Smith i Norris osaczaj± Hermionê
¦roda, 2.09
Smith u¶miechn±³ siê szeroko na widok przechwyconej koperty w Hogwartu. Otworzy³ j± szybko, nie wdaj±c siê w tre¶æ odszuka³ datê i godzinê proponowanego spotkania i popatrzy³ na kalendarz. Czwarty wrze¶nia o siedemnastej... To by³ pi±tek.
Natychmiast poszed³ do Norrisa przekazaæ wie¶ci.
Pi±tek, 4.09
Smith wypi³ porz±dny ³yk wielosokowego i odczeka³ chwilê, a¿ do koñca przeistoczy³ siê w Augustusa Millera, dyrektora Szko³y Aurorów. I podszed³ do wielkiej, ¿elaznej bramy. Z drugiej strony zobaczy³ nadchodz±c± Minerwê McGonagall. Opanowa³ zdumienie i przybra³ szeroki u¶miech.
– Droga pani, có¿ za rado¶æ móc pani± zobaczyæ – powiedzia³, ujmuj±c jej rêkê, schylaj±c siê w g³êbokim uk³onie i ca³uj±c delikatnie. – Co za rado¶æ...!
– Dzieñ dobry, Augustusie – odpar³a czarownica, u¶miechaj±c siê mi³o. – Mam nadziejê, ¿e d³ugo pan nie czeka³? Nasz wo¼ny jest trochê chory i ...
I dlatego robisz za pieska na posy³ki tego pieprzonego sukinsyna dokoñczy³ w my¶lach.
– Ale¿ oczywi¶cie, ¿e nie. W³a¶nie przyszed³em. Nie chcê zabieraæ za du¿o czasu dyrektora Snape'a, doskonale rozumiem, ¿e w tej chwili musi mieæ zupe³ne urwanie g³owy. My te¿ zaczêli¶my wczoraj rok szkolny i ledwo da³em sobie radê – trajkota³ w trakcie drogi do zamku. – To chyba z pani domu jest Harry Potter? Proszê mi wierzyæ, prawdziwy geniusz! Czemu nie nale¿y siê dziwiæ, bior±c pod uwagê wszystko, co zrobi³ rok temu!
– Jest wspania³y! – odpar³a kobieta. – Prawdziwy bohater. Ca³y Gryffindor! Och, przepraszam, je¶li by³ pan w innym Domu.
– I pan Wesley! Dwie gwiazdy! – Smith nie odpowiedzia³ na niezadane pytanie i zacz±³ opowiadaæ jakie¶ kompletne bzdury o tym, jak wygl±da³o rozpoczêcie roku.
W trakcie drogi torba osunê³a mu siê z ramienia, wiêc poprosi³ McGonagall o potrzymanie niewielkiej teczki i pieczo³owicie poprawi³ pasek od torby. Gdy doszli do gabinetu Snape'a, Smith zerkn±³ na zegarek. Mia³ jeszcze prawie czterdzie¶ci minut. Napinaj±c odruchowo miê¶nie na my¶l o spotkaniu z tym parszywym sukinsynem przepu¶ci³ McGonagall k³aniaj±c siê g³êboko i wszed³ do ¶rodka.
– Drogi panie kolego! – podszed³ do Snape'a, który na jego widok wsta³ zza biurka. – Witam serdecznie pana dyrektora – za¶mia³ siê ze swojego dowcipu.
Snape nie odpowiedzia³ ¶miechem, ale zwyk³ym powa¿nym spojrzeniem. U¶cisn±³ mu rêkê i wskaza³ fotel.
– Witam, dyrektorze Miller. Proszê spocz±æ.
Smith zauwa¿y³, ¿e McGonagall zosta³a w gabinecie przegl±daj±c pó³ki z ksi±¿kami. Pilnuje go.
– Po pierwsze, bardzo panu dziêkujê za znalezienie dla mnie czasu. W chwili obecnej wolny czas jest na wagê z³ota! Ale do rzeczy, do rzeczy – odchrz±kn±³, od³o¿y³ ró¿d¿kê i siêgn±³ do torby po du¿y notes. – Smith mówi³ mi, ¿e zgodzi³ siê pan wyg³osiæ parê prelekcji u nas... to wspania³a nowina! I ¿e powie mi pan, kiedy dysponuje czasem. Nie ukrywam, chcia³bym jak najszybciej znaæ daty, ¿eby móc dokoñczyæ plan lekcji...
Snape machn±³ ró¿d¿k± na swój kalendarz i parê kartek odwróci³o siê wolno.
– My¶lê, ¿e bêdê móg³ wyg³osiæ piêæ prelekcji – powiedzia³, obracaj±c nastêpne. – Proszê zanotowaæ sobie kilka dat i powiedzieæ mi, które panu najbardziej pasuj±.
Przez chwilê Snape wymienia³ ró¿ne daty, a Smith je zapisywa³. Kiedy dotarli do koñca roku, spojrza³ na Snape'a i u¶miechn±³ siê promiennie.
– Wspaniale! Doprawdy, bardzo panu dziêkujê!
Snape skin±³ g³ow± odpowiadaj±c na podziêkowania.
– Czy ten pañski Smith przekaza³ panu, ¿e proponowa³em mu zmieniæ temat? Ten, który wybra³, nie jest najlepszy. Nie wniesie nic dla pañskich Aurorów, a s± inne, zdecydowanie ciekawsze – powiedzia³.
– Oczywi¶cie, w pe³ni siê z panem zgadzam! – odpar³ Smith, szukaj±c niewielkiej ksi±¿eczki, któr± na t± okazjê przygotowa³. – Te¿ mu to mówi³em! Proszê – poda³ mu j± – tutaj jest lista tematów, które ja proponujê. Proszê mi powiedzieæ, czy s± tu jakie¶, które panu nie odpowiadaj±?
Snape wzi±³ do rêki ksi±¿eczkê z wyczyszczonej, b³yszcz±cej skóry i zacz±³ przegl±daæ parê stronic z tematami. Na który¶ uniós³ lekko brew, ale najwyra¼niej pozosta³e mu pasowa³y, bo w koñcu z³o¿y³ j± i odda³.
– Niech pan skre¶li najbardziej niepopularne zaklêcia. Reszta mo¿e byæ. Proponujê wybraæ kilka z nich, na pierwszym roku pañscy uczniowie maj± zupe³nie inny poziom ni¿ na ostatnim.
Smith bardzo ostro¿nie uj±³ ksi±¿eczkê staraj±c siê trzymaæ za krawêd¼ i schowa³ do torby.
– Ma pan zupe³n± racjê – przyzna³ i wsta³. – Nie bêdê zabiera³ wiêcej pañskiego czasu... No i ja te¿ mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia... Ach, ten pocz±tek roku – westchn±³.
U¶cisnêli sobie rêce i Smith sk³oni³ siê McGonagall.
– Proszê siê nie k³opotaæ odprowadzaniem mnie do bramy, dam sobie radê.
McGonagall podesz³a do niego z jak±¶ ksi±¿k± w rêku.
– To ¿aden problem, Augustusie. Mamy zasadê odprowadzania ka¿dego go¶cia a¿ do bramy. Kto jak kto, ale pan to zrozumie. Nie robimy ¿adnych wyj±tków.
– Oczywi¶cie, oczywi¶cie.
Nie denerwowa³ siê. Mia³ wystarczaj±co du¿o czasu, by daæ siê tej wied¼mie odprowadziæ do bramy i nawet jeszcze dalej. Po prostu chcia³ jak najszybciej udaæ siê do Nigela.
Nigel mia³ w³a¶nie urwanie g³owy. Sta³ w towarzystwie paru innych policjantów i s³ucha³ ich wyja¶nieñ. Gdy zobaczy³ Smitha, machn±³ mu tylko rêk± na powitanie.
– Zostaw mi co masz w moim biurze. Teraz nie mam czasu. Przyjd¼ w poniedzia³ek – zawo³a³ krótko.
– Ale...
Smith nie móg³ dokoñczyæ. Pod posterunek policji zajecha³o w³a¶nie piêæ radiowozów b³yskaj±c ¶wiat³ami i wyj±c. Policjanci wyskoczyli z nich i wbiegli do ¶rodka. Równocze¶nie rozdzwoni³a siê komórka.
– Wy¶lij tam ekipê z jakim¶ negocjatorem – powiedzia³ natychmiast Nigel. – Z paroma. I niech siê nie zbli¿aj± do budynku, na lito¶æ bosk±! Otoczcie ich, ale nie interweniujcie!
Obróci³ siê jeszcze do Smitha i potrz±sn±³ g³ow±.
Smith westchn±³ i poszed³ do biura Nigela. Przesun±³ jakie¶ notatki i po³o¿y³ po ¶rodku plik bia³ych, mugolskich kopert z kawa³kami skóry, szkie³kami i ok³adk± ksi±¿eczki. Na ka¿dej kopercie widnia³y inicja³y. HP, GW, AW, RW, MW, SS, MMc.
Wtorek, 8.09
Nigel wróci³ do pracy dopiero we wtorek. W zasadzie powinien siedzieæ na zwolnieniu lekarskim do koñca tygodnia, ale jak tylko wypisali go ze szpitala, zamiast do domu pojecha³ prosto na komendê.
Tym razem nikt nie poklepywa³ go po ramieniu na powitanie. Mia³ ca³e ramiê na temblaku i owiniêty by³ warstw± banda¿y w poprzek ca³ej piersi. Uniós³ drug± rêkê na powitanie i u¶miechn±³ siê, co mu siê rzadko zdarza³o, do stoj±cej w korytarzu grupy.
– Ten twój dziwny znajomy powiedzia³, ¿e przyjdzie dzi¶ po po³udniu – powiedzia³a pani sier¿ant po krótkiej dyskusji na temat pi±tkowego napadu na pobliski bank z wziêciem zak³adników, leczenia i szpitalnego ¿arcia.
– Dobrze. Mo¿esz zobaczyæ, czy Jacky jest jeszcze na s³u¿bie? – spyta³ Nigel. Jacky by³ specjalist± w analizie odcisków palców.
– Zaczyna dopiero o pierwszej. Przys³aæ go do ciebie?
– Tak. Dziêki, Sandra.
Nigel znalaz³ na biurku koperty Smitha i westchn±³. Zadzwoni³ po Billa, ¿eby przeniós³ odciski na podk³adki i opisa³ je tak, jak na kopertach. Pó³ godziny pó¼niej mia³ ju¿ wszystko gotowe. Sam zaj±³ siê odgruzowywaniem poczty. Kiedy otworzy³ Lotusa, lista nieprzeczytanych maili niemal go przerazi³a. 126 maili?! I oni chcieli, ¿ebym siedzia³ jeszcze kilka dni w domu!
Smith przyszed³ parê minut po czwartej. Zamkn±³ za sob± drzwi i a¿ westchn±³ na widok Nigela w banda¿ach.
– Merli... co ci siê sta³o?!
– Postrzelili mnie w lewy bark w pi±tek. Dwa razy. I oberwa³em od³amkiem – westchn±³ Nigel. – Mia³em szczê¶cie, ¿e kula przesz³a g³adko i wysz³a, zanim siê rozerwa³a. Mo¿emy sobie podaæ rêce, nie?
Smith prychn±³ tylko. Teraz interesowa³ go tylko jeden temat.
– No i jak, wiesz, kto tam by³?
Nigel nieporadnie wyj±³ raport daktyloskopijny i zacz±³ porównywaæ odciski zebrane przez jego ch³opaków i te od Smitha.
– Ten – stukn±³ o³ówkiem. – To jest twój Hewlett Packard.. – Na widok miny Smitha za¶mia³ siê jeszcze raz – Twój pan HP. Ten tu, kobieta. GW. To ta, co bywa do¶æ czêsto. RW nie by³o ju¿ od bardzo, bardzo dawna, ale s± jeszcze jego odciski w niektórych miejscach, choæ kurz na nim le¿y. Ten du¿y, SS, tego jest pe³no. Wszêdzie. To jest ten jej facet. Reszta zupe³nie nie pasuje do tego jednego, co siê ostatnio pojawi³ w salonie.
Smith nie zrozumia³.
– Czekaj, nie odwrotnie? Ten nowy to ten du¿y, a ten drugi to ten, co go nie ma?
– Pl±czesz siê w zeznaniach, Teddy – pokrêci³ g³ow± Nigel. – Popatrz, masz cztery punkty wspólne – obrysowa³ cztery bardzo charakterystyczne fragmenty na du¿ym odcisku palca.
Smith spojrza³ na Nigela zdumiony.
– Chcesz powiedzieæ... ¿e ten facet... SS... on tam czêsto bywa?
– Chcê powiedzieæ, ¿e ten facet tam praktycznie mieszka. Zebrali¶my pe³no jego odcisków w sypialni, w salonie, w ³azience na szczoteczce do zêbów, butelce z ¿elem, butelkach perfum. W kuchni... Wszêdzie.
Smith z wra¿enia otworzy³ usta. Nie móg³ uwierzyæ.
– W sypialni? Co on, do cholery, tam robi... – powiedzia³ bardziej do siebie, ni¿ do Nigela.
– A co siê robi w sypialni, Teddy? S±dz±c po opisie sytuacyjnym, chodz± do ³ó¿ka nie tylko po to, ¿eby spaæ.
Smith stara³ siê zrozumieæ. Snape i Granger chodz± do ³ó¿ka? Sypiaj± ze sob±?! I... Niemo¿liwe!
– Jeste¶ pewien, ¿e siê nie mylisz? To... po prostu niemo¿liwe – wyj±ka³ w koñcu.
– Jestem pewien. Czemu niemo¿liwe?
– Bo z tego, co wiem, to oni siê nie cierpi±.
Nigel zerkn±³ do raportu.
– Wiêc musia³o siê im odwidzieæ. Nawet gdyby za³o¿yæ, ¿e to by³ gwa³t, to nie wiem, jakim cudem nie wywali³aby jego przyborów do golenia, ¿elu czy szczotki do zêbów.
Kurwa, kurwa, kurwa maæ! Peter, i to natychmiast!
Nie wiedzia³ jeszcze, gdzie to odkrycie prowadzi³o, ale wiedzia³, ¿e jest ¼le. Bardzo ¼le. Bardzo, bardzo ¼le!
– Nigel, bardzo ci dziêkujê! Pomog³e¶ mi, nawet nie masz pojêcia jak. Muszê siê natychmiast tym zaj±æ – zerwa³ siê z krzes³a, u¶cisn±³ bole¶nie rêkê Nigelowi i wypad³ na zewn±trz.
Szuka³ byle jakiego zakamarka, ¿eby móc siê deportowaæ. Zaledwie parê jardów dalej zobaczy³ publiczn± toaletê. Nad drzwiami ¶wieci³o siê zielone ¶wiat³o, wiêc wpad³ do ¶rodka tu¿ przed nosem trzech m³odych ch³opaków nios±cych puszki z piwem. I deportowa³ siê przed toalety Ministerstwa.
Jeden z ch³opaków zacz±³ dreptaæ w miejscu i spojrza³ na zegarek.
– Co on, kurna, tam robi? Ju¿ piêæ minut siedzi – mrukn±³ do kumpli.
– Id¼ i odlej siê byle gdzie – odpar³ jeden z nich.
– W³±czy³o siê automatyczne mycie, zaraz stamt±d wyleci, zobaczycie – za¶mia³ siê drugi.
Mycie siê skoñczy³o i pierwszy zacz±³ ju¿ pojêkiwaæ. W koñcu który¶ z jego kumpli nie wytrzyma³. Podszed³ i otworzy³ lekko drzwi, nad którymi na nowo ¶wieci³o siê zielone ¶wiate³ko.
– Przepraszamy pana... bardzo... – zajrza³ do ¶rodka, wpierw dyskretnie, potem zdecydowanie porz±dniej.
W toalecie nikogo nie by³o.
– No i? – jêkn±³ znów pierwszy, zginaj±c siê w pó³ i zaciskaj±c nogi. – Mocz mi zaraz oczami pop³ynie!
– Nie wiem... – odpar³ tamten. – S³uchajcie... nie ma go...
Jego kolega rzuci³ siê gwa³townie do ¶rodka i zacz±³ zdzieraæ z siebie spodnie nim drzwi siê zamknê³y.
– Jak to „nie ma"? – spyta³ trzeci. – Schowa³ siê gdzie¶?
– Nie wiem, gdzie móg³ siê schowaæ... ale wiesz, s³ysza³em, ¿e te automatyczne toalety to maj± taki specjalny tryb mycia, ¿e zapada siê pod³oga i wszystko siê zalewa.
– Pieprzysz – powiedzia³ zdecydowanie jego kumpel, podszed³ do drzwi i zacz±³ w nie waliæ piê¶ci±. – Danny, wy³a¼ stamt±d! Szybko!
Danny wyszed³ po chwili z b³ogim u¶miechem.
– Teraz ju¿ wiem, czemu nazywaj± to drug± w kolejno¶ci przyjemno¶ci± w ¿yciu...
Parêna¶cie minut pó¼niej m³ode ma³¿eñstwo przystanê³o i przygl±da³o siê w zdumieniu trójce m³odych ch³opaków, którzy co jaki¶ czas otwierali drzwi do toalety, zagl±dali do ¶rodka, zamykali je, czekali chwilê i zagl±dali na nowo. Kiedy podeszli bli¿ej, us³yszeli krótk± wymianê zdañ.
– I co, le¿y tam nadal?
– Le¿y. W tym samym miejscu.
– Nie ruszy³a siê? Nie przesunê³a?
– Ani trochê...
Zaniepokojona kobieta zerknê³a na mê¿a i podesz³a jeszcze bli¿ej.
– Przepraszam, mo¿na?
– Niech pani uwa¿a... tam przed chwil± wci±gnê³o do ¶rodka jednego faceta!
– Widzieli¶my, naprawdê!
Kobieta spojrza³a na nich, rzuci³a okiem na butelki po piwie i wesz³a do ¶rodka.
W ¶rodku nikogo nie by³o – a w³a¶nie tego siê obawia³a. Za to dok³adnie po ¶rodku le¿a³a niewielka b³yszcz±ca moneta.
Smith wypad³ jak burza z toalety i poszed³ bardzo szybkim krokiem do wind. Na Poziomie Drugim, w korytarzu prowadz±cym do Norrisa nikogo nie by³o, wiêc równie szybko dopad³ jego gabinetu.
Adalbert popatrzy³ na zamykaj±ce siê drzwi z lekkim zdumieniem. Nie mia³ nawet czasu przyjrzeæ siê dok³adniej minie Smitha, ale Auror z ca³± pewno¶ci± nie szed³ tam jak na ¶ciêcie.
Norrisowi wystarczy³o jedno spojrzenie na twarz Smitha.
– Nie ma mnie. Dla nikogo – powiedzia³ dobitnie do swojej sekretarki i zatrzasn±³ drzwi.
– Mamy j±! – wyrzuci³ z siebie Smith. – Granger. I Snape. S± razem. Mia³e¶ racjê.
Usiad³ bez pytania na fotelu. Nie mia³ ze sob± nawet raportów Nigela. Ale to nie mia³o znaczenia.
– Cholera! – zblad³ Norris i równie¿ usiad³ na fotelu. – Opowiadaj dok³adniej.
– Aurorzy... wiesz, ci mugolscy, od Nigela, weszli w pi±tek do jej mieszkania i zebrali odciski palców. Zgodnie z tym, co mówi±, ka¿dy ma inny – Smith pokaza³ Norrisowi opuszek palca. – Po tym mogli powiedzieæ, kto tam u niej bywa³. I wysz³o im, ¿e Snape bywa tam cholernie czêsto. I co najciekawsze, wiesz, ¿e oni s± razem?
– W³a¶nie to podejrzewa³em! – Norris waln±³ piê¶ci± w biurko. – ¯e co¶ razem kombinuj±!
Smith potrz±sn±³ g³ow±.
– Nie, Peter. To znaczy tak, kombinuj±. Ale mi chodzi o to, ¿e oni s± par±. Sypiaj± ze sob±. On tam praktycznie mieszka.
Norris zdziwi³ siê tak bardzo, ¿e a¿ znieruchomia³. Ale tylko na chwilê.
– Nie wa¿ne, Teddy! Wisi mi, czy siê pieprz±, czy tylko ze sob± dyskutuj±! Najwa¿niejsze, ¿e ze sob± pracuj±! Merlinie, wiesz, co to oznacza?!
Smith by³ tak wstrz±¶niêty odkryciem, ¿e Snape i Granger mog± ze sob± sypiaæ, ¿e nie uda³o mu siê jeszcze zacz±æ my¶leæ, co to tak naprawdê oznacza.
– Peter... S±dzisz, ¿e nas odkryli?! Ale jak fakt, ¿e ze sob± sypiaj±, mo¿e nam zaszkodziæ...?!
Norris zerwa³ siê z fotela.
– Ty idioto, jeszcze nie rozumiesz? Dlaczego posadzili¶my Granger na sto³ku?! Bo bali¶my siê, ¿e siê zorientuje! No wiêc siê zorientowa³a! Nie wiem kiedy, ale jako¶ siê zorientowa³a! Pozby³a siê Wesleya i spiknê³a ze Snapem! Nie wiem, czy przez przypadek w³a¶nie z nim, czy jako¶ dowiedzia³a siê, ¿e jego te¿ siê obawiamy...! Dlatego tak nagle zachcia³o siê jej zdawaæ OWUTEMY! Pewnie to on kaza³ jej za³o¿yæ zabezpieczenia na kominek! Mo¿e to by³a notatka Tylera? Mo¿e on trzyma tego wiêcej?!
– My¶lisz, ¿e wie wszystko?! – zblad³ Smith.
– Nie wiem, czy wszystko! Ale mo¿e to wyja¶nia choæ czê¶æ naszych problemów?! – zawo³a³ Norris, chodz±c nerwowo po ca³ym gabinecie. – Ale to znaczy, ¿e to ona mu pomaga³a! To musia³a byæ ona! Pewnie pod niewidk±, dlatego jej nie widzieli¶my!
– Cholera jasna...! – prawda dotar³a wreszcie do Smitha i poczu³ siê, jakby wpad³ na rozpêdzonego hipogryfa.
Norris z³apa³ siê za g³owê i nadal chodzi³, to w jedn±, to w drug± stronê. Niemal biega³.
– Musimy j± dopa¶æ!
– R±bn±æ j± teraz? Nie mo¿emy jej zabiæ w Ministerstwie, bêdzie o to straszna...
Norris potrz±sn±³ g³ow±.
– Nie, nie tu. Musimy j± gdzie¶ porwaæ i w ten sposób dopadniemy Snape'a! – Norris zatrzyma³ siê w miejscu i odwróci³ do Smitha. – Skoro oni s± razem, mo¿esz byæ pewien, ¿e przybiegnie, jak tylko mu powiemy, ¿e mamy jego pannê...
Smith spojrza³ na zegar. Dochodzi³a pi±ta.
– To szybko! Ona z pewno¶ci± jeszcze siedzi w gabinecie! – zerwa³ siê na równe nogi.
– Czekaj... – przystopowa³ go Norris. – Gdzie j± zabierzemy? Trzeba j± jako¶ ukryæ...
– Obojêtne gdzie! Choæby do mnie. Ju¿ nie raz tak robi³em. Zabiorê jej ró¿d¿kê i rzucê zaklêcia antydeportacyjne, nie wyrwie siê. Imperiusa, cokolwiek! Ona nie mo¿e nam siê wyrwaæ...!
Norris my¶la³ gor±czkowo. To musia³o byæ zrobione z g³ow±.
– Poczekaj. Poczekaj...
Dopad³ biurka, napisa³ co¶ na kawa³ku papieru i smagn±³ ró¿d¿k±. Papier z³o¿y³ siê w samolocik. Norris otworzy³ drzwi i samolocik ¶mign±³ na korytarz. Przymkn±³ drzwi i zwróci³ siê cicho do Smitha.
– Id¼ pod jej biuro. Napisa³em do Aylin, ¿eby sprawdzi³a, gdzie ona jest i wysz³a na korytarz ci powiedzieæ. W ¿adnym wypadku siê tam u niej nie pokazuj... Czekaj! I ka¿ Aylin j± pilnowaæ. Do odwo³ania. Jakby chcia³a wyj¶æ, niech j± r±bnie Imperiusem. A ty przyjd¼ tu, musimy siê namy¶leæ, jak to zrobiæ.
Smith wypad³ z gabinetu i pobieg³ do wind.