Rok po Drugiej Wojnie Hermiona wpada na trop spisku w samym sercu Ministerstwa Magii. Spiskowcy chc± wprowadziæ supremacjê czystej krwi i wyeliminowaæ inne grupy spo³eczne. Ich pierwszymi celami s± Hermiona Granger i Severus Snape. Czy Hermionie i Snape
¯eby dojechaæ do Stonebridge Park, trzeba by³o zmieniaæ dwa razy linie metra. Wychodz±c na ulicê Hermiona natychmiast zobaczy³a Snape’a. Sta³ pod drzewem chroni±c siê przez m¿awk±. Ko³o niego zatrzyma³ siê jaki¶ m³ody punk, obwieszony ³añcuchami, z ró¿owym irokezem na g³owie, porwanych spodniach i czarnej skórzanej kurtce. Natychmiast zaczê³a baæ siê o swojego profesora, co samo w sobie stanowi³o ju¿ wyra¼ny dowód na to, ¿e mia³a zszargane nerwy i by³a ca³y czas zestresowana. W normalnych okoliczno¶ciach powinna raczej wspó³czuæ punkowi.
Ale jej obawy okaza³y siê bezpodstawne. Snape pochyli³ siê lekko i co¶ powiedzia³ i w stoj±cego przed nim ch³opaka jakby piorun strzeli³.
Podchodz±c Hermiona u¶miechnê³a siê s³abo.
– Dobry wieczór, panie profesorze.
– Witam, Granger.
Acha. Granger. Wiêc jeste¶my w z³ym humorze.
Przewróci³a oczami i postara³a siê zebraæ do kupy. Zanosi³o siê na ciê¿ki wieczór.
– Co on od pana chcia³?
– Cokolwiek by nie chcia³, nie ma to ¿adnego zwi±zku z tym o czym musimy porozmawiaæ, wiêc proponujê ograniczyæ towarzysk± konwersacjê i skupiæ siê na naszych problemach – uci±³ natychmiast. – I nie mówiê tylko o dzisiejszym wieczorze – mia³ j± upomnieæ i proszê, znalaz³ wy¶mienit± okazjê.
Hermiona poczu³a siê jakby j± uderzy³. Przygryz³a usta i ruszy³a za nim.
– Gdzie idziemy?
– Do parku.
– Przecie¿ pada! Nie mo¿emy pój¶æ gdzie¶ do kawiarni albo co? – zaprotestowa³a.
Snape faktycznie nie by³ w zbyt rozrywkowym nastroju.
– Trzeba by³o wzi±æ parasolkê. Poza tym nie zamierzam spêdziæ tu za wiele czasu, wiêc pospiesz siê – nie zwolni³ kroku.
Hermiona mia³a wra¿enie, ¿e co¶ w niej pêk³o. Ty chamie zbola³y!
– Nie przysz³am tu po to, ¿eby móg³ siê pan na mnie powy¿ywaæ!
– Granger!! – Snape zatrzyma³ siê gwa³townie w miejscu i dziewczyna wpad³a na niego. – Nie zapominaj do kogo... – warkn±³, ale nie dokoñczy³.
Z szeroko otwartych oczu p³ynê³y ³zy i przyciska³a rêkê do ust, jakby przestraszona tym co powiedzia³a. Parê osób spojrza³o na nich, jaki¶ m³ody ch³opak przystan±³ obok. Snape zacisn±³ zêby. Tu¿ ko³o nich by³a kawiarnia, o której pewnie mówi³a. Z³apa³ j± za rêkê i poci±gn±³ do ¶rodka.
– Chod¼. I uspokój siê.
Kelner zaproponowa³ im stolik niedaleko od wej¶cia. W zasadzie to lokal by³ ca³kiem niez³y, doszed³ do wniosku. Wygl±da³ trochê jak pociag – zamiast krzese³ by³y ma³e, w±skie, dwuosobowe kanapy ci±gn±ce siê wzd³u¿ okien. W ten sposób byli oddzieleni od innych. O pods³uchanie te¿ nie mia³ siê co martwiæ, bo muzyka by³a do¶æ g³o¶na.
Usiad³ przy malutkim stoliku. Hermiona otar³a twarz i mechanicznie ¶ci±gnê³a z siebie p³aszczyk, który za³o¿y³a wychodz±c z domu. Powiesi³a go na wieszaku na ¶cianie przy oknie i usiad³a w milczeniu. Snape spogl±da³ za okno, wiêc odezwa³a siê pierwsza.
– Przepraszam. Nie powinnam... mówiæ takich rzeczy. Ale naprawdê nie musi pan na mnie krzyczeæ...
Siedzia³a wbijaj±c wzrok w stó³. Przeprosi³a go, ale zdecydowa³, ¿e nie bêdzie ani dziêkowaæ, ani przepraszaæ za siebie. Znów poczu³aby siê za swobodnie.
– To nie jest zabawa – mia³ ochotê dodaæ jak±¶ k±¶liw± uwagê o gryfoñskiej odwadze, ale powstrzyma³ siê. Je¶li dostanie histerii, to po pierwsze niczego siê od niej nie dowie, a po drugie wywal± ich st±d.
– Wiem. Teraz. Kiedy zaplanowa³am sobie przeszukanie ich gabinetów, to wiedzia³am, ¿e nie bêdzie to ani proste, ani... bezpieczne. Ba³am siê ju¿ jak by³am w gabinecie Rockmana, ale... to by³o nic w porównaniu do pój¶cia do Norrisa. Wcze¶niej wyobra¿a³am sobie, ¿e bêdê przegl±daæ jego rzeczy, dokumenty... ale jak tam wchodzi³am, to modli³am siê tylko o to, ¿eby tam nic nie by³o – mówi³a monotonnym g³osem nie¶wiadomie bawi±c siê rogiem serwetki. – W porównaniu do Norrisa, pój¶cie do Lawforda wydawa³o siê takie proste, bezpieczne...
Snape obserwowa³ j±, daj±c mo¿liwo¶æ wyrzucenia tego z siebie. Wyra¼nie tego potrzebowa³a. Niech to z siebie wyleje i bêd± mogli porozmawiaæ na w³a¶ciwy temat.
– Nie mo¿na siê baæ bez koñca. Na ogó³ kiedy przekroczy siê pewn± granicê strachu, potem ju¿ wszystko wydaje siê ³atwiejsze. Najtrudniejsze jest znalezienie w sobie na tyle si³y, ¿eby móc do tej granicy doj¶æ.
– Nie my¶la³am o tym. Nie wiem, czy nie stchórzy³abym i nie wróci³a do domu prosto od Rockaman... ale w którym¶ momencie pomy¶la³am o panu i to mi pomog³o...
– O mnie? – drgn±³ i uniós³ brew, zaskoczony.
– Pomy¶la³am, ¿e ... skoro ja ba³am siê tak strasznie musz±c i¶æ tam zaledwie jeden raz, to jak pan musia³ siê baæ przez te wszystkie lata chodz±c do Czarnego Pana...
Powinien jej powiedzieæ, ¿e on siê nie ba³. Powinien SK£AMAÆ, ¿e on siê nie ba³, bo doskonale pamiêta³ fale obezw³adniaj±cego strachu, które zalewa³y go za ka¿dym razem, kiedy dosta³ wezwanie o jakiej¶ nietypowej porze albo bez ¿adnego sensownego powodu... Ale nie móg³. Jej zupe³nie nieoczekiwane wyznanie po prostu go rozbroi³o. Poczu³ siê tak, jak wtedy, gdy po tych cholernych spotkaniach w¶lizgiwa³ siê do wanny z gor±c± wod±, móg³ wreszcie rozlu¼niæ napiête miê¶nie i sp³ywa³o na niego rozlu¼nienie i spokój.
Obieca³ sobie, ¿e dzi¶ wieczorem odetnie siê, odsunie siê od niej, ¿eby w jaki¶ sposób odebraæ znaczenie temu co sta³o siê w pi±tkowy wieczór. Nie chodzi³o o sam Rytua³, ale o to, ¿e niemal przerazi³o go to, ¿e kto¶ móg³ siê tak do niego zbli¿yæ. Nie by³ przyzwyczajony, ¿eby kto¶ go dotyka³, czy mówi³ takie s³owa... Merlinie, on przecie¿ wzi±³ j± za rêkê i wsun±³ jej na palec pier¶cionek!!!
Mia³ na ni± warczeæ i udowodniæ, ¿e nadal jest tym dumnym, gro¼nym, z³ym profesorem eliksirów. Chcia³, ¿eby znów siê go ba³a, bo mia³ wra¿enie, ¿e pozwoli³ jej... sobie! na zbyt wiele.
W tej chwili nie umia³ powiedzieæ, CZEMU mia³aby siê go baæ. Przypomina³ sobie co czu³ przez te wszystkie lata i widzia³ m³od±, nieszczêsn± kobietê, która przechodzi³a w³a¶nie przez ten sam koszmar. Po raz pierwszy w ¿yciu nie mia³ walczyæ w samotno¶ci, kto¶ dzieli³ z nim sekrety, problemy i niebezpieczeñstwa... A on, zamiast jej pomóc, próbowa³ chroniæ swoj± ura¿on± dumê?! Cholerny ¶wiat...
– Nie s±dzi³em, ¿e... bêdê stanowi³ dla kogo¶ natchnienie... – to by³o jedyne co mu przysz³o do g³owy.
Na ca³e szczê¶cie w tym momencie kelnerka przynios³a herbatê, mleczko i kilka kruchych ciasteczek na ma³ym talerzyku. Chwilê ustawia³a wszystko na stoliku, wiêc milczeli.
– Opowiedz mi dok³adnie, co dzi¶ widzia³a¶ – powiedzia³, kiedy kobieta odesz³a z pust± tac±.
Wyja¶niaj±c i przy okazji wspominaj±c o pods³uchanej przez Aylin rozmowie na temat w³amania do niej i za³o¿eniu zabezpieczeñ, Hermiona otworzy³a torebkê z herbat± i w³o¿y³a saszetkê do gor±cej wody, dosypa³a cukru i zaczê³a otwieraæ pojemniczek z mleczkiem. Snape s³ucha³ i robi³ to samo. Oboje byli zajêci i to zdecydowanie rozlu¼ni³o napiêt± atmosferê.
– Tak s±dzi³em, ¿e id± do mugoli na rozmowy. £atwiej siê tu schowaæ i nie rzucaj± siê w oczy.
– Niestety nie wiem czy wychodz± codziennie. Pan Wesley widzia³ ich parê razy, ale mo¿e dlatego, ¿e on wychodzi o tej samej porze co oni...
– Nie wa¿ne. W ¿adnym wypadku nie zmieniaj godzin wychodzenia na lunch. Po prostu trzeba bêdzie czekaæ na nich ka¿dego dnia, kiedy¶ siê uda.
– Panie profesorze, nie wiem, czy bêdê mog³a jako¶ pomóc...
– Co masz na my¶li?
– Czêsto jadam w biurze albo w kantynie. Jak wychodzê, to czêsto w towarzystwie znajomych, choæ minê³o ju¿ sporo czasu od ostatniego razu... Czasem idê na Pok±tn±. Nie chodzê do mugoli. Bior±c pod uwagê, ¿e Norris i Lawford w³a¶nie zaczêli tam chodziæ, wyda siê podejrzane je¶li i ja nagle wpadnê na ten sam pomys³.
–Istotnie, pewne zbiegi okoliczno¶ci s± faktycznie niewskazane. Dobrze. Dam sobie radê sam. Wiem, jak wygl±da Norris, wiêc go znajdê.
– Wie pan, gdzie w mugolskim Londynie jest wyj¶cie z toalet?
Punkt dla ciebie, panno Granger...
– Jeszcze nie, ale mam nadziejê, ¿e ty wiesz.
Hermiona rozejrza³a siê w poszukiwaniu czego¶ do pisania. Przy barze zobaczy³a d³ugopis na sznureczku, do podpisywania paragonów. Podnios³a siê mówi±c „proszê poczekaæ” i posz³a spytaæ barmana, czy mo¿e go na chwilê wzi±æ.
– S³oneczko, taka jak ty mo¿e braæ co tylko zechce – odpar³ ch³opak
– Zabierz przy okazji i jego, bêdziemy mieli wreszcie wakacje... – dorzuci³ ze ¶miechem jego kolega, robi±c do niej oko.
Siadaj±c przy stoliku stuknê³a niechc±cy jego nogê swoim kolanem. Snape drgn±³ i poprawi³ siê na swojej kanapce. Hermiona wziê³a serwetkê i zaczê³a rysowaæ i wyja¶niaæ, gdzie co jest.
– Przepraszam, ale artystk± to ja nie jestem... – dorzuci³a na koniec, kiedy Snape, przekrzywiaj±c g³owê, przypatrywa³ siê planikowi.
– Z pewno¶ci± ³atwiej by³oby, gdybym u¿y³ legilimencji, ale mo¿e byæ. W³a¶nie, swoj± drog±, jak zareagowa³a twoja ciotka na wie¶æ o tym, ¿e kto¶ ukrad³ ci jej obraz? – zainteresowa³ siê ca³kowicie wbrew sobie.
– By³a bardzo zadowolona. Uzna³a, ¿e z³odziej mia³ gust, bo zabra³ to, co najbardziej warto¶ciowe – za¶mia³a siê, po czym spowa¿nia³a. – Gorzej, ¿e obieca³a mi namalowaæ nowy obraz, o wiele wiêkszy...
– To siê nazywa z deszczu pod rynnê – Snape upi³ wreszcie ³yk herbaty. By³a wy¶mienita.
– Nie móg³by pan siê w³amaæ do niej i zabraæ jej wszystkie pêdzle...?
Oboje lekko siê u¶miechnêli.
– ¯arty na bok, panno Granger – pierwszy, jak zwykle, spowa¿nia³ Snape. – Widzia³a¶ dzi¶ Proroka?
– Nie. Mia³am trochê wiêcej roboty... i nie mia³am czasu na czytanie.
– TROCHÊ wiêcej roboty... Mam wra¿enie, ¿e ty ci±gle masz trochê wiêcej roboty.
– Prócz dni, kiedy mam zdecydowanie wiêcej – doda³a cierpko. – Wszystkie eliksiry musz± byæ gotowe w ¦w. Mu.... mu.... muuuu...
Para ko³o nich zaczê³a zbieraæ siê od stolika i ch³opak zatrzyma³ siê na chwilê czekaj±c na swoj± dziewczynê. Omiót³ spojrzeniem j±kaj±c± siê Hermionê, ale jego dziewczyna podesz³a do niego i poca³owa³a go i natychmiast straci³ zainteresowanie czymkolwiek innym. Snape uniós³ brew patrz±c z lekk± dezaprobat±.
– Napij siê herbaty, to ci przejdzie...
Kiedy ca³uj±ca siê para odesz³a trochê, Hermiona odstawi³a szklankê.
– Co jest w Proroku?
– Parê zmian personalnych na niektórych stanowiskach w Ministerstwie. Bardzo niepokoj±cych zmian, doda³bym. I nie, nie mam przy sobie gazety, przeczytaj jak tylko jak±¶ znajdziesz.
Dokoñczyli herbat, Snape popatrzy³ krzywym okiem na ciastko i zdecydowa³ siê go nie próbowaæ. Z pewno¶ci± bêdzie móg³ poprosiæ skrzaty o przepyszny, owocowy crumble, który jad³ dzi¶ na obiad.
– Przez kilka dni z rzêdu spróbujê ich ¶ledziæ i pods³uchaæ. Do koñca tygodnia powinni¶my wiedzieæ co¶ wiêcej, ¿eby zaplanowaæ kolejny krok.
– Czy mogê cokolwiek zrobiæ...? – Hermiona siêgnê³a po swoj± portmonetkê, otworzy³a przegródkê i zamknê³a, po czym otworzy³a drug±, z mugolskimi pieniêdzmi.
– Dam ci znaæ je¶li tylko bêdê czego¶ potrzebowaæ. Póki co staraj siê odpocz±æ... Udaje ci siê spaæ? Wygl±dasz na wykoñczon± – wsta³ i poczeka³ na ni±. Kiedy zachwia³a siê lekko, ca³kiem odruchowo z³apa³ j± pod rêkê, ¿eby nie upad³a. – W³a¶nie o tym mówiê...
Hermionie zakrêci³o siê lekko w g³owie, ale po chwili ju¿ jej przesz³o. Odnios³a wra¿enie, ¿e pu¶ci³ j± z ulg±. Jej te¿ ul¿y³o.
– Nie bardzo. Skoñczy³ mi siê pañski eliksir, a na mugolskie tabletki uspokajaj±ce potrzeba receptê... Wie pan, takie co¶, co tutejsze panie Pomfrey przepisuj± pacjentom. Idzie siê z tym do apteki...
– Wiem, co to jest recepta. Zdaje siê, ¿e wiesz, ¿e... mój ojciec by³ mugolem – Snape dokoñczy³ zdanie o wiele ciszej, pochylaj±c siê lekko w jej kierunku.
Podeszli do baru, ¿eby zap³aciæ. Barman rzuci³ przeci±g³e spojrzenie mê¿czy¼nie przed sob± i u¶miechn±³ siê do dziewczyny. Ta nagle wróci³a szybko do stolika, z³apa³a d³ugopis i wróci³a mu go oddaæ.
– No, a ju¿ my¶la³em, ¿e go ze sob± zabierzesz.
– ¦wietny, dziêkujê bardzo.
– Polecam siê na przysz³o¶æ. Do widzenia pañstwu...
Wyszli przed kawiarniê. Pora by³a siê po¿egnaæ.
– W razie czego pisz. I odpocznij. Jeszcze dzi¶ wy¶lê ci moj± sowê z eliksirem na uspokojenie, powinna dolecieæ do jutra rana.
– Dziêkujê, panie profesorze. I powodzenia. Jakby siê pan czego¶ dowiedzia³...
– To dam ci znaæ.
– Do widzenia.
Snape spojrza³ ostatni raz na wymizerowan± twarz m³odej czarownicy, skin±³ jej g³ow± i odszed³ nie czekaj±c na jej odpowied¼. Hermiona sta³a przez chwilê spogl±daj±c za nim. Po chwili jego wysoka sylwetka znik³a w¶ród innych przechodniów. Obróci³a siê i posz³a w kierunku metra. Czas by³o wracaæ do domu.
CDN...