpyskowaæ, ale w porê odezwa³a siê Eveline:
- Uspokójcie siê! Nie mo¿emy sobie pozwoliæ na utratê panowania nad sob±!
Julie doskonale wiedzia³a o czym mówi³a. Tym razem Dumbledore móg³by nie zd±¿yæ na czas.
- No wiêc mo¿e mnie kto¶ ³askawie o¶wieciæ? - zapyta³a, ³api±c siê pod boki.
- Salazar Slytherin te¿ rozmawia³ z wê¿ami - odpowiedzia³a Krukonka. - I teraz wszyscy my¶l±, ¿e Potter jest jego praprapraprawnukiem.
- Ale... przecie¿ to nie mo¿e byæ prawda - powiedzia³a dziewczynka.
- Z tego co nam wiadomo, mo¿e - odpar³ Simon.
- Nawet je¶li jest potomkiem Slytherina, to jeszcze nie znaczy, ¿e jest Dziedzicem. Przodkiem Zachariasza Smitha by³a Helga Hufflepuff, tak samo jak twoj±, a jednak to ty jeste¶ jej Dziedzicem, nie on - zauwa¿y³a Julie.
- No... niby racja, ale dlaczego szczu³ wê¿a na Justina? - zapyta³ Puchon.
- A sk±d wiesz co chcia³ zrobiæ? Pyta³e¶ go o to? Równie dobrze móg³ mu powiedzieæ, ¿eby zostawi³ go w spokoju - zauwa¿y³a dziewczynka.
- Tak, ale mowa wê¿y to umiejêtno¶æ czarnoksiê¿ników. Nie znam ¿adnego normalnego czarodzieja, który gada³by z wê¿ami - odpar³ ch³opiec.
- Przecie¿ Harry jest w Gryffindorze. Je¶li by³by Dziedzicem Slytherina, to musia³by byæ w Slytherinie - powiedzia³a Julie.
- S³ysza³am, ¿e Tiara Przydzia³u chcia³a go w nim umie¶ciæ - stwierdzi³a Eveline.
- No nawet je¶li, to gdyby chcia³ mnie zabiæ, ju¿ dawno by to zrobi³. Widujemy siê przecie¿ codziennie w Wie¿y Gryffindoru. No i to on pozbawi³ Voldemorta mocy - zauwa¿y³a Gryfonka. Na d¼wiêk imienia Czarnego Pana Simon wzdrygn±³ siê.
- Gdyby próbowa³ ciê zabiæ, od razu rzuci³by na siebie podejrzenia. Nie wiemy jak pokona³ Sama-Wiesz-Kogo. On by³ potê¿nym czarnoksiê¿nikiem. Mo¿e po prostu trafi³ na silniejszego od siebie... - zacz±³ Puchon.
- ... niemowlêcia - przerwa³a mu Julie. - Nie wiem jak uda³o mu siê prze¿yæ, ale nie s±dzisz, ¿e nawet je¶li mia³by byæ tym Dziedzicem Slytherina, to nie pomog³oby mu to pokonaæ najwiêkszego czarnoksiê¿nika ¶wiata, maj±c zaledwie roczek?
- No niby tak - zgodzi³ siê Simon. - Ale dotychczas ofiarami ataków s± ci, którzy w jaki¶ sposób narazili siê Potterowi. Nie uwa¿asz, ¿e to nie mo¿e byæ przypadek? - zapyta³.
- Co masz na my¶li? - Dziewczynka nie wiedzia³a o co mu chodzi³o.
- Najpierw pani Norris - wszyscy wiemy, ¿e Potter jej nie znosi - odpar³ Puchon.
- Podaj mi kogo¶, kto lubi t± kotkê i nie nazywa siê Argus Filch - zadrwi³a Julie.
- Colin Creevey. Potter móg³ siê wkurzyæ na niego za te zdjêcia. No i musia³a¶ s³yszeæ jak wyra¿a³ siê o tych mugolach, u których mieszka - powiedzia³ Smon, ignoruj±c jej wypowied¼.
- I wed³ug ciebie mia³by chcieæ zrobiæ ma³emu Creeveowi krzywdê tylko dlatego, ¿e robi³ mu zdjêcia? Dla twojej informacji, Harry opowiada³ mi o Dursleyach. I wierz mi, te¿ by¶ mówi³ o nich ¼le, gdyby¶ wiedzia³ co to za ludzie. A Potter musia³ wytrzymaæ z nimi dziesiêæ lat i nadal wraca do nich w wakacje - odpar³a Gryfonka.
- Jest co¶, co wyklucza Pottera jako Dziedzica Slytherina - zauwa¿y³a Eveline. - W Ksiêdze Za³o¿ycieli jest napisane, ¿e ma pochodziæ on z rodu Gauntów, lecz sam nosiæ inne nazwisko, bo ród wymar³.
- Nie wiemy nic o rodzinie Pottera, poza tym, ¿e jego ojciec nazywa³ siê James Potter, by³ czystej krwi i o¿eni³ siê z mugolaczk±, Lily Evans - odpar³ Simon.
- Oczywi¶cie, jako¶ tam Harry mo¿e byæ spokrewniony z Gauntami, bo w koñcu wszystkie rody czystej krwi s± ze sob± powi±zane, ale Dziedzic Slytherina prawdopodobnie pochodzi od Gauntów ze strony jednego z rodziców. Czyli pewnie matki, co by wyja¶nia³o dlaczego ród wymar³ - powiedzia³a Julie.
- Ty uparcie bronisz Pottera, bo jeste¶cie z jednego Domu - stwierdzi³ oskar¿ycielsko Puchon.
- A ty chyba wzi±³e¶ sobie za punkt honoru, ¿eby udowodniæ, ¿e jest Dziedzicem Slytherina - odpar³a k±¶liwie Gryfonka. - Odnoszê wra¿enie, ¿e nie przepadasz za nim od wyników zesz³ego Pucharu Domów.
- A jak mam za nim przepadaæ? - zapyta³ Simon. - Hufflepuff po raz pierwszy od wieków nie mia³ ostatniego miejsca i co? Potter dosta³ od Dumbledore'a punkty, Gryffindor skoczy³ na pierwsze, a my znów na czwarte! - Ch³opiec zrobi³ siê czerwony na twarzy.
- Pragê zauwa¿yæ, ¿e nie tylko Potter otrzyma³ wtedy punkty. Zapomnia³e¶ chyba o Ronie Weasleyu, Hermionie Granger no i Neville'u Longbottomie, dziêki któremu wygrali¶my Puchar - odpar³a Julie. Podesz³a do drzwi, i zanim je otworzy³a, jeszcze raz zwróci³a siê do Puchona. - Nastêpnym razem, je¶li nie chcecie mieæ wiecznie ostatniego miejsca, zacznijcie co¶ robiæ, a nie tylko siedzicie w cieniu. Podobno jeste¶cie najbardziej pracowitym Domem, a jako¶ nigdy nie s³ysza³am, ¿eby kto¶ z Hufflepuffu szczególnie przys³u¿y³ siê Hogwartowi - zadrwi³a i wysz³a nie czekaj±c na odpowied¼.
W Wie¿y Gryffindoru Julie spostrzeg³a, ¿e nawet Gryfoni patrzyli na Harry'ego, jakby by³ trêdowaty. Wszyscy oprócz Rona, Hermiony, Freda, George'a i Ginny. Choæ ta ostatnia tak naprawdê unika³a patrzenia na Pottera. On, Weasley i Granger wspiêli siê po schodach do dormitorium ch³opców. Dziewczynka pod±¿y³a za nimi.
- Nie przejmuj siê, stary, nied³ugo zapomn± - pocieszy³ go Ron. - W poprzednim roku stracili¶my kupê punktów i ludzie szybko o tym zapomnieli.
- Ale tu nie chodzi o punkty - ¿achn±³ siê Harry. - Co je¶li naprawdê jestem tym Dziedzicem Slytherina? - zapyta³.
- Nie jeste¶ - odezwa³a siê Julie, zanim Ron lub Hermiona zd±¿yli otworzyæ usta. - Przecie¿ pamiêta³by¶ je¶li by¶ co¶ wypu¶ci³ na mugolaków. I niby dlaczego mia³by¶ to robiæ? No i musia³by¶ chcieæ mnie zabiæ.
- Tak, ale... zaraz... Mnie? A niby dlaczego musia³bym ciê zabiæ, je¶li rzeczywi¶cie by³bym tym Dziedzicem Slytherina? - zapyta³ zdziwiony Potter.
Dziewczynka nie wiedzia³a co odpowiedzieæ. Mia³a przecie¿ nikomu nie mówiæ. Nawet Kate nie wiedzia³a wszystkiego.
- Nie mogê ci powiedzieæ, bo Dumbledore prosi³ o dyskrecjê. My¶lê, ¿e mo¿esz jednak wiedzieæ, ¿e Dziedzic Slytherina pochodzi z rodu Gauntów, choæ sam ma inne nazwisko - powiedzia³a Julie. - Czyli nie mo¿esz to byæ ty.
- Czy Ma... - zacz±³ Ron, ale Hermiona da³a mu kuksañca w bok, wiêc zamilk³.
***
Atmosfera w szkole pogorszy³a siê jeszcze bardziej. Na domiar z³ego potwór z Komnaty Tajemnic znów zaatakowa³. Tym razem spetryfikowany zosta³ Justin Finch-Fletchley, przez co Puchoni jeszcze bardziej utwierdzili siê w przekonaniu, ¿e Harry Potter by³ Dziedzicem Slytherina. Ch³opiec faktycznie znalaz³ jego nieruchome cia³o i Prawie Bezg³owego Nicka wisz±cego w powietrzu. Duch oberwa³ najbardziej, ale drugi raz nie móg³ umrzeæ. Julie tylko raz, podczas ¶niadania w Wielkiej Sali, odwa¿y³a siê zerkn±æ na Simona. Od rozmowy w starym sk³adziku nie odezwali siê do siebie ani razu. Mia³o to i dobre strony, bo tak ³atwo by³o im udawaæ, ¿e siê nie znaj±. Eveline próbowa³a ich pogodziæ, ale ¿adne nie chcia³o jej s³uchaæ. Chocia¿ Gryfonka w duchu przyzna³a jej racjê co do jednego - ch³opiec móg³ poczuæ siê ura¿ony jej s³owami o Hufflepuffie. Nie mia³a jednak zamiaru go przepraszaæ dopóki nie zrozumie, ¿e fakt bycia wê¿oustym nie oznacza od razu, ¿e lata siê po szkole i petryfikuje mugolaki. Pomy¶la³a, ¿e naj³atwiej by³oby odkryæ kim jest Dziedzic Slytherina, sprawdzaj±c zamek noc±.
- Oszala³a¶? - zapyta³a Kate, gdy pó¼nym wieczorem w dormitorium Julie przedstawi³a jej swój plan.
- A znasz lepszy sposób? - odpowiedzia³a pytaniem dziewczynka.
- No nie, ale... to niebezpieczne.
- Dlatego biorê ze sob± lusterko. S³ysza³am, ¿e Hermiona poradzi³a Penelopie Clearwater patrolowaæ w ten sposób korytarze.
- Mo¿e powinnam i¶æ z tob±?
- Nie, jeste¶ z rodziny mugoli, to zbyt ryzykowne.
- A je¶li ci nie pozwolê?
- Od kiedy to muszê pytaæ siê ciebie o pozwolenie, ¿eby co¶ zrobiæ?
- Chcesz ryzykowaæ tylko po to, ¿eby z³apaæ tego ca³ego Dziedzica Slytherinu?
- Chcê ci przypomnieæ ¿e ten ca³y Dziedzic Slytherina chce mnie zabiæ. Wiec nie oczekuj, ¿e bêdê grzecznie siedzieæ i czekaæ a¿ sam przyjdzie mnie ukatrupiæ.
- No dobra, tylko uwa¿aj na siebie.
- Bêdê.
Julie wysz³a z dormitorium. Kate siedzia³a os³upia³a na ³ó¿ku. Nie powinna by³a siê na to zgodziæ. Spojrza³a na ³ó¿ko przyjació³ki i z przera¿eniem zobaczy³a na nim jej ró¿d¿kê. Zbieg³a na dó³, ale Julie ju¿ nie by³o w Pokoju Wspólnym. Dziewczynka schowa³a ró¿d¿kê do kieszeni spodni. Wziê³a w³asn± i lusterko na wszelki wypadek. Wysz³a z Wie¿y Gryffindoru, czuj±c ¿e serce wali jej jak m³otem.
- Lumos! - szepnê³a Kate i strumieñ ¶wiat³a o¶wietli³ opustosza³y korytarz.
***
Julie sz³a ciemnym korytarzem, o¶wietlanym tylko przez pochodnie. Ledwie co widzia³a w lusterku. Pomy¶la³a, ¿e mog³aby o¶wietliæ drogê zaklêciem Lumos. Siêgnê³a po ró¿d¿kê, ale okaza³o siê, ¿e jej nie mia³a. Poczu³a jak ze strachu co¶ ¶ciska jej ¿o³±dek. Nagle zrobi³o siê jasno. Ale przecie¿ ona nie mog³a tego zrobiæ. Spojrza³a w lusterko i zobaczy³a blad± twarz mê¿czyzny z d³ugimi, niemal bia³ymi w³osami. Patrzy³ z wy¿szo¶ci± i pogard±. W prawej rêce trzyma³ zapalon± ró¿d¿kê. Chocia¿ widzia³a go pierwszy raz, od razu wiedzia³a kim by³. Odwróci³a siê, by stan±æ z nim twarz± w twarz.
- Lucjusz Malfoy - powiedzia³a zaskakuj±co ch³odnym g³osem.
- To doprawdy nierozs±dne chodziæ noc± po zamku, gdy tu dziej± siê takie nieszczê¶cia - odpar³ Malfoy tonem, który nie wyra¿a³ ¿adnych emocji. - Tak samo jak nie s³uchanie tego, co siê ka¿e.
- To ty przys³a³e¶ tê pogró¿kê - Bardziej stwierdzi³a ni¿ zapyta³a Julie.
Choæ stara³a siê tego nie okazywaæ, by³a przera¿ona. Sta³a na opustosza³ym korytarzu naprzeciw jednego ze ¶miercio¿erców, którzy zabili jej rodziców i mieli zabiæ j±. W duchu przeklê³a siebie za to, ¿e zostawi³a ró¿d¿kê w dormitorium. Zerknê³a na portrety, ale postacie w nich g³o¶no chrapa³y. A mo¿e to Malfoy jest Dziedzicem Slytherina? Gryfonka natychmiast odrzuci³a t± my¶l. Gdyby tak by³o, ju¿ le¿a³aby spetryfikowana albo martwa. Pomy¶la³a, ¿eby u¿yæ Magii Ognia i podpaliæ mê¿czyznê. Ukaraæ... Nie! - powiedzia³ jej jaki¶ g³osik z ty³u g³owy. Nie potrafi panowaæ nad Moc± ¯ywio³u. Mog³aby zrobiæ krzywdê tak¿e sobie. Pozosta³o jej tylko uciekaæ. Nie zd±¿y³a jednak przebiec nawet kilkunastu cali, gdy poczu³a jak w plecy trafia j± zaklêcie. Ostatnie, co pamiêta³a, to rêka Lucjusza Malfoya ci±gn±ca j± po posadzce.
***
Julie obudzi³a siê w jakim¶ ciemnym pomieszczeniu. Ku jej zaskoczeniu by³o wyj±tkowo du¿e. Nie mog³a oprzeæ siê wra¿eniu, ¿e to miejsce znajdowa³o siê blisko Hogwartu. W koñcu nie minê³o za wiele czasu odk±d zaatakowa³ j± Malfoy, a chyba poczu³aby co¶, gdyby siê teleportowali. Poza tym w Hogwarcie nie mo¿na siê deportowaæ. Podnios³a siê z pod³ogi, czuj±c jak krêci siê jej w g³owie. Pokój by³ pusty, na pewno magiczny - aura by³a wrêcz namacalna. Potrzeba mi choæ odrobiny ¶wiat³a - jêknê³a w my¶lach. Ku jej zdumieniu na ¶rodku pomieszczenia pojawi³a siê ma³a ¶wieczka. Jej niewielki p³omyk pozwoli³ na rozró¿nianie szczegó³ów. Pomieszczenie by³o wielkie, prawie tak du¿e jak Wielka Sala. To by³o bez sensu. Dlaczego Lucjusz Malfoy mia³by j± wiêziæ w takim pokoju? Nie dane by³o jej siê nad tym zastanowiæ, poniewa¿ nagle poczu³a, ¿e odp³ywa. By³a ju¿ na granicy ¶wiadomo¶ci, gdy zobaczy³a ciemn± wodê... mnóstwo wody... jakby jakie¶ morze albo ocean.
Czy mi siê wydaje, czy to wspomnienie o Hufflepuffie i Gryffindorze to jest jaka¶ aluzja do obecnej sytuacji, która ma miejsce u nas na stronie?
Ogólnie czê¶æ mi siê nawet podoba. Fajnie, ¿e prawdziw± historiê z Komnaty Tajemnic przeplatasz ze swoj± wizj±. Nie widzia³o mi siê jednak za bardzo to, ¿e Lucjusz zrobi³ krzywdê ma³ej Julie. Tak po prostu, bez ¿adnego (wyt³umaczonego przez Ciebie) powodu. Ale rozdzia³ jest d³ugi, dopracowany, z nutk± tajemnicy na sam koniec - moim zdaniem tym razem sobie poradzi³a¶.