Rok po Drugiej Wojnie Hermiona wpada na trop spisku w samym sercu Ministerstwa Magii. Spiskowcy chc± wprowadziæ supremacjê czystej krwi i wyeliminowaæ inne grupy spo³eczne. Ich pierwszymi celami s± Hermiona Granger i Severus Snape. Czy Hermionie i Snape
Poniedzia³ek, 8.06
Perry zatrzyma³ siê przed niskim budynkiem, w którego podziemiach, jak powiedzia³a mu córka, znajdowa³o siê Ministerstwo Magii. Wy³±czy³ silnik i rzuci³ okiem na zegarek. Dochodzi³a szósta, Hermiona powinna za chwilê siê pojawiæ. Odpi±³ pas i zacz±³ przygl±daæ siê leniwie ludziom za oknem. Ciekawe, czy który¶ z nich jest czarodziejem...?
Rozpada³ siê deszcz. Minuty wlok³y siê straszliwie, raz przeszed³ ko³o niego policjant i popatrzy³ spode ³ba. Chwilê pó¼niej szczêknê³a klamka od strony pasa¿era. Hermiona wskoczy³a do ¶rodka i szybko zatrzasnê³a za sob± drzwi.
– Czê¶æ tato – pochyli³a siê do niego, ¿eby poca³owaæ go w policzek.
– Czê¶æ kochanie! Jak siê masz? Nie przemok³a¶?
– Nie, mo¿e byæ. D³ugo ju¿ czekasz?
– Tylko chwilkê. Jak zawsze, mo¿na liczyæ na twoj± punktualno¶æ. Gdzie jedziemy?
– Do jakiego¶ sklepu, gdzie sprzedaj± WSZYSTKO. Jedzenie wysz³o mi zupe³nie...
Perry zastanowi³ siê chwilê, gdzie bêdzie bli¿ej i w koñcu zdecydowa³ siê na Westfield London. W³±czy³ silnik i zjecha³ wolno na ulicê.
– Dobrze, to teraz opowiedz, jak uda³a siê twoja wizyta we Francji.
Hermiona opowiedzia³a co uzna³a za stosowne. Nie chcia³a zdradziæ szczegó³ów sprawy Norrisa, ale równocze¶nie zdawa³a sobie sprawê, ¿e tylko dziêki jego pomocy wiedzieli, co siê dzieje. Powiedzia³a wiêc tylko, ¿e uda³o siê jej spotkaæ z paroma osobami, które bêd± mog³y pomoc. Nie szczêdzi³a za to szczegó³ów dotycz±cych Bastyli, wystroju pokoju go¶cinnego w Ministerstwie i naturalnie, braku zwyk³ej, czarnej herbaty.
Zakupy trwa³y ponad godzinê. Poniewa¿ Hermiona chcia³a równie¿ kupiæ dobr± whisky, Perry zabawi³ sporo czasu miêdzy pó³kami z alkoholem i w koñcu wybra³ Glenmorangie Signet. Dziewczynie nic to nie mówi³o, poza tym, ¿e podoba³a siê jej butelka, ale Perry wygl±da³ na wyj±tkowo dumnego z siebie.
Dopiero po wniesieniu wszystkich toreb do mieszkania mogli kontynuowaæ rozmowê.
– Z tego, co mówisz rozumiem, ¿e Francuzi wam pomog±. Czyli co, problem rozwi±zany? – spyta³ Perry,, siadaj±c na kanapie i bior±c na kolana Krzywo³apa.
– To nie jest takie proste... – potrz±snê³a g³ow± Hermiona. – Za ka¿dym razem, jak pods³uchujemy, wychodz± na jaw nowe rzeczy.
– Wiêc siê znów skomplikowa³o, tak? – sykn±³ nagle, bo zadowolony kot zacz±³ tuptaæ mu po nogach, wsuwaj±c i wysuwaj±c pazury.
– Tato, przecie¿ wiesz, ¿e nie mogê ci powiedzieæ...
– Kochanie, mo¿esz, ale w granicach rozs±dku. Pamiêtaj, ¿e mogê ci pomóc, pod warunkiem, ¿e wiem choæ odrobinê.
Dziewczyna zastanowi³a siê chwilê. Problem ze wspomnieniem odpada³. O eliksirach lepiej by³o nie mówiæ – gdyby ojciec siê dowiedzia³, z pewno¶ci± poprosi³by Jacka, ¿eby po¿yczy³ mu karabin i poszed³by zastrzeliæ Watkinsa osobi¶cie. Poza tym mieli na to ju¿ rozwi±zanie, trzeba by³o tylko podmieniaæ regularnie fiolki. Do g³owy przysz³o jej Rathlin Island... to ich ostatnio gnêbi³o i nie mieli ¿adnego pomys³u, co z tym zrobiæ...
– Utknêli¶my w miejscu z jednym problemem... Nasi przyjaciele planuj± otworzyæ now± szko³ê, ale my nie chcemy do tego dopu¶ciæ.
– Od kiedy to jeste¶ przeciwna szkolnictwu?! Przecie¿ to chyba dobrze, ¿e otwiera siê wiêcej szkó³, nie? – Perry uniós³ brwi ze zdumienia.
– To jest strasznie ¶mierdz±ca sprawa. Nie mogê ci wyja¶niæ czemu, ale ta szko³a nie mo¿e zostaæ otwarta.
Przez parê chwil s³ychaæ by³o tylko mrucz±cego Krzywo³apa. Hermiona posz³a po sok pomarañczowy i szklanki.
– Mo¿e zasugerujcie im jakie¶ inne miejsce?
– Tu nie chodzi o miejsce, tato, tylko o sam fakt otwarcia szko³y. Mamy mieæ tylko i wy³±cznie Hogwart.
Dziewczyna nala³a mu trochê soku, na widok którego skrzywi³ siê lekko. Od tak s³odkich soków psu³y siê zêby.
– Chcia³a¶, ¿ebym ci wybra³ whisky i dajesz mi do picia sok? Zamierzasz sama wysuszyæ ca³± butelkê?
Hermiona zachichota³a rado¶nie.
– Kiedy¶ ci dam, ale nie teraz. Chcê, ¿eby by³a zamkniêta. To... co¶ w rodzaju prezentu...
Ojciec spojrza³ na ni± z przekrzywion± g³ow± i domy¶lnym u¶mieszkiem.
– No, no, no... pozwól, ¿e zgadnê... To dla tego przystojniaczka, który bawi³ siê domofonem, co? Kiedy go mija³em na schodach, wygl±da³ ca³kiem, ca³kiem...
Dziewczyna wybuchnê³a jeszcze g³o¶niejszym ¶miechem i dla pewno¶ci odstawi³a szklankê.
– Tato! To nie by³ ¿aden przystojniaczek! To by³ profesor Snape, przecie¿ ci mówi³am!
Perry’emu uda³o siê nie oblaæ ani nie zakrztusiæ.
– Dziecko kochane...!!! To by³ ON?! Ten, o którym nam tyle opowiada³a¶ przez te wszystkie lata?!
Dziecko kochane pokiwa³o g³ow±. Dobry Bo¿e, ona oszala³a! Facet urz±dzi³ j± paskudnie z zêbami, a ona mu teraz kupuje whisky?!
– Wiem, ¿e opowiada³am o nim okropne rzeczy... nie, stop! ¿e ON by³ okropny. Ale siê zmieni³... Pamiêtasz, co mówi³am wam o nim, jak ¶ci±gnêli¶my was z Australii? W ci±gu ostatnich dwóch miesiêcy mieli¶my okazjê dobrze siê poznaæ i mówiê powa¿nie, ¿e on siê bardzo zmieni³.
Perry przypomnia³ sobie jej opowie¶ci z procesu i musia³ przyznaæ, ¿e zrobi³y one na nim wra¿enie. Kiedy s³u¿y³ w wojsku, jeszcze jako m³ody plutonowy, przez 2 lata siedzia³ w Jugos³awii i wiedzia³, co to jest wojna i niebezpieczeñstwo. Wtedy nawet do snu k³adli siê w kamizelkach kuloodpornych i ca³kowicie ubrani. Parê razy uczestniczy³ w misjach, które ju¿ na pierwszy rzut oka wygl±da³y na utajnione. Tak wiêc to, co opowiada³a mu Hermiona o tym facecie wzbudzi³o w nim sporo uznania. Ale i tak tych zêbów mu nie zapomnê!
– Ju¿ nie bawi siê w dentystê? – spyta³ sarkastycznie.
Dziewczyna westchnê³a ciê¿ko.
– To nie on za³atwi³ mi zêby, on tylko powiedzia³, ¿e nie widzi ró¿nicy jak mi uros³y!
– Jeszcze gorzej. Znawca od siedmiu bole¶ci! Jak go kiedy¶ spotkam, to mu powiem, ¿eby sprawi³ sobie okulary...
– Tato... pomy¶l raczej, ¿e w tej chwili robi wszystko co mo¿e, ¿eby ... – ju¿ chcia³a powiedzieæ „ocaliæ mi ¿ycie”, ale w porê ugryz³a siê w jêzyk. – ¯ebym ja nie musia³a siê w to wpl±tywaæ. Tym razem to ja go w to wepcha³am!
Perry spojrza³ na córkê, u¶miechn±³ siê i pog³aska³ j± lekko po g³owie.
– Wygra³a¶. Je¶li teraz ciê chroni, ostatecznie przebaczê mu te twoje zêby... – dopi³ resztê soku i doda³. – I to, ¿e przez niego nie mogê napiæ siê najlepszej whisky na ¶wiecie!
Z ulicy dobieg³ nagle g³o¶ny ryk uruchamianego motoru. Krzywopa³ zerwa³ siê przestraszony i zeskoczy³ z kolan Perry’ego.
– Wracaj±c do tej twojej szko³y, gdzie oni chc± to zrobiæ? Gdzie¶ ko³o Hogwartu, czy raczej w okolicach Londynu?
– Ani tu, ani tam. Tym razem wybrali sobie Irlandiê Pó³nocn±. Jest tam taka ma³a wysepka, która nazywa siê Rathlin Island. W zasadzie prawie nikt tam nie mieszka.
– Rathlin Island? Nic mi to nie mówi, a mia³em wra¿enie, ¿e w szkole by³em niez³y z geografii – i maj±c nadziejê, ¿e uda mu siê podej¶æ córkê zapyta³ niewinnie. – Uwa¿acie, ¿e poniewa¿ nie jest to w Szkocji, to z jasnowidzenia nici i dlatego nie chcecie?
Hermiona nie da³a siê z³apaæ na takie dzieciêce chwyty.
– Tato... Przestañ mnie podpytywaæ, bo to nic nie da!
– Dobra, wygra³a¶ po raz drugi. Za karê przynie¶ mi co¶ do ¶ci±gniêcia tych rudych k³aków. Czemu on tak linieje? Mog³aby¶ otworzyæ firmê dostarczaj±c± naturalne w³osie do ko³der i poduszek!
– Zamknij oczy, to ci je ¶ci±gnê... – Perry pos³ucha³ j± i kiedy po chwili je otworzy³, na spodniach nie by³o nawet jednego rudego w³osa.
– Dziêkujê ci bardzo. Bêdê zbiera³ siê do domu. Pozdrów ode mnie tego twojego super–szpiega. Jakby mi co¶ przysz³o do g³owy, to dam ci znaæ. Dobranoc, kochanie.
W przeciwieñstwie do Hermiony, Norris i Smith nie spêdzili mi³ego wieczoru. Smith koñczy³ redagowanie wskazówek dla swoich Aurorów, kiedy przyszed³ Norris. Ubrany by³ w elegancki garnitur, z du¿±, w±sk± praw± kieszeni± specjalnie na noszenie ró¿d¿ki. Dok³adnie zamkn±³ za sob± drzwi i bez pytania usiad³ na wysokim krze¶le.
– Masz ju¿ jaki¶ plan na jutro? – zapyta³ Smitha, bior±c do rêki ozdobne czarne pióro i zacz±³ siê nim bawiæ.
– Nie martw siê, Peter. Ju¿ o tym my¶la³em. Podejdê go tak, ¿e nie bêdzie mia³ innego wyj¶cia – odpar³ ten uspokajaj±co.
– Jak to zrobisz?
Norris widocznie lubia³ wiedzieæ wszytko, albo te¿ lubia³ mieæ nad wszystkim absolutn± kontrolê. Albo jedno i drugie. Smith usiad³ prosto i wyja¶ni³ swój plan.
– Pójdziemy do niego razem z Jimmem. Ja idê tam oficjalnie po to, ¿eby zaproponowaæ pomoc Aurorów w ochronie szko³y podczas egzaminów praktycznych. Zaaran¿ujê to tak, ¿e w którym¶ momencie Snape bêdzie musia³ zaprowadziæ mnie do sali egzaminacyjnej z Obrony przed Czarn± Magi±, wiêc zaproponujê, ¿eby w tym czasie Jimm pogada³ z t± jêdz± McGonagall o kwestiach administracyjnych. Wiesz, jak on nie lubi chodziæ.
Norris pokiwa³ z aprobat± g³ow±. Jimm by³ tak gruby jak ¿yczliwy. Mówiono, ¿e wszystkim nieba by przychyli³.
– Wtedy zaproponujê mu obejrzenie planu ochrony, tylko, ¿e zamiast planu ochrony Snape zobaczy siebie samego za³atwiaj±cego Avad± ca³± piêcioosobow± rodzinê. Jak wróci ze wspomnienia... Có¿, zmienimy temat rozmowy. Je¶li nie bêdzie potulny jak baranek... Mo¿e siê okazaæ, ¿e potrafiê byæ bardzo przekonuj±cy – powiedzia³ marz±co, turlaj±c ³agodnie ró¿d¿kê miêdzy palcami.
Norrisowi wyra¼nie siê to podoba³o. Przypomnia³ sobie nieludzk± rado¶æ w oczach mordercy, kiedy ten przypatrywa³ siê przera¿onej i zrozpaczonej kobiecie zanim i j± zabi³ i doszed³ do wniosku, ¿e Teddy ma przed sob± wspania³± przysz³o¶æ.
Smith nawet nie przypuszcza³, ¿e nag³a chêæ napicia siê czego¶ uratuje mu ¿ycie. Podniós³ siê i podszed³ do stolika po drugiej stronie.
– Gdzie masz to wspomnienie? – zapyta³ Norris.
On jednak faktycznie lubi wszystko kontrolowaæ pomy¶la³ Smith nalewaj±c sobie wody.
– W biurku. W szafce, na dole, po lewej stronie. W szkatu³ce. Tylko uwa¿aj na Zaklêcie Wrz±ce, je¶li chcesz otwieraæ... Chcesz wody?
Norris skin±³ g³ow±, wiêc Smith siêgn±³ po drug± szklankê. Norris wygrzeba³ szkatu³kê, zdj±³ zaklêcie i otworzy³ j±. W ¶rodku le¿a³a znajoma fiolka z mêtn±, bia³aw± substancj±. Chcia³ siê jeszcze raz jej przyjrzeæ, wiêc wyj±³ j± i uniós³ do oczu. To znaczy próbowa³. Fiolka wy¶liznê³a mu siê z suchych palców i jak w zwolnionym tempie zobaczy³ jak przechyla siê i spada twardo na biurko, szklane drobiny rozpryskuj± siê na wszystkie strony, a korek odbija siê od blatu szerokim ³ukiem i pada a¿ pod okno. Zanim zd±¿y³ zareagowaæ, cokolwiek zrobiæ, ¿eby j± z³apaæ, by³o ju¿ za pó¼no. Ledwie przebrzmia³ brzêk t³uczonego szk³a, cholerne wspomnienie rozla³o siê szerok± plam± po blacie i zaczê³o kapaæ na wszystkie strony i wsi±kaæ w miêkki dywan.
– Kurwa maæ!!! – wrzasn±³ Norris, ³api±c za ró¿d¿kê i próbuj±c bezskutecznie zagarn±æ choæ resztki wspomnienia. – Na co siê tak gapisz?! Rusz dupê i pomó¿ mi!!
Zmartwia³y Smith by³ w³a¶nie w po³owie drogi do biurka. Rozejrza³ siê bezsensownie, gdzie mo¿e postawiæ szklanki z wod± i natychmiast dotar³o do niego, ¿e to nie ma najmniejszego znaczenia. Dopad³ do biurka, niemal rzuci³ je na blat i z³apa³ za ró¿d¿kê. Jedna ze szklanek upad³a i woda chlusnê³a zlewaj±c siê z plam± wspomnienia.
– Uwa¿aj, kretynie!!! – zawy³ Norris.
– Cholera! – sykn±³ Smith, tamuj±c rêk± strumieñ lej±cy siê na ziemiê. – Podaj mi co¶... !
– Za pó¼no! Kurwa, za pó¼no! A niech to szlag trafi!! – Norris waln±³ piê¶ci± o blat tak mocno, ¿e obie szklanki a¿ podskoczy³y i zadzwoni³y o siebie.
Smith spojrza³ na ostatnie smugi wspomnienia, zmieszane teraz z wod±, które sp³ynê³y z brzegu. Wszystko wsi±k³o w dywan mocz±c go obficie.
Norris dosta³ szalu. Poczerwienia³, ¿y³y wyst±pi³y mu na skroniach, czo³o pokry³o siê zmarszczkami i w¶ciek³y grymas wykrzywi³ twarz. Rykn±³ co¶ niezrozumia³ego, zamachn±³ siê i jednym szerokim gestem zepchn±³ szklanki na ziemiê. Ich ¶ladem posz³a du¿a lampa gazowa i na koniec Norris z³apa³ nieszczêsn± szkatu³kê i waln±³ ni± o ¶cianê.
– Cholerny ¶wiat! Nic nie umiecie zrobiæ! Pieprzona banda kretynów! Wszystko trzeba robiæ za was!!
Spojrza³ w¶ciek³y na Smitha i nagle z³apa³ za ró¿d¿kê. Smith odruchowo z³apa³ swoj± i odskoczy³ do ty³u z przera¿eniem na twarzy.
– A ty co tak stoisz, idioto?! Rusz siê i zrób wreszcie co¶!!!
W trzech susach dopad³ drzwi, szarpn±³ gwa³townie, niemal wyrywaj±c klamkê i wychodz±c trzasn±³ nimi tak mocno, ¿e zadr¿a³y wszystkie metalowe przedmioty w przeszklonej gablocie.
Smith nabra³ g³êboko powietrza i wolno je wypu¶ci³.
– Cholera jasna... – powiedzia³ cicho niepewnym g³osem.
Popatrzy³ na zalany dywan, uszkodzon± lampê i ¶lad na ¶cianie w miejscu, o które r±bnê³a szkatu³ka, której szcz±tki le¿a³y teraz na ziemi.
– O cholera...
Dr¿±c± rêk± siêgn±³ po lampê i postawi³ j± wolno na stó³. Zacz±³ poprawiaæ frêdzle na dole aba¿uru, staraj±c siê robiæ to jak najciszej. Po chwili uzmys³owi³ sobie irracjonalno¶æ swego zachowania. Czu³ siê jak niegrzeczne dziecko, które w³a¶nie dosta³o burê od rodziców i teraz stara siê nie wchodziæ im w oczy, ¿eby unikn±æ kolejnej kary.
– Pieprzyæ to! – powiedzia³ trochê g³o¶niej, niewiele pewniejszym tonem. – To nie moja wina!
Ale to wcale go nie uspokoi³o.
CDN...