Rok po Drugiej Wojnie Hermiona wpada na trop spisku w samym sercu Ministerstwa Magii. Spiskowcy chc± wprowadziæ supremacjê czystej krwi i wyeliminowaæ inne grupy spo³eczne. Ich pierwszymi celami s± Hermiona Granger i Severus Snape. Czy Hermionie i Snape
Skrzaty sk³oni³y mu siê i deportowa³y siê z trzaskiem. Dziewczyna siêgnê³a po cytrynowy placek z bez±, na której perli³y siê z³ote kuleczki cukru.
– Panie profesorze, proszê mi powiedzieæ o eliksirach... Do czego potrzebna jest numerologia?
Snape wzi±³ swój ulubiony crumble z le¶nymi owocami i bit± ¶mietan±.
– W niektórych eliksirach, nale¿±cych do czwartej klasy, trzeba uaktywniæ magiê w dodawanych do eliksiru sk³adnikach. Nie s± to ¿adne typowe zaklêcia, ale formu³y do których podstawia siê warto¶ci z równañ numerologicznych z zakresu Czwartej Wy¿szej Teorii Numerologicznej. Nie muszê ci chyba mówiæ czym mo¿e siê skoñczyæ u¿ycie z³ej formu³y...
Hermiona by³a wyra¼nie zafascynowana. Wiedzia³a, ¿e w sk³ad tych równañ wchodz± te¿ Liczby Si³y, które zale¿± od stopnia zaanga¿owania siê czarodzieja w ich rozwi±zanie.
– Czy to znaczy, ¿e si³a eliksiru zale¿y od mocy zaklêcia, które z kolei zale¿y od si³y, jak± czarodziej w³o¿y w przygotowanie go...?
Snape stwierdzi³, ¿e dyskusja by³a ca³kiem na poziomie. Z tym tylko, ¿e ona zd±¿y³a ju¿ zje¶æ wiêksz± czê¶æ swojego ciasta, a on nawet nie mia³ okazji zacz±æ.
– Dobrze powiedziane, panno Granger. Pozwoli pani, ¿e nie bêdê siê bawi³ w przyznawanie punktów, bo tutaj to
faktycznie zadzia³a...
– I biedny Gryffindor znów zdoby³by Puchar Domów – parsknê³a Hermiona.
Trzeba by³o j± czym¶ zaj±æ, ¿eby wreszcie da³a mu je¶æ...
– Skoro ju¿ rozmawiamy o szkole... Jakie by³y twoje ulubione przedmioty?
To bardzo Snape’a interesowa³o. Dziewczyna mia³a Wybitne praktycznie ze wszystkiego i to mu bardzo przypomina³o siebie samego. On mia³ swoje motywacje, ciekawe jakie by³y jej.
Dziewczyna zastanowi³a siê chwilê patrz±c na ¶cianê. W zasadzie interesowa³o j± wszystko, wiêc ciê¿ko by³o siê zdecydowaæ.
– Chyba najbardziej podoba³a mi siê numerologia, zaklêcia, staro¿ytne runy i transmutacja... Historia magii nie by³a z³a, ale mo¿na na niej by³o zasn±æ... – niektórzy faktycznie zasypiali, ale dosz³a do wniosku, ¿e nie by³ to najlepszy moment, ¿eby o tym mówiæ. – Podoba³o mi siê te¿ mugoloznastwo.
– A eliksiry? – zagadn±³ unosz±c lekko, jakby kpi±co, k±cik ust w górê.
Hermiona spojrza³a trochê zak³opotana na swojego nauczyciela eliksirów. To siê, choroba, wkopa³am...
– Có¿... to ciekawy przedmiot... – odpowied¼ by³a zbyt banalna, wiêc postara³a siê powiedzieæ co¶ bardziej interesuj±cego. – Ma pan racjê, nie ma tam machania ró¿d¿ka i mog± wygl±daæ ... ¿e tak powiem, niezbyt magicznie, ale przecie¿ maj± niesamowit± moc... Uzdrawiaj±, ale potrafi± te¿ zniewoliæ, mog± przynie¶æ s³awê, chwa³ê, a nawet powstrzymaæ ¶mieræ, jak pan mówi³ na pierwszej lekcji...
Ona mnie cytuje?!
– Dobrze wiedzieæ, ¿e choæ jeden uczeñ tej szko³y uwa¿a, ¿e eliksiry... nie s± takie z³e.
Eliksiry nie by³y takie z³e, tylko co¶ by³o nie tak z nauczycielem... przemknê³o jej przez my¶l.
– No có¿, nie mo¿na „najbardziej lubiæ” wszystkich przedmiotów.
Na tym zakoñczyli towarzyskie rozmowy i przez kolejny kwadrans zajêli siê planowaniem dzisiejszego wieczoru. Hermiona zd±¿y³a siê dowiedzieæ, ¿e Benson mieszka³ w niewielkim domu pod Londynem i mia³ kilku czarodziejskich s±siadów. ¯artobliwie nazywa³ to miejsce „Magicznym Zak±tkiem”. Zak±tek by³ po³o¿ony w pewnym oddaleniu od mugoli i nie wiod³y do niego ¿adne drogi. Otoczony by³ zaklêciami antymugolskimi, tak wiêc mogli wyl±dowaæ nieopodal, gdzie¶ po ¶rodku pola kukurydzy. Dla bezpieczeñstwa postanowili za³o¿yæ peleryny niewidki. Na dzisiejszy wieczór u¿ywanie wielosokowego odpada³o, ale Snape wzi±³ ze sob± dwie fiolki my¶l±c raczej o niedzielnej wyprawie do Ministerstwa. Nie wiedz±c co mo¿e siê wydarzyæ, na wszelki wypadek spakowa³ pe³no innych eliksirów i ma¶ci.
W koñcu Hermiona w³o¿y³a do kieszeni torby peleryny i wyszli przed szkoln± bramê. Tam przygotowa³a jeden ¶wistoklik do Sunninghill i kiedy ju¿ dobrze przykryli siê pelerynami i z³apali za rêce przez ¶lisk± tkaninê, aktywowa³a go.
Kukurydza by³a ju¿ na tyle wysoka, ¿e Hermiona nie widzia³a zupe³nie nic, ale Snape by³ wy¿szy, wiêc rozejrza³ siê i w oddali dostrzeg³ du¿y dom w¶ród drzew. Na wszelki wypadek rzuci³ na nich Muffliato.
– To tam, niezbyt daleko – wskaza³ rêk± na prawo od siebie.
– Ca³e szczê¶cie, ¿e choæ jedno z nas co¶ widzi – dziewczyna czu³a siê trochê bezradnie otoczona zewsz±d identycznie wygladaj±ca kukurydz± i nie maj±c pojêcia gdzie siê znajduje.
Wia³ lekki wiaterek, wiêc li¶cie szele¶ci³y cicho. S³ychaæ by³o ¶wiergot ptaków i terkot traktora w oddali.
Snape ju¿ otworzy³ usta, ¿eby powiedzieæ, ¿e je¶li dzi¶ bêdzie gadaæ tyle co zawsze, to j± tu zostawi, ale siê powstrzyma³. On uwa¿a³by to za dowcip, ale nie by³ pewny jak ona to odbierze.
Ruszy³ przodem, ca³y czas trzymaj±c j± za rêkê, ¿eby siê nie pogubili i odsuwaj±c rêk± li¶cie tak, by nie uderza³y id±cej za nim dziewczyny. Parê minut pó¼niej kukurydza siê skoñczy³a i wyszli nagle na w±sk± ¶cie¿kê, któr± mo¿na by³o doj¶æ do ogrodu. Kwit³o w nim pe³no kwiatów, przede wszystkim ró¿ i podchodz±c poczuli odurzaj±cy zapach.
– Jest dopiero po pi±tej, pewnie jeszcze nie przyszli – szepnê³a Hermiona, pochylaj±c siê w stronê Snape’a.
– Bardzo dobrze, mo¿e uda nam siê wej¶æ do ¶rodka przed nimi i po³o¿yæ tam twoj± pluskwê... Jaka szkoda, ¿e ona nie chce chodziæ...
– S± takie, które chodz± albo lataj±, ale takie zdobyæ jest o wiele trudniej – odpar³a zachwycona, my¶l±c równocze¶nie Twoja pluskwa... nie chce chodziæ. Merlinie, ten facet jest niesamowity!!!
Niesamowity facet spojrza³ w jej kierunku i zanotowa³ w my¶lach, ¿e trzeba bêdzie zapytaæ sk±d w³a¶ciwie ona j± wytrzasnê³a. Chwilowo mieli wa¿niejsze rzeczy na g³owie.
Hermionie nie uda³o siê zdobyæ planu domu Bensona, wiêc musieli obej¶æ go dooko³a i przyjrzeæ siê co jest w ¶rodku. Dom by³ na szczê¶cie parterowy, wiêc mogli sprawdziæ w ten sposób wszystkie pomieszczenia. Okna niektórych by³y otwarte, wiêc wyeliminowali sypialnie, kuchniê, salê jadaln± i wahali siê teraz miêdzy salonikiem i czym¶ na kszta³t gabinetu.
– Có¿, bêdziemy musieli poczekaæ a¿ przyjd±. Ciê¿ko powiedzieæ gdzie siê spotkaj± – powiedzia³ Snape.
– Proszê siê nie martwiæ, mam pomys³, jak im j± podrzuciæ.
– Co chcesz zrobiæ?
– To co robi³am jak by³am ma³a. Z moimi przyjació³mi. Czasami zwijali¶my w kulkê trochê trawy i b³ota i rzucali¶my tym w szyby s±siadów. Tych, których nie lubili¶my.
Móg³ siê krzywiæ do woli i tak by tego nie zobaczy³a. Zamiast tego nieoczekiwanie dla siebie samego u¶miechn±³ siê wyobra¿aj±c sobie ma³± dziewczynkê ze zmierzwionymi w³osami i ³obuzerskim wyrazem twarzy obrzucaj±c± okna s±siadów. W sumie pomys³ ukrywania siê pod peleryn± nie jest taki z³y.
Usiedli obok siebie pod wielkim drzewem, opieraj±c siê plecami o szeroki pieñ. Hermiona zaczê³a wyrywaæ kawa³ki trawy wraz z ziemi± i w koñcu obla³a je strumieniem wody z ró¿d¿ki. Ulepi³a kilka nieforemnych kulek, które po³o¿y³a tu¿ ko³o siebie. Pozosta³o im czekanie.
Jaki¶ czas pó¼niej przed domek wysz³a ³adna kobieta w ¶rednim wieku, usiad³a w cieniu na ³awce, na szczê¶cie do¶æ daleko od nich i zaczê³a czytaæ ksi±¿kê. Od czasu do czasu spogl±da³a w kierunku ¶cie¿ki, która dla nich obojga ginê³a za drzewami. S³u¿±ca donios³a tacê z ciasteczkami, szklanki i dzban soku dyniowego.
– Pewnie zaraz zaczn± przychodziæ i ona wysz³a czyniæ honory domu – powiedzia³a ca³kiem niepotrzebnie Hermiona.
I faktycznie, po jakim¶ kwadransie zjawi³ siê Scott, za nim równocze¶nie Norris i Lawdord, a potem zaczêli schodziæ siê inni. Z domu wyszed³ Benson, usiedli na ³awkach i rozmawiali czekaj±c na przybycie reszty. Przy okazji czêstowali siê ciastkami, pili sok i ¿artowali z pani± domu.
– A, w³a¶nie, Alaina dzi¶ nie bêdzie. Wetkn±³ na chwilê g³owê przez kominek, ¿eby powiedzieæ, ¿e jest chory i ¿yga dalej ni¿ widzi – powiedzia³ Benson, kiedy przywitali siê ju¿ z Watkinsem, który jak zwykle siê spó¼ni³.
– Musia³o go nie¼le dopa¶æ – skomentowa³ który¶ z nich, ale nie us³yszeli który.
Smith podniós³ siê z ³awki i Snape utkwi³ w nim w¶ciek³e spojrzenie. Gdyby móg³ zabijaæ wzrokiem, Smitha powininno trafiæ na miejscu. Z ca³ej ósemki najbardziej niecierpia³ w³a¶nie jego. Drugi w kolejnosci by³, niewiedzieæ czemu, Rockman.
Panowie podziêkowali ¿onie Bensona za towarzystwo i weszli do domu. Chwilê pó¼niej zas³ony w saloniku zosta³y zaci±gniête, okno zamkniête.
Hermiona przygryz³a lekko doln± wargê. Nie mog³a za wiele zrobiæ, póki ¿ona Bensona siedzia³a na ³awce.
– Zajmê siê ni± – szepn±³ Snape, zgaduj±c, ¿e kobieta przeszkadza.
Hermiona us³ysza³a jak materia³ peleryny otar³ siê o szorstk± korê drzewa, kiedy siê podnosi³. St±paj±c ostro¿nie podesz³a do okna i po³o¿y³a drucik na parapecie. Potem wróci³a po pacyny trawy i ziemi i ukry³a siê za wielkimi krzakami hortensji. Stamt±d mo¿na by³o ³atwo wydostaæ siê na drogê nie bêd±c za bardzo widzianym i o to dok³adnie jej chodzi³o. Odwróci³a siê patrz±c w kierunku pani Benson.
Nie widzia³a Snape’a i nie wiedzia³a, co chcia³ zrobiæ, ale kiedy kobieta machnê³a nagle rêk± raz i drugi i uderzy³a siê lekko w ods³oniête ramiê, domy¶li³a siê, ¿e to musi byæ jego sprawka. Minê³a chwila i znów zaczê³a siê odganiaæ. W koñcu nagle wsta³a i posz³a do domu.
¦wietnie, teraz ja siê zabawiê...
Wycelowa³a w okno i rzuci³a pierwsz± kulkê, która nie trafi³a w szybê, ale z cichym pla¶niêciem uderzy³a w drewnian± okiennicê. Wycelowa³a staranniej i tym razem us³ysza³a ciche stukniêcie o szybê. Przygotowa³a ró¿d¿kê i rzuci³a trzeci±.
Rozleg³ siê szczêk nagle otwieranego okna i miêdzy zas³onami pojawi³a siê g³owa Bensona. O to jej chodzi³o!
Wycelowa³a w parapet i wylewitowa³a drucik gdzie¶ za okno. Obojêtnie gdzie, mikrofon by³ tak czu³y, ¿e ³apa³ z odleg³o¶ci dziesiêciu jardów. Pochyli³a siê gwa³towniej poruszaj±c niechc±cy kwiatami.
Benson zauwa¿y³ brudne ¶lady na szybie. Spojrza³ przed siebie i nagle zobaczy³ jaki¶ ruch w krzakach.
– Cholerne dzieciaki! – warkn±³ i z³apawszy ró¿d¿kê, pos³a³ w tamtym kierunku kilka osza³amiaczy. – Odechce siê wam zabaw!
Odniós³ wra¿enie, ¿e co¶ siê tam poruszy³o i zaszele¶ci³o i us³ysza³ tupot nóg, wiêc pomysla³, ¿e parszywe dzieciaki s±siadów uciek³y, jak zwykle, w stronê drogi. Z trzaskiem zamkn±³ okno i szurn±³ zas³onami.
Snape ju¿ wraca³ pod drzewo, kiedy zobaczy³ strumienie czerwonego ¶wiat³a, które pomknê³y w stronê, po której sta³a dziewczyna. Us³ysza³ szelest i t±pniêcie i natychmiast domy¶li³ siê, ¿e który¶ z osza³amiaczy musia³ j± trafiæ. B³yskawicznie rzuci³ zaklêcie ha³asuj±ce w stronê drogi, ¿eby odci±gn±æ uwagê Bensona. Musia³o mu siê udaæ, bo ten warkn±³ co¶ i zatrzasn±³ okno.
Snape podszed³ szybko do krzaka, uklêkn±³ i zacz±³ na o¶lep szukaæ d³oñmi po ziemi, nie zwracaj±c zupe³nie uwagi na g³osy, które zacz±³ nagle s³yszeæ w lewym uchu. Przez chwilê nie znajdowa³ nic, ale nagle trafi³ na co¶ miêkkiego. Wymaca³ rêk± jaki¶ kszta³t pod cienkim materia³em i zorientowa³ siê, ¿e to noga dziewczyny. Siêgn±³ dalej i z³apa³ j± lekko za ramiê, ale dziewczyna nie poruszy³a siê.
– Granger..? – szepn±³ wyra¼nie i spróbowa³ j± choæ trochê podnie¶æ. – Cholera! Granger!
Potrz±sn±³ ni± lekko, ale te¿ nie podzia³a³o i w dodatku bezw³adne cia³o zaczê³o wysuwaæ siê mu spod ramienia. Nic dziwnego, oboje mieli na sobie ¶liskie peleryny. Pozwoli³ jej osun±æ siê, opar³ o kolano i machn±³ ró¿d¿k± rzucaj±c niewerbalne Renervate.
Hermiona nabra³a oddechu i poruszy³a siê. Odruchowo zas³oni³ jej usta rêk±.
– Cicho... nic nie mów...
Pomóg³ jej usi±¶æ i poczu³, jak opiera siê o niego lekko. Pewnie nie¼le oberwa³a...
– Jak siê czujesz?
Dziewczyna nabra³a jeszcze raz g³êboko powietrza i ¶wiat zachybota³ siê i wreszcie siê uspokoi³.
– Mo¿e byæ... Nic mi nie jest...
– Mo¿esz sama siedzieæ? – pytanie uzmys³owi³o jej, ¿e pó³le¿y na jego ramieniu.
Usiad³a dla próby sama i stwierdzi³a, ¿e jest w porz±dku.
– Ju¿ tak... Dziêkujê.
Snape poprawi³ niewygodn± kulkê w uchu i usiad³ ko³o Hermiony. Równie dobrze mogli zostaæ tam gdzie byli, przynajmniej na razie.
Hermiona siêgnê³a po drug± s³uchawkê i w³o¿y³a j± sobie do ucha. Trafili w bardzo dobrym momencie. W saloniku Norris przeszed³ w³a¶nie do konkretów.
CDN...