Pod¶wiadomo¶ci Julie uda³o siê porozmawiaæ z Syriuszem Blackiem.
Julie kompletnie straci³a rachubê czasu, zreszt± nie bardzo j± obchodzi³o jaki jest dzieñ. Bardziej zastanawia³o j± dlaczego wpada³a w stan pó³¶wiadomo¶ci. Lucjusz Malfoy rzadko przychodzi³ do tajemniczego pokoju, a jak ju¿, to tylko na chwilê. Co jednak wystarcza³o mu na zadanie jej dodatkowych rozciêæ, nie tylko na twarzy. Dziewczynka potrafi³a le¿eæ w stanie pó³¶wiadomo¶ci przez pó³ dnia. Mg³a na tajemniczej wysepce powoli opada³a, ujawniaj±c ciemny zarys jakiego¶ budynku. Podczas jednego z takich momentów uda³o jej siê "dotrzeæ" do ¶rodka owej budowli, która okaza³a siê byæ niezbyt przyjemnie wygl±daj±c± twierdz±. Przez moment wydawa³o jej siê, ¿e zobaczy³a jakiego¶ mê¿czyznê... A mo¿e wcale jej siê nie wydawa³o? On sprawia³ wra¿enie, ¿e wyczuwa³ jej obecno¶æ. Ale jak?
- Black! - Ze stanu pó³¶wiadomo¶ci wyrwa³ j± g³os Lucjusza Malfoya. - Co siê z tob± dzieje? Ju¿ który¶ raz zasta³em ciê w stanie, jakby¶ za chwilê mia³a zemdleæ - powiedzia³ poirytowany ¶miercio¿erca.
- Nie mam pojêcia - odpar³a Julie. - Ale chêtnie bym siê dowiedzia³a dlaczego tak siê dzieje.
- Czy jak wpadasz w ten stan... widzisz co¶? - zapyta³ Malfoy, uwa¿nie lustruj±c j± wzrokiem.
- Nie, nic. Kompletnie nic - sk³ama³a Julie. Kimkolwiek by³ tamten mê¿czyzna, móg³ byæ jej jedynym ratunkiem. O ile w ogóle istnia³, bo wcale nie by³a pewna czy to, co widzia³a, by³o rzeczywisto¶ci±.
- K³amiesz! - warkn±³ Lucjusz celuj±c w ni± ró¿d¿kê. Julie poczu³a jak z jej ³uku brwiowego sp³ywa krew.
- I tak ci nie powiem - odpar³a dziewczynka. - I Ksiêgi Za³o¿ycieli te¿ nie dostaniesz.
- Jeszcze zobaczymy.
***
Chyba bêdê musia³ znowu poprosiæ Macnaira o pomoc - pomy¶la³ Malfoy, id±c korytarzem Hogwartu. Zastanawia³ siê jak mo¿e zmusiæ dziewczynkê do wyjawienia gdzie jest Ksiêga Za³o¿ycieli, nie ryzykuj±c przy tym tego, ¿e aktywuje moc ognia. A mo¿e jednak spróbowaæ Cruciatusa? Je¶li bêdzie j± trzymaæ pod jego wp³ywem przez kilka sekund... i robiæ przerwy... to mo¿e zmniejszy ryzyko? A jakby tak zadawaæ wiêksze naciêcia? Nie, nie mo¿e pozwoliæ jej siê wykrwawiæ. Nie, dopóki nie ma ksiêgi. Lucjusz rozmy¶laj±c omal nie wpad³ na profesor McGonagall.
- Dobrze, ¿e ciê widzê, Lucjuszu - powiedzia³a, choæ jej wzrok wcale nie okazywa³ rado¶ci na jego widok. Wrêcz przeciwnie, patrzy³a na niego z pogard±. - Muszê z tob± pomówiæ, mogê prosiæ do mojego gabinetu? - zapyta³a uprzejmie.
- Oczywi¶cie, pani profesor - odpowiedzia³ Malfoy, staraj±c siê by jego g³os nie zdradzi³, ¿e co¶ ukrywa.
Przez ca³± drogê do gabinetu McGonagall oboje milczeli, choæ nauczycielka transmutacji podejrzliwie ³ypa³a na ¶miercio¿ercê. Odnios³a dziwne wra¿enie, ¿e zawsze opanowany Lucjusz Malfoy by³ podejrzanie nerwowy. McGonagall gestem rêki zaprosi³a go do swojego gabinetu. Odczeka³a a¿ Malfoy usi±dzie na krze¶le, a sama zajê³a swoje miejsce za biurkiem.
- A wiêc... o co chodzi? - zapyta³ Lucjusz, staraj±c siê brzmieæ zdawkowo. Ta stara jêdza co¶ podejrzewa, pomy¶la³.
- Jak sam wiesz, dziedzic Slytherina ponownie otworzy³ Komnatê Tajemnic i czyhaj±ca w niej groza zaczê³a atakowaæ uczniów - odpowiedzia³a McGonagall.
- Tak, to naprawdê przykre. To okropne... jak kto¶ móg³by chcieæ zrobiæ krzywdê mugolakom? S³ysza³em, ¿e ministerstwo magii powa¿nie rozwa¿a decyzjê czy szko³y nie nale¿y zamkn±æ - powiedzia³ Malfoy, choæ w jego g³osie wcale nie by³o zmartwienia.
- Owszem, ale nie o tym chcê mówiæ. Ostatnio potwór spetryfikowa³ Kate Deamers. Zadziwiaj±cy jest fakt, ¿e, oprócz jej w³asnej, znale¼li¶my przy niej tak¿e ró¿d¿kê Julie Black. I to w³a¶nie o niej chcê pomówiæ - powiedzia³a nauczycielka.
- Och, co¶ siê sta³o? - zapyta³ ¶miercio¿erca, staraj±c siê brzmieæ zdawkowo.
- Tak, panna Black zniknê³a. Ju¿ ponad miesi±c temu. Oczywi¶cie zaraz po zauwa¿eniu jej znikniêcia wys³a³am list do Dumbledore'a - odpowiedzia³a McGonagall. - Ostatnio co¶ czêsto widujê ciê w Hogwarcie...
- Jestem w Radzie Nadzorczej. Martwiê siê o bezpieczeñstwo uczniów. W koñcu mój syn równie¿ uczêszcza do tej szko³y.
- Dormitorium Dracona znajduje siê w lochach. Jak wyja¶nisz to, ¿e widujê ciê na wy¿szych piêtrach?
- Ja tylko sprawdza³em czy potwór nie zaatakowa³ kolejnego mugolaka.
- Dobrze ciê znam, Lucjuszu. Mo¿esz mydliæ oczy Knotowi, ale ja wiem jaki jeste¶ naprawdê. Przez siedem lat naucza³am ciê w Hogwarcie.
- Sugeruje pani, ¿e móg³bym chcieæ zrobiæ ma³ej Julie krzywdê?
- Czy¿bym mia³a powód, przez który mog³abym ciê o to podejrzewaæ?
- Ale¿ sk±d, oczywi¶cie, ¿e nie. Nie mam najmniejszego pojêcia co sta³o siê z ma³± Julie. Nawet nie wiedzia³em, ¿e zniknê³a.
- Jako¶ ci nie wierzê.
Nagle otworzy³y siê drzwi gabinetu i ich oczom ukaza³a siê pani Pomfrey.
- Pani profesor, potwór znowu zaatakowa³ ucznia - poinformowa³a pielêgniarka, rzucaj±c nieco zaskoczone spojrzenie na Malfoya.
- Och nie, kto tym razem? - zapyta³a McGonagall z przejêciem w g³osie.
- Hermiona Granger - odpowiedzia³a pani Pomfrey. - Znale¼li¶my przy niej lusterko.
McGonagall wyprostowa³a siê na krze¶le, jakby j± piorun strzeli³.
- Gdzie znajdê pana Pottera i pana Weasleya? - spyta³a, staraj±c siê utrzymaæ spokojny ton.
- Z tego co mi wiadomo pan Potter powinien za chwilê z dru¿yn± Gryfonów rozpocz±æ mecz z Puchonami. Pan Weasley zapewne jest ju¿ na trybunach - odpowiedzia³a pani Pomfrey.
- No tak, prawie o tym zapomnia³am - powiedzia³a nauczycielka, wstaj±c z krzes³a. - Dziêkujê ci, Poppy. - Odczeka³a a¿ pielêgniarka wyjdzie i zwróci³a siê do Malfoya. - Mo¿esz ju¿ odej¶æ, Lucjuszu, ale wiedz, ¿e mam ciê na oku.
- Do widzenia, pani profesor - odpar³ ¶miercio¿erca uprzejmie sztucznym tonem i opu¶ci³ gabinet nie zaszczycaj±c McGonagall ani jednym spojrzeniem.
***
Syriusz sta³ w k±cie celi obserwuj±c jak dwoje czarodziejów z Brygady Uderzeniowej zagl±da³o pod jego pryczê. Korneliusz Knot, który sta³ przed cel±, wyra¼nie unika³ wzroku Hagrida. Gajowy wygl±da³ jak siedem nieszczê¶æ, jakby odesz³a mu ochota do ¿ycia, co w tym miejscu by³o czym¶ normalnym. Black mia³ ochotê wybuchn±æ ¶miechem. To, czego szukali, by³o zbyt dobrze ukryte. I czy oni naprawdê my¶leli, ¿e schowa³by co¶, co odpêdza dementorów od jego celi miêdzy deskami pryczy?
- Tu nic nie ma, panie ministrze - odezwa³ siê jeden z czarodziei, gdy wreszcie uznali, ¿e dalsze przetrz±sanie celi nie ma sensu.
- Tu musi co¶ byæ! Czujê to - odpar³ oburzony Knot. - Je¶li nie ma tego w samej celi, to Black musi mieæ to blisko siebie - stwierdzi³. - Sam go przeszukam - doda³, widz±c ¿e drugi z Brygadzistów ju¿ kierowa³ siê w kierunku Syriusza.
Zewnêtrzny stra¿nik otworzy³ celê, by minister móg³ wej¶æ do ¶rodka. Black by³ spokojny, nie stawia³ oporu. Wiedzia³, ¿e i tym razem go nie znajdzie. Knot by³ zbyt g³upi, ¿eby na to wpa¶æ. Minister pcha³ mu d³onie do kieszeni tak mocno, jakby chcia³ w³o¿yæ tam ca³e rêce. Po kilku minutach przetrz±sania jego szaty, w której nie by³o zbyt du¿o kieszeni, musia³ odpu¶ciæ.
- Cwany jeste¶, Black, ale ja i tak to co¶ znajdê - powiedzia³ ch³odno Knot. - Black? - zapyta³ marszcz±c brwi.
Syriusz patrzy³ nieobecnym wzrokiem, widzia³ ministra, ale go nie dostrzega³. Znów mia³ to uczucie czyjej¶ obecno¶ci w jego celi... Tylko tym razem wyra¼niejsze. I jakby g³os, który z pewno¶ci± nie nale¿a³ ani do Knota ani do czarodziei z Brygady Uderzeniowej, a nawet nie do zewnêtrznego stra¿nika.
- Black! - krzykn±³ minister, machaj±c mu d³oni± przed nosem.
- Co? - zapyta³ Syriusz. Tajemnicza obecno¶æ os³ab³a, ale nie ca³kiem zniknê³a.
- Co z tob±? Patrzy³e¶ nieprzytomnym wzrokiem... Aha! W koñcu i na ciebie przysz³a pora, hê? Bardzo dobrze, najwy¿szy czas. Jeste¶ tu prawie dwana¶cie lat, ju¿ dawno powiniene¶ postradaæ zmys³y. - Knot klasn±³ w d³onie i zacz±³ je pocieraæ, jakby spe³ni³ siê jego nikczemny plan.
Syriusz tylko u¶miechn±³ siê ironicznie. Nawet bez Wisiora Ognia dementorzy nie daliby rady odebraæ mu zmys³ów. ¦wiadomo¶æ niewinno¶ci by³a wystarczaj±co silna, ¿eby go przed tym uchroniæ, a nie by³a to szczê¶liwa my¶l, wiêc dementorzy nie mogliby mu jej zabraæ. To nawet nie by³a my¶l, bardziej obsesja. Odczeka³ a¿ czwórka czarodziejów opu¶ci Azkaban i usiad³ na pryczy. Tajemnicza obecno¶æ znów sta³a siê wyra¼niejsza.
- Kim jeste¶? - pomy¶la³ Syriusz, maj±c nadziejê, ¿e tajemniczy kto¶ to us³yszy.
- Pomó¿ mi - odezwa³ siê g³os w jego g³owie. Poczu³ jak serce zabi³o mu mocniej. To by³ g³os dziewczynki. I by³ pewien, ¿e wiedzia³ kim ona jest, chocia¿ nigdy nie s³ysza³ jej g³osu. Nie licz±c gaworzenia, gdy by³a niemowlakiem.
*W tym samym czasie
Julie znowu wpad³a w stan pó³¶wiadomo¶ci, ale tym razem by³o inaczej. By³a tego ¶wiadoma, to znaczy, wiedzia³a gdzie jest jej pod¶wiadomo¶æ. Mo¿e nie do koñca wiedzia³a, ale potrafi³a zatrzymaæ siê w miejscu i rozejrzeæ siê. Zobaczy³a twierdzê. Czarne kamienne ¶ciany sprawia³y, ¿e przeszed³ j± dreszcz, chocia¿ nie by³a tam obecna cia³em. I czu³a lodowate zimno. Nie by³o tutaj ¿adnego ¼ród³a ¶wiat³a, nawet przez ma³e otwory z kratami nie przebija³o siê ¶wiat³o s³oneczne. Julie czu³a siê tu tak, jakby nigdy nie mia³a byæ szczê¶liwa. Ale dlaczego pod¶wiadomo¶æ przywiod³a j± w³a¶nie tutaj? Zauwa¿y³a, ¿e znajduje siê w ciasnym pomieszczeniu oddzielonym od reszty budynku kratami. Byli tu ludzie. A raczej wraki ludzi, którzy patrzyli przed siebie nieprzytomnym wzrokiem, skuleni w k±tach cel. Obok nich co jaki¶ czas przelatywa³y najstraszliwsze kreatury jakie kiedykolwiek widzia³a. Poczu³a ucisk w gardle, gdy dostrzeg³a, ¿e na pryczy w celi na przeciwko le¿a³ Hagrid. Chcia³a go zawo³aæ, ale przypomnia³a sobie, ¿e przecie¿ by³a daleko, mo¿e nawet bardzo daleko st±d. Gajowy nie móg³by jej us³yszeæ. By³a w celi tego mê¿czyzny, którego widzia³a ju¿ wcze¶niej. Przed nim sta³ minister magii, a obok dwóch czarodziei. Jednak oni nie sprawiali wra¿enia, jakby j± wyczuwali, w przeciwieñstwie do niego. Niech ju¿ sobie st±d id± - pomy¶la³a Julie. I rzeczywi¶cie, Knot i czarodzieje po chwili opu¶cili twierdzê, a wiêzieñ usiad³ na pryczy.
Nagle, w swojej g³owie, us³ysza³a czyj¶ g³os. Jego g³os.
- Kim jeste¶?
Znowu poczu³a jak przeszywa j± dreszcz, ale i ekscytacja. Mê¿czyzna, choæ równie¿ bardziej przypomina³ wrak ni¿ cz³owieka, to jednak co¶ go ró¿ni³o od innych. By³ ¶wiadomy i najwyra¼niej wyczuwa³ jej obecno¶æ. I chyba móg³ j± us³yszeæ. Nagle zda³a sobie sprawê, ¿e w jego celi by³o ciep³o, a kreatury omija³y j± szerokim ³ukiem.
- Pomó¿ mi - pomy¶la³a Julie, maj±c nadziejê, ¿e on to us³yszy.
Zobaczy³a jak w oczach mê¿czyzny, które jako jedyne wygl±da³y na ¿ywe, pojawi³ siê b³ysk.
- Julie Black - odezwa³ siê, bardziej chyba do siebie ni¿ do dziewczynki.
- Tak, ale sk±d... pan wiedzia³? I kim pan jest? Co to za miejsce? - zapyta³a Julie.
- Nazywam siê Syriusz Black, a to miejsce... osobi¶cie nazwa³bym go piek³em - odpowiedzia³ mê¿czyzna, a w jego g³osie da³o siê wyczuæ gorycz.
Julie poczu³a jak serce wali jej w piersiach, co nie by³oby dziwne, gdyby nie fakt, ¿e tu by³a tylko jej pod¶wiadomo¶æ. Nagle zrozumia³a. To by³ Azkaban, wiêzienie czarodziejów. Przypomnia³a sobie, gdzie s³ysza³a o Syriuszu Blacku. Jej matka wspomina³a o nim tamtego wieczoru, zanim umar³a. Nie mog³a sobie jednak przypomnieæ dlaczego o nim powiedzia³a.
- Dlaczego tu trafi³e¶? - zapyta³a Julie, uznaj±c ¿e nie chce wiedzieæ jak nazywaj± siê kreatury strzeg±ce tego miejsca.
- By³em g³upcem, skoñczonym g³upcem, Julie. To d³uga historia, kiedy¶ j± poznasz - odpowiedzia³ Syriusz.
- Zna³e¶ mojego ojca, prawda?
Julie przypomnia³a sobie rozmowê z Paulem. Mówi³, ¿e Black to potwór, nie cz³owiek. W¶ciek³ siê, gdy o nim wspomnia³a. Ale jak teraz patrzy³a na Syriusza, nie mog³a w nim znale¼æ niczego, poza wiêzienn± szat±, co by sugerowa³o, ¿e by³ z³ym cz³owiekiem. Prawdê mówi±c, odnosi³a wra¿enie, ¿e znalaz³ siê tu przez pomy³kê.
- Oczywi¶cie, ¿e zna³em Procjona. By³ ni¿ej ode mnie w Hogwarcie. Przyja¼ni³ siê z bratem mojego by³ego przyjaciela - odpar³ Syriusz, z wyra¼n± pogard± "wypowiadaj±c" dwa ostatnie s³owa.
- A wiêc znasz te¿ Paula - bardziej stwierdzi³a ni¿ zapyta³a Julie.
- Tak, ale teraz jest to najmniej istotne. Co siê dzieje? Dlaczego twoja pod¶wiadomo¶æ siê tu znalaz³a?
- Nie mam pojêcia dlaczego.
Opowiedzia³a mu o Lucjuszu Malfoyu, uwiêzieniu w nieznanym miejscu i wpadaniu w stan pó³¶wiadomo¶ci, co w koñcu "doprowadzi³o" j± tutaj. Nie powiedzia³a mu tylko czego chcia³ Malfoy.
- To Wisior Ognia musia³ przyci±gn±æ tu twoj± pod¶wiadomo¶æ - stwierdzi³ Syriusz.
- Masz Wisior Ognia? - zapyta³a ze zdziwieniem Julie.
- Tak, a¿ ciê¿ko mi uwierzyæ, ¿e Knot naprawdê nie wpad³ na to, gdzie go schowa³em - odpowiedzia³ Black. - Twój ojciec da³ mi go na przechowanie, gdy mia³a¶ rok. Mia³em oddaæ go tobie, je¶li Procjon nie bêdzie móg³ po niego wróciæ, ale wysz³o, jak wysz³o, i dalej go mam.
- Mo¿esz mi go daæ? - zapyta³a dziewczynka z nadziej± w g³osie. - Bêdê mog³a bez ryzyka u¿yæ mocy ognia przeciwko Malfoyowi.
- Niby jak mam to zrobiæ? - ¿achn±³ siê Syriusz. - Przecie¿ jest tu tylko twoja pod¶wiadomo¶æ. Zaczynam ¿a³owaæ, ¿e nie da³em wisiora Dumbledore'owi, gdy tu by³.
- Dumbledore tu by³?
- Tak, pyta³ o Wisior Ognia. Ale twój ojciec kaza³ mi oddaæ go tylko tobie. Nikomu innemu.
Julie poczu³a jakby serce podesz³o jej do gard³a. By³a pewna, ¿e po jej czole sp³ywa³ teraz pot.
- A jak niby teraz masz zamiar oddaæ mi Wisior Ognia? Przecie¿ nie powiem nikomu, ¿e moja pod¶wiadomo¶æ by³a w Azkabanie i z tob± rozmawia³a. Dumbledore powiedzia³ ci, ¿e bez Wisiora Ognia moc ognia mnie zabije? Nie wspomnê o mocy powietrza i ziemi Eveline i Simona. Bez mojego wisiora ich na niewiele siê zdadz± - powiedzia³a Julie. Dopiero po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e "wypowiedzia³a" imiona dziedzica Ravenclaw i dziedzica Hufflepuff.
Syriusz jednak nie wygl±da³, jakby to sprawi³o na nim wra¿enie. Julie zastanawia³a siê czy powinna mu ufaæ. Niby by³o w nim co¶, co wzbudza³o zaufanie, ale przecie¿ tu nie trafia³y zwyk³e rzezimieszki. No i on mia³ Wisior Ognia.
- Oddam ci wisior jak ucieknê - odpar³ Syriusz.
- Jak masz zamiar tego dokonaæ? - zapyta³a Julie.
- Jeszcze nie wiem, ale nie spocznê dopóki czego¶ nie wymy¶lê - odpowiedzia³ Black. - Ewentualnie mogê oddaæ wisior Dumbledore'owi, ale w±tpiê, ¿eby drugi raz siê tu pojawi³.
- Dlaczego nie odda³e¶ mu go wtedy, gdy tu by³?
- Przyznam, zachowa³em siê samolubnie. Widzisz, Wisior Ognia odpêdza dementorów od mojej celi. Dziêki temu ¿ycie tu, ¿e tak powiem, jest bardziej zno¶ne. Chocia¿ nie obrazi³bym siê, gdyby czasem tu zagl±dali. Wiesz, czujê siê trochê samotny.
- Czyli bez Wisiora Ognia postrada³by¶ zmys³y tak jak inni?
- Nie, mam jedn± my¶l... bardziej obsesjê... która nie jest szczê¶liwa, wiêc dementorzy nie mog± mi jej wyssaæ. To ona pozwala mi zostaæ przy zdrowych zmys³ach. Dziêki wisiorowi po prostu nie zabrali mi szczê¶liwych wspomnieñ, przynajmniej nie tych najszczê¶liwszych, bo pamiêci nie mam ju¿ jednak takiej samej, odk±d tu trafi³em.
- Nie powiesz mi dlaczego tu trafi³e¶?
- Ju¿ ci mówi³em, Julie. To d³uga historia, ale kiedy¶ ci j± opowiem
- To poka¿esz mi chocia¿ Wisior Ognia? ¯ebym na sto procent wiedzia³a, ¿e na pewno go masz?
Julie "usiad³a" obok niego na pryczy.
- No to co ja mam zrobiæ, Syriuszu? Malfoy powiedzia³, ¿e poprosi³ ten pokój, ¿eby otwiera³ siê tylko na jego rozkaz - powiedzia³a dziewczynka.
- Co nie znaczy, ¿e naprawdê tak jest. McGonagall zapewne ju¿ zauwa¿y³a twoje znikniêcie i powiadomi³a Dumbledore'a - odpar³ Syriusz.
- Niby jak? Przecie¿ ci mówi³am, ¿e Dumbledore'a nie ma w szkole.
- Ale nie mówi³a¶, ¿e jego feniksa nie ma. A tak siê sk³ada, ¿e te ptaki mog± deportowaæ siê w Hogwarcie. I nie s±dzi³a¶ chyba, ¿e Dumbledore naprawdê opu¶ci³by Hogwart?
- Oczywi¶cie, ¿e nie.
Nasta³a cisza, ¿adne z nich nie wiedzia³o co "powiedzieæ". Julie pomy¶la³a o Hagridzie. Jak on teraz musia³ siê czuæ? Czy Knot naprawdê uwa¿a³, ¿e Hagrid by³by zdolny kogokolwiek skrzywdziæ? Przecie¿ on by³ chyba naj³agodniejszym cz³owiekiem, jakiego zna³a. W koñcu nieraz by³a u niego na herbatce.
- Ile najczê¶ciej tu wytrzymuj±? - zapyta³a Julie.
- Najs³absi wymiêkaj± po kilku godzinach, ale najwytrwalsi nadal siê trzymaj±. Niektórzy g³ównie dlatego, ¿e chyba postradali zmys³y, zanim tu trafili. No, w ka¿dym razie ja jestem jedyny, który zachowa³ ca³kowit± ¶wiadomo¶æ, a siedzê tu ju¿ prawie dwana¶cie lat - odpowiedzia³ Syriusz. - Za co Hagrid tu trafi³? - spyta³.
- Malfoy powiedzia³ mi, ¿e Hagrid by³ kiedy¶ oskar¿ony o otwarcie Komnaty Tajemnic - odpowiedzia³a Julie.
- Co?! Przecie¿ on nawet muchy by nie skrzywdzi³! - powiedzia³ zaskoczony Black.
- Mnie tego nie musisz mówiæ - odpar³a ponuro dziewczynka. - Na ile ciê tu posadzili? - zapyta³a, chocia¿ dobrze zna³a odpowied¼.
- Do¿ywocie, ale nigdy nie mia³em zamiaru siedzieæ w tym miejscu do ¶mierci - odpowiedzia³ Syriusz, a jego g³os sta³ siê nieco przygnêbiony.
- To co ty tu jeszcze robisz? - zapyta³a Julie, zanim zdo³a³a siê powstrzymaæ.
- Nikt wcze¶niej st±d nie uciek³. Potrzebowa³em motywacji, ¿eby zacz±æ my¶leæ jak tego dokonaæ. A na pocz±tku, gdy tu trafi³em, nie mia³em ochoty o czymkolwiek my¶leæ. I bynajmniej nie z powodu dementorów, bo nadal mia³em Wisior Ognia. Powiedzmy, ¿e przechodzi³em lekkie za³amanie. Druga sprawa to to, ¿e je¶li ju¿ uda mi siê st±d uciec, przez pewien czas bêdê musia³ siê ukrywaæ, bo na pewno bêd± mnie ¶cigaæ - odpowiedzia³ Syriusz.
- Sk±d ja mam wiedzieæ, czy trafi³e¶ tu s³usznie, skoro nie chcesz mi powiedzieæ dlaczego ciê tu zamknêli? - zapyta³a Julie, licz±c na to, ¿e dowie siê o nim czego¶ wiêcej.
- Mocno bym sk³ama³, gdybym powiedzia³, ¿e jestem zupe³nie bez winy - przyzna³ Black. - Ale jest kto¶, kto jest bardziej winny ode mnie. I nie spocznê, dopóki go nie dorwê. - W jego oczach pojawi³o siê gro¼ne spojrzenie.
Znowu zapad³a cisza. Julie odnios³a wra¿enie, ¿e Syriusz chcia³ o co¶ zapytaæ, ale nie wiedzia³ czy powinien. Poczu³a co¶ w rodzaju wspó³czucia. To musia³o byæ okropne uczucie. Mieæ ¶wiadomo¶æ, ¿e gdyby nie Wisior Ognia, który nawet nie nale¿a³ do niego, obok jego celi co jaki¶ czas "przechodziliby" dementorzy. Dziewczynka mia³a nadziejê, ¿e szybko uda mu siê st±d uciec.
- Ten potwór z Komnaty Tajemnic... du¿o mugolaków zaatakowa³? - zapyta³ Syriusz.
- Z tego co mi wiadomo, spetryfikowa³ czwórkê uczniów, w tym moj± przyjació³kê, i kotkê Filcha. Najbardziej oberwa³ Prawie Bezg³owy Nick, ale to duch. Nie umrze drugi raz - odpowiedzia³a Julie.
- Czyli nikt jeszcze nie zgin±³? - upewni³ siê Black.
- Na szczê¶cie - stwierdzi³a dziewczynka.
- Harry... Harry Potter, jest z tob± w jednej klasie, prawda? - zapyta³ nagle Syriusz.
Julie przez chwilê nie wiedzia³a co odpowiedzieæ. Dlaczego on pyta³ o Harry'ego?
- No tak, jeste¶my w jednej klasie - odpowiedzia³a. - Ale dlaczego o niego pytasz? - spyta³a.
- Jak sobie radzi? - zapyta³ Black, jakby nie us³ysza³ pytania.
- Ee... chyba ca³kiem nie¼le. W zesz³ym roku zosta³ nawet szukaj±cym w dru¿ynie Gryfonów. Najm³odszym w tym stuleciu - odpar³a Julie, kompletnie zaskoczona. Dlaczego on pyta³ o obcego mu ch³opca?
- Pewnie jest tak dobry w quidditcha jak James - powiedzia³ Syriusz bardziej do siebie ni¿ do Julie.
- Zna³e¶ ojca Harry'ego? - zapyta³a ze zdziwieniem dziewczynka.
- Tak, by³ moim przyjacielem, ale nie mówmy o nim teraz - odpar³ Black. - Nie mogê teraz oddaæ ci Wisiora Ognia, ale my¶lê, ¿e mo¿e uda mi siê przekazaæ ci czê¶æ jego mocy. Musisz mnie tylko "dotkn±æ", Julie - powiedzia³, wyci±gaj±c do niej praw±, szponiast± d³oñ.
Julie, czuj±c jak serce wali jej w piersiach, choæ by³a tu tylko pod¶wiadomo¶ci±, zbli¿y³a swoj± rêkê do jego. Zd±¿y³a jednak "dotkn±æ" tylko jego opuszek palców, gdy poczu³a, ¿e zaczyna "oddalaæ" siê z tego miejsca. Nie potrafi³a tego powstrzymaæ i ju¿ po chwili znów le¿a³a w tajemniczym pokoju. Dotknê³a swoich palców, którymi zd±¿y³a "dotkn±æ" Syriusza. By³y ciep³e, ale wiedzia³a, ¿e to za ma³o, by ryzykowaæ u¿ycie mocy ognia. A je¶li by tak znowu spróbowaæ "dostaæ siê" do Azkabanu? - pomy¶la³a, lecz wszelkie próby ponownego wpadniêcia w stan pó³¶wiadomo¶ci spe³z³y na niczym.
***
- To przeze mnie... to przeze mnie... - powtarza³ jak mantrê Simon.
Szed³ w³a¶nie razem z Eveline na transmutacjê. Wkrótce po zaginiêciu Julie, McGonagall wypytywa³a ich kiedy ostatnio j± widzieli. Nie wspomnieli oczywi¶cie o k³ótni Gryfonki z Simonem.
- Daj spokój - powiedzia³a Eveline. - Niby dlaczego przez ciebie? - zapyta³a.
- Pok³ócili¶my siê z Julie przed jej zaginiêciem. I to o co? O to, ¿e Potter jest wê¿ousty - odpowiedzia³ Puchon.
- No dobra, a co by zmieni³o, gdyby¶ TY siê nie pok³óci³ z Julie? - spyta³a Krukonka, unosz±c lekko brew.
- Mogliby¶my to zrobiæ razem... cokolwiek chcia³a zrobiæ - odpar³ Simon. - Ty na pewno nie zostawi³aby¶ ró¿d¿ki - zauwa¿y³.
- Tak, i s±dzisz, ¿e ktokolwiek, kto porwa³ Julie, nie da³by sobie rady z trójk± dwunastolatków, nawet gdyby¶my wszyscy mieli ró¿d¿ki? Przecie¿ nie mo¿emy u¿ywaæ magii ¿ywio³u, bo by nas zabi³a - powiedzia³a Eveline, krêc±c g³ow± z dezaprobat±.
- Ty w ogóle siê przejmujesz tym, co mo¿e siê z ni± staæ? - zapyta³ ch³opiec, nieco oskar¿ycielskim tonem.
- Jasne, ¿e siê przejmujê, ale nie uwa¿am za m±dre, gdyby¶my i my wpakowali siê w k³opoty tak jak ona - odpar³a dziewczynka.
Nagle obok nich przeszed³ Lucjusz Malfoy. Szed³ szybkim krokiem, prawdopodobnie nawet ich nie zauwa¿y³.
- Dok±d on... - zaczê³a Eveline, ale Simon ju¿ ci±gn±³ j± za rêkaw szaty.
- Chod¼, pójdziemy za nim, to siê dowiemy - powiedzia³ ch³opiec.
- Ale... mamy transmutacjê - zauwa¿y³a dziewczynka.
- Olaæ to, on mo¿e nas zaprowadziæ do Julie - odpar³ Simon.
- Dlaczego tak s±dzisz? - zapyta³a Eveline, zerkaj±c czy Malfoy nie zorientowa³ siê, ¿e za nim id±.
- To ¶miercio¿erca. Nie wiem na pewno, ale on chyba by³ jednym z tych ¶miercio¿erców, którzy zabili jej rodziców - odpowiedzia³ Puchon.
Nie odzywaj±c siê do siebie szli za Malfoyem, uwa¿aj±c ¿eby nie us³ysza³ ich kroków.
Ana, Ana, Ana. Jestem z Ciebie niebywale, ogromnie dumna! Pamiêtaj±c Twoje pocz±tki w pisaniu fan ficków i porównuj±c je do tego rozdzia³u, do tego tekstu... ró¿nica jest ogromna, a progres wielki. To jest naprawdê niesamowite, piêkne i wrêcz wzruszaj±ce. Jestem naprawdê dumna, ¿e mogê obserwowaæ Twój rozwój na przestrzeni tych miesiêcy. Piszesz ju¿ naprawdê interesuj±ce teksty, w których nie roi siê od b³êdów, a wszystko jest przemy¶lane. Nie ma sztywnych dialogów ani nudnawych opisów nie wiadomo czego. W³a¶nie takie fan ficki czyta siê z przyjemno¶ci±, brawo ;D
Ale ¿eby nie by³o za s³odko mam jednak kilka uwag. Jedna najwa¿niejsza - nie rób z Lucjusza Malfoya idioty. No przykro mi bardzo, ale jakby nie wiem jak bardzo Lucjusz nie by³ okropny, to idiot± jednak stanowczo nie by³. On by³ cwany i inteligenty. W koñcu wywin±³ siê DWA razy od Azkabanu, pos±dzany o przynale¿no¶æ do Voldemorta. By³ te¿ w g³ównych szeregach Voldzia, a ten jednak kretynów blisko siebie wcale nie trzyma³. U Ciebie Lucka próbuje przechytrzyæ dwója 13latków, którzy go "¶ledz±". ¦ledz± ¶miercio¿ercê, który sam jest z pewno¶ci± przeszkolony w sztuce ¶ledzenia, w koñcu wykonywa³ rozkazy Czarnego Pana. Poza tym Lucjusz Malfoy ukazuje niechc±cy zdenerwowanie przed McGonagall? Ana, przesadzi³a¶ nieco! I po raz kolejny zwracam uwagê na to, ¿e 13latka uwiêziona u ¶miercio¿ercy musi siê baæ. A Twoja Julie jest w ogóle pozbawiona strachu, gada sobie z Malfoyem jak równy z równym. Strasznie mi to w tym opowiadaniu niestety przeszkadza.
Poza tym pilnuj koñcówek s³ów, bo czasami Ci siê one myl± ;D Piszesz np. "ona zjad³a chleb i on by³ smaczna". Zamiast "ona zjad³a chleb i on by³ smaczny". Czasami po prostu myl± Ci siê podmioty.
I pilnuj, by nie by³o powtórzeñ!