Severus podejmuje trudn± decyzjê.
Norris równie¿. O wiele bardziej drastyczn±.
By³a ju¿ prawie dziesi±ta wieczorem. Minerwa pewnie bardzo siê denerwuje... trzeba j± choæby powiadomiæ, ¿e wszystko jest w porz±dku.
Tkniêty nag³ym przeczuciem zerkn±³ do lodówki i szafki i stwierdzi³, ¿e Hermionie nie zosta³o za wiele do jedzenia.
¦wisn±³ przed szkoln± bramê i gdy tylko dotar³ do swoich komnat, przywo³a³ skrzata i poprosi³ o przygotowanie czego¶, z czego bêd± mogli sobie zrobiæ jutro ¶niadanie. Potem wrzuci³ szczyptê proszku Fiuu do kominka.
– Gabinet Minerwy McGonagall.
Natychmiast rozleg³ siê jej cichy krzyk. Minerwa siedzia³a w fotelu przy kominku z ksi±¿k± w rêku i próbowa³a czytaæ, ale nie bardzo jej to wychodzi³o.
– No nareszcie! Severusie, ju¿ zaczê³am siê denerwowaæ! Chod¼, szybko!
Severus wszed³ do niej i usiad³ w fotelu obok.
– Dopiero wrócili¶my – wyja¶ni³.
Minerwa wpatrywa³a siê w niego z niecierpliwo¶ci±.
– Uda³o wam siê?!
Pokiwa³ g³ow±.
– Uda³o siê, ale by³o ciê¿ko – kiedy zobaczy³ jej pytaj±c± minê, wyja¶ni³ dok³adniej. – Hermiona mog³a pojawiæ siê dopiero po siódmej, wiêc wpierw zamienili¶my proszek w Klinice, a potem wybrali¶my siê do Scotta, u którego tymczasowo mieszka Watkins. Sporo czasu zajê³o mi znalezienie pojemnika, a potem... – chrz±kn±³ trochê zak³opotany. Nie wiedzia³, co dok³adnie ma powiedzieæ. A potem nagle poczu³, ¿e po prostu nie móg³ zbagatelizowaæ tego, co zrobi³a. – Rozdzielili¶my siê z Hermion±. Ona pilnowa³a na zewn±trz, ja szuka³em proszku. Kto¶ siê do nich podkrad³ i Smith z³apa³ jakiego¶ mê¿czyznê troszkê do mnie podobnego z postury. Hermiona my¶la³a, ¿e to ja, wiêc kiedy Smith zacz±³ krzyczeæ, ¿e go zabije, je¶li jego wspólnik siê nie podda i nie przyjdzie... zamierza³a do niego pój¶æ. Jak to potem mi powiedzia³a, ¿eby mnie ratowaæ – u¶miechn±³ siê krzywo, ale nie spu¶ci³ wzroku. By³ z tego dumny.
Minerwa a¿ westchnê³a g³o¶no.
– Merlinie... mam nadziejê, ¿e na ni± za to nie nakrzycza³e¶!
Pokrêci³ gwa³townie g³ow±.
– Kiedy j± odci±gn±³em i zrozumia³a, ¿e to nie by³em ja, dosta³a histerii i nie mog³a siê opanowaæ. Aportowa³em nas do niej do domu i da³em jej eliksir s³odkiego snu. Ju¿ ¶pi, ale... obieca³em jej, ¿e bêdê tam ca³± noc. Powiedzia³a, ¿e siê boi.
Czarownica spojrza³a na niego z wyrazem bólu w oczach.
– W takim razie id¼ ju¿. Ona jest wspania³a – powiedzia³a g³êboko przejêta.
Severus by³ zbyt poruszony, ¿eby dzisiejszego wieczora ukrywaæ swoje uczucia. Poza tym czu³, ¿e nie powinien.
– Nawet nie masz pojêcia jak – odpowiedzia³ wstaj±c. – Postaw proszê os³ony w moim gabinecie za parê minut.
Gdy wróci³ do mieszkania Hermiony, dziewczyna spa³a spokojnie, oddychaj±c miarowo przez pó³otwarte usta. Przyniós³ sobie z go¶cinnego pokoju gruby koc i poduszkê i po³o¿y³ siê na kanapie w salonie. Wola³ byæ blisko na wypadek, gdyby siê obudzi³a.
Nie s±dzi³, ¿eby uda³o mu siê zasn±æ po wieczorze tak pe³nym wydarzeñ i wra¿eñ. Ju¿ sama podmiana proszku by³a trudna, choæ zdawa³ sobie sprawê z tego, ¿e nie zawsze wszystko bêdzie siê uk³adaæ tak dobrze, jak w ¦w. Mungu. Do tego dosz³o spotkanie Smitha, którego zaczyna³ nienawidziæ coraz bardziej i stres zwi±zany z tym, ¿e w którym¶ momencie s±dzi³, ¿e z³apali Hermionê. Ale tym, co go poruszy³o najbardziej, by³a jej decyzja, ¿eby go ocaliæ
Merlinie, nigdy w jego doros³ym ¿yciu nikt nie zaryzykowa³ w³asnym ¿yciem w jego obronie. W czasach szkolnych oczywi¶cie by³ Potter, ale to by³o zupe³nie co innego. To nie by³a altruistyczna chêæ pomocy i ochrony, tylko ratowanie w³asnego karku. Gdyby Potter tego nie zrobi³, on albo by umar³, albo skoñczy³ z Fenirem Greybackiem. Za¶ Potter i reszta bandy z ca³± pewno¶ci± wylecieliby ze szko³y za nara¿anie ¿ycia innego ucznia, bycie niezarejestrowanymi animagami, co ³ama³o prawo czarodziejów i za nocne wycieczki poza zamek. Dumbledore nie stan±³by w ich obronie, bior±c pod uwagê konsekwencje tego „niewinnego" ¿artu.
Nigdy, kiedy by³ karany przez Czarnego Pana, nikt nie tylko nie wstawi³ siê za niego, co jeszcze ostatecznie móg³ zrozumieæ, ale nawet nie zatroszczy³ siê o niego potem, kiedy ju¿ skatowany le¿a³ na ziemi. Ze strony Zakonu Feniksa nikt nie interesowa³ siê w jakim stanie wraca³ ze spotkañ z Czarnym Panem. Och, nawet przeklêty Dumbledore wyda³ go na ¶mieræ. I ju¿ nie chodzi³o o to, ¿e mia³ zostaæ zabity przez Czarnego Pana albo Pottera, bo oboje byli przekonani, ¿e tylko w ten sposób mog± posi±¶æ Czarn± Ró¿d¿kê. W tamtym czasie jego ¿ycie nie mia³o dla niego ¿adnego znaczenia. Liczy³o siê tylko to, ¿eby sp³aciæ d³ug i chroniæ syna kobiety, któr± kocha³ i która przez niego nie ¿y³a. Potem móg³ ju¿ umrzeæ. Nie, poczu³ siê zdradzony dlatego, ¿e Dumbledore nie powiedzia³ mu o tym. Jakby mimo wszystko mu nie wierzy³.
To, co zrobi³a Hermiona by³o... czym¶ tak wspania³ym, ¿e ca³y czas by³ tym poruszony. To by³o uciele¶nienie dobroci, szlachetno¶ci i odwagi i nie rozumia³, czym sobie na to zas³u¿y³. Hermiona nie chcia³a od niego niczego, nie zrobi³a tego, poniewa¿ oczekiwa³a czego¶ w zamian. Zrobi³a to po prostu DLA NIEGO. I to w³a¶nie w niej kocha³.
No i do tego wszystkiego musia³ dodaæ to, co zrobi³, ¿eby jej podziêkowaæ...
W Pary¿u zrozumia³, ¿e nie by³a mu obojêtna. Ale zdecydowa³ wtedy, ¿e to ma skoñczyæ siê na przyja¼ni. Racjonalna czê¶æ jego umys³u mówi³a mu, ¿e to najlepsze, co mo¿e zrobiæ. Nie bêdzie potem bólu, cierpienia i rozczarowania. Równocze¶nie ta druga czê¶æ umys³u protestowa³a coraz gwa³towniej i coraz trudniej przychodzi³o mu powstrzymywaæ choæby chêæ przytulenia jej. W ten weekend bawi³ siê jej w³osami, nie móg³ opanowywaæ siê przed stawaniem blisko za ni± i my¶leniu o niej, ¶pi±cej w tym samym zamku. I dzi¶ nie tylko tuli³ j±, ale i poca³owa³ j± w czo³o...
Przestañ natychmiast! Z wysi³kiem otworzy³ szeroko oczy, odmawiaj±c sobie przypominania tego, co sta³o siê zaledwie godzinê temu.
Nie powinien nawet próbowaæ jej uwie¶æ. Co móg³by jej zaoferowaæ w zamian za to wszystko, co ona mog³aby mu daæ? Jego ¿ycie by³o przegrane. Pomimo wygranego procesu nadal byli ludzie, którzy go nienawidzili, przede wszystkim rodziny ¦miercio¿erców, którzy zostali skazani na Azkaban albo uca³owani przez Dementorów. Z powodu tej przeklêtej wojny mia³ rêce splamione krwi±. Dwadzie¶cia lat temu podj±³ z³± decyzjê, która zabi³a kobietê, któr± kocha³. Wybra³ czarn± magiê i z³o. Powinien umrzeæ we Wrzeszcz±cej Chacie, ale ¿y³ w³a¶nie dziêki Hermionie. Choæ wcale na to nie zas³u¿y³.
Ona za¶ by³a pe³na dobroci, uczciwo¶ci i niewinno¶ci. By³a m±dra, piêkna i m³oda, mia³a przed sob± ca³e ¿ycie. Zas³u¿y³a na kogo¶, kto móg³ daæ jej szczê¶cie i dzieliæ z ni± rado¶æ.
No w³a¶nie. M³oda. Mia³a dwadzie¶cia lat, a on trzydzie¶ci dziewiêæ. Móg³by byæ jej ojcem. O wiele starszy, brzydki, o parszywym charakterze, jak móg³by nawet marzyæ, ¿eby kto¶ taki jak ona siê nim zainteresowa³?!
Westchn±³ ciê¿ko. Gdyby odwa¿y³ siê spróbowaæ, z pewno¶ci± by j± tym przerazi³. Odrzuci³aby go, zrobi³aby wszystko, ¿eby nie mieæ z nim nic wspólnego. A on nie chcia³ prze¿ywaæ tego drugi raz w ¿yciu. Wyobrazi³ sobie wyraz obrzydzenia i wstrêtu na jej ¶licznej twarzy i to nim wstrz±snê³o.
I jednocze¶nie jaki¶ cichy g³osik w jego g³owie powiedzia³ mu, ¿e najwyra¼niej nie brzydzi³a siê nim, kiedy dzi¶ j± poca³owa³, wrêcz przeciwnie, mia³ wra¿enie, ¿e po tym przylgnê³a do niego jeszcze mocniej, tak ¿e czu³ j± ca³ym cia³em...
By³a w szoku, wstrz±¶niêta i przera¿ona, nie by³a sob±. Potrzebowa³a uspokojenia i poczucia bezpieczeñstwa. Nie myl tego z chêci± bycia z tob±!
We¼ to, co ju¿ ci daje. Przyja¼ñ i troskê. Je¶li bêdziesz siêga³ po wiêcej, stracisz to, co masz.
By³a jego rado¶ci± i u¶miechem, potrafi³a go roz¶mieszyæ i wzruszyæ, sprawia³a, ¿e chcia³ siê cieszyæ i chcia³ ¿yæ. By³a jego Patronusem. Niech ci to wystarczy.
Severus na nowo otworzy³ oczy, które zamknê³y siê nie wiedzieæ kiedy. Poszed³ do ³azienki po zwyk³y eliksir na uspokojenie i postara³ siê zasn±æ.
Uspokoi³ siê, ale kiedy zasn±³, sen okaza³ siê koszmarem. Zbudzi³ siê przera¿ony, zlany potem i a¿ dziw, ¿e nie krzycza³.
Poszed³ sprawdziæ, czy Hermiona dobrze ¶pi, najdelikatniej jak potrafi³ poprawi³ na niej ko³drê i wróci³ do salonu. Lepiej by³o ju¿ nie spaæ, ni¿ ¶niæ o niej w taki sposób. Podszed³ do szafki z ksi±¿kami, wyci±gn±³ jak±¶ grub± mugolsk± i zacz±³ czytaæ.
¦roda, 8.07
– Nie mieli¶my innego wyj¶cia, jak pozwoliæ im j± uwolniæ – powiedzia³ Smith, odk³adaj±c kartê pacjentki na stó³.
Norris siedzia³ jeszcze chwilê w milczeniu, podpieraj±c g³owê praw± rêk± i masuj±c sobie skronie. Lawford, Scott i Rockman, ci, którzy mogli przyj¶æ natychmiast do jego gabinetu, spogl±dali na siebie trochê sp³oszonymi spojrzeniami.
– Chcesz mi powiedzieæ, ¿e nie dali¶cie sobie rady z garstk± czarodziejów?
– „Garstka" to wersja do Proroka. Tak naprawdê by³a ich ponad setka.
– Nie wa¿ne! Wiêc nie mogli¶cie poradziæ sobie z setk±?!
Smith skrzywi³ siê strasznie i rzuci³ b³agalne spojrzenie pozosta³ym.
– Peter, daliby¶my sobie z nimi radê, ale musieliby¶my zacz±æ u¿ywaæ kl±tw i z³ych uroków! Ju¿ i tak dosz³o do regularnej bitwy pod i w Klinice.
Norris nie chcia³ go s³uchaæ.
– Czyli banda niezadowolonych czarodziejów bêdzie od dzi¶ stanowiæ prawo, czy¿ nie tak? Obojêtnie co MY zdecydujemy, oni maj± prawo to zmieniæ?!
Scott spojrza³ na swoje stopy i zagryz³ zêby, bo mia³ wielk± ochotê powiedzieæ, ¿e nie by³o ¿adnego „MY". Norris upar³ siê na te aborcje sam, zapowiedzia³, ¿e bêd± przeprowadzane i nie by³o ¿adnej dyskusji, czy wszyscy s± „za".
Nieoczekiwanie odezwa³ siê Lawford.
– Peter, zgodzê siê z tob±, ¿e decyzje rz±du powinny byæ niepodwa¿alne i to nie spo³eczno¶æ czarodziejów ma decydowaæ, ale my. Ale nie wolno nam zapomnieæ o tym, jak postrzegany jest rz±d. ¯eby nas s³uchaæ, ludzie musz± nam ufaæ, a nie próbowaæ z nami walczyæ.
Rockman skin±³ g³ow± i popar³ Lawforda.
– Odczekajmy trochê. Bardzo du¿o zmieni³o siê w ci±gu ostatnich miesiêcy i ludzie potrzebuj± teraz czasu na zaakceptowanie tego i zrozumienie, ¿e to dla ich dobra. Napiszmy jutro co¶ pozytywnego. Choæby o nowej szkole, o tym, jak pomo¿e wszystkim dzieciom w lepszej przysz³o¶ci... i tego typu bzdury. To poprawi nasz image i zobaczysz, ¿e nied³ugo wszyscy siê uspokoj±. Wyobra¿asz sobie, co by by³o, gdyby uda³o siê nam przykuæ t± kobietê do sto³u i wyd³ubaæ jej dziecko z brzucha? Jutro by³yby t³umy na ulicach i wszystko, co uda³o siê nam zbudowaæ, zawali³oby siê w gruzy.
Norris patrzy³ nadal na biurko, jakby zastanawiaj±c siê nad ich s³owami. Scott postanowi³ zebraæ siê na odwagê.
– Skupmy siê na innych projektach i dajmy temu spokój. Tak jak mówi Tyler, koszt zabicia tych, tak naprawdê niewinnych dzieciaków by³by o wiele wy¿szy ni¿ korzy¶ci, które by¶my z tego odnie¶li – a¿ przeszed³ go dreszcz, gdy to mówi³, mo¿e dlatego, ¿e pomy¶la³ o swojej dwójce i ¿onie.
– Nie damy temu spokoju, James! Oszala³e¶?! – Norris waln±³ nagle piê¶ci± w biurko i wszyscy drgnêli.
– Odczekajmy – poradzi³ jeszcze raz Rockman stanowczym g³osem. – Mamy czas, rozegrajmy to na nasz± korzy¶æ.
Wszyscy na chwilê zamilkli. Serce Scotta t³uk³o mu siê w piersi jak szalone. Lekko dr¿±c± rêk± zupe³nie niepotrzebnie poprawi³ swoj± szatê.
– Jutro ma ukazaæ siê w Proroku informacja, ¿e rz±d jest rozczarowany tym, ¿e spo³eczeñstwo nie chce zrozumieæ naszych starañ, ale wychodzimy ku nim i bêdziemy pracowaæ nad programem pomocy psychologicznej dla takich kobiet przy podejmowaniu decyzji. Po drugie chcê, ¿eby pojawi³ siê artyku³ o nowej szkole – zdecydowa³ po d³ugiej chwili Norris.
– Bardzo dobra decyzja – powiedzia³ Lawford. – Czy tak, czy inaczej musimy to zrobiæ. Nied³ugo Snape wy¶le listy do nowych uczniów do Hogwartu, koniecznie musimy zd±¿yæ przed nim.
Norris spojrza³ na przyjaciela z³ym wzrokiem. Jeszcze nie skoñczy³.
– Chcê te¿ rozkrêcenia kampanii obowi±zkowych badañ dla kobiet. Tyler, sprawd¼ w Mungu od jakiego wieku mo¿na ju¿ zacz±æ podawaæ eliksir. Wszystkie kobiety mugolskiego pochodzenia maj± go wypiæ. Jak najszybciej. Bêdzie pewnie trzeba przenie¶æ gdzie indziej Watkinsa, ¿eby móg³ warzyæ wiêcej i czê¶ciej – Scott westchn±³ w duszy z rado¶ci. – Jeszcze co¶. Ta bijatyka nie mo¿e przej¶æ ulgowo. Musimy pokazaæ, ¿e nikt nie bêdzie nam w³azi³ na g³owê, bo ma taki kaprys. Jak najszybciej wprowadzony ma byæ Stan Nadzwyczajny, który zostanie odwo³any dopiero, kiedy skoñcz± siê te chore marsze i protesty.
Lawford drgn±³ i spojrza³ szybko na Rockmana. Norris ci±gn±³.
– Od ... siódmej wieczorem do szóstej rano zakaz przebywania poza domem bez specjalnego zezwolenia Wydzia³u Bezpieczeñstwa – skin±³ na Smitha – Sporz±d¼ mi formularz do ubiegania siê o zezwolenie. Aurorzy maj± dostaæ nadzwyczajne uprawnienia do pilnowania porz±dku i to oni bêd± udzielaæ pozwoleñ. Chcê regularne patrole na Pok±tnej i w pobli¿u. Zakaz manifestacji i publikacji anty–rz±dowych. Rozwi±zaæ wszystkie stowarzyszenia i kluby, kó³ka s³u¿ebnych i organizacjê studenckie. Ci cholerni dowcipnisie od pasty do butów wreszcie zrozumiej± z kim maj± do czynienia. Zakaz otwierania prywatnych lecznic, prywatnych konsultacji bez zezwolenia. Ka¿de z³amanie prawa bêdzie prowadzi³o do natychmiastowego procesu kryminalnego, niech Wizengamot przygotuje siê do wzmo¿onej pracy. I niech ju¿ teraz zaczn± pracowaæ nad karami. Znajd¼cie mi jak najszybciej tych dowcipnisiów i zamknijcie ich w areszcie. Lovegooda, je¶li napisze jeszcze choæ s³owo, te¿. Chocia¿ nie, jeszcze lepiej. Zdelegalizujemy wszystkie gazety poza pras±, która ju¿ jest pod nasz± kontrol±. Z „Ma³± Czarownic±" w³±cznie. Dopracujemy szczegó³y i ma to zostaæ og³oszone w pi±tek. I ¿adnego pieprzonego Vacatio Legis!
W gabinecie panowa³a blada cisza, nikt nie odezwa³. Wygl±da³o na to, ¿e Norris musia³ wylaæ z siebie ca³± z³o¶æ.
– Spotkanie jutro u mnie w domu. O dwudziestej. I przeka¿cie Alainowi, ¿e w jego dobrze pojêtym interesie jest pojawienie siê, mam ju¿ do¶æ jego wykrêtów.
Wszyscy wstali i wyszli w milczeniu. Dopiero za drzwiami spojrzeli po sobie lekko wylêknionym wzrokiem. Nawet Smith wydawa³ siê byæ oszo³omiony i przestraszony. Ruszyli korytarzem do holu.
– Najwyra¼niej nie zrozumia³ waszych porad o zwolnieniu i pokazaniu siê z lepszej strony – mrukn±³ cicho, kiedy ju¿ trochê oddalili siê od drzwi Norrisa.
– Trzeba go bêdzie przystopowaæ, bo to zdecydowanie bêdzie dzia³aæ na nasz± niekorzy¶æ – potwierdzi³ Rockman, zwalniaj±c ko³o portretu Adalberta Wafflinga i spojrza³ na Lawforda. – Davy... postaraj siê jutro w po³udnie trochê go uspokoiæ. Inaczej wieczorna narada ¼le siê skoñczy. Je¶li chcesz, potem mogê z nim porozmawiaæ...
– Mam wra¿enie, ¿e tym razem bêdê potrzebowa³ twojej pomocy – odpar³ Lawford. – On jest w takim stanie, ¿e za chwilê wy¶le na Pok±tn± Dementorów.
– Stan nadzwyczajny czemu nie, z uwagi na potrzebê zapewnienia spokoju po ostatnich rozruchach. Ale nie co¶ takiego! – dorzuci³ Scott. – Z³agod¼my to do maximum.
Rockman poklepa³ Lawforda po ramieniu, Scott siê do niego przy³±czy³.
– Powodzenia, mój drogi!
Adalbert Waffling wpatrywa³ siê beznamiêtnie gdzie¶ przed siebie, ale kiedy tylko czwórka mê¿czyzn odesz³a, natychmiast uda³ siê do Dumbledora. Ten za¶ po wys³uchaniu go natychmiast przeniós³ siê do swojego portretu w gabinecie dyrektorskim.
– Severusie, wa¿ne wiadomo¶ci – powiedzia³ od razu, siadaj±c wygodnie w swoim fotelu.
Severus przegl±da³ swoje notatki ze spotkañ z trzema kandydatami na stanowisko nauczyciela nowego przedmiotu, który chcia³ wprowadziæ od wrze¶nia w szkole. Natychmiast od³o¿y³ pergaminy i podniós³ g³owê.
– S³ucham, Albusie.
– Adalbert w³a¶nie przekaza³ mi krótk± rozmowê naszych przyjació³. Scott, Smith, Rockman i Lawford wyszli z gabinetu Norrisa i mieli nietêgie miny. Rockman mówi³ Lawfordowi o konieczno¶ci przystopowania kogo¶, mo¿emy siê tylko domy¶laæ, ¿e chodzi³o o Norrisa. Jutro wieczorem maj± jak±¶ naradê. Lawford obawia³ siê, ¿e Norris bêdzie chcia³ wys³aæ dementorów na Pok±tn±. Scott za¶ wspomnia³ o wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego po po ostatnich zamieszkach i o tym, ¿e trzeba za³agodziæ jako¶ ten pomys³.
Severus s³ucha³ w napiêciu. Stan nadzwyczajny i dementorzy na Pok±tnej? On chyba zwariowa³!
– Przypuszczam – ci±gn±³ Dumbledore – ¿e dosz³o do jakich¶ zamieszek, zapewne na Pok±tnej i skoñczy³y siê zdecydowanie niedobrze dla Norrisa.
– Nie wiem, co siê tam mog³o staæ i nie s±dzê, ¿eby by³o rozwa¿nie teraz siê tam pojawiaæ – odpar³ Severus. – Dowiemy siê jutro, je¶li nie z Proroka, to z ¯onglera. Natomiast fakt, ¿e jutro maj± jak±¶ naradê bardzo mnie interesuje...
– Co zamierzasz zrobiæ? – spyta³ Dumbledore.
– Spróbujemy ich pods³uchaæ. Nigdy dot±d nie organizowali narad w ci±gu tygodnia, wiêc z pewno¶ci± to co¶ wa¿nego.
– Zw³aszcza je¶li braæ pod uwagê, ¿e reakcj± Norrisa by³ pomys³ wprowadzenia stanu nadzwyczajnego. Niestety nie wiemy, gdzie i o której.
– Mamy zmieniacz czasu, wiêc to nie ma znaczenia. Bardzo lubi± spotykaæ siê u Lawforda, wiêc zaczniemy od niego. Potem sprawdzimy Bensona i Norrisa. I, je¶li trzeba, resztê. Zaczniemy od szóstej wieczorem.
– To bêdzie bardzo d³ugi wieczór. Domy¶lam siê, ¿e we¼miesz do pomocy pannê Granger?
Severus spojrza³ uwa¿nie na Dumbledora, ale nie doszuka³ siê ¶ladów ironii ani w jego g³osie, ani na jego twarzy. Wzruszy³ ramionami.
– Oczywi¶cie, ¿e tak. Nie muszê ci chyba przypominaæ, ¿e tylko ona wie, jak tak naprawdê u¿ywaæ t± pluskwê.
– Doskonale pamiêtam, ¿e to by³ jej pomys³ i uda³o jej siê przekonaæ ciê do niego – za¶mia³ siê Albus. – Po prostu mam wra¿enie, ¿e dobrze wam siê razem pracuje i bardzo mnie to cieszy.
– Mnie te¿ – odpar³ Severus. – A teraz pozwól, ¿e do niej napiszê, musi siê na jutro przygotowaæ.
Siêgn±³ pod szatê po medalion, wyj±³ pergamin i siêgn±³ po ró¿d¿kê. Z jednej strony cieszy³ siê na to spotkanie, ale jednocze¶nie siê go obawia³, bo nie wiedzia³, czy uda mu siê zachowaæ dystans, który zdecydowa³ sobie narzuciæ.