Smutna Hermiona przestaje lubiæ Minerwê McGonagall i niechc±cy wsypuje siê przed Ginny
– Tak ma byæ – odpar³, patrz±c na jej kocio³ek. – Zamieszaj teraz trzy razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, odczekaj a¿ wir zniknie i zamieszaj trzy razy w przeciwnym kierunku. I powtórz to dwa razy.
Po mieszaniu dodali oboje po dziesiêæ kropli – ona eliksiru Watkinsa, on ich eliksiru z wczoraj. Zamieszali energicznie i kiedy roztwór zacz±³ wrzeæ, przelali go do szklanych zlewek.
Przez chwilê oboje mieli wra¿enie, ¿e w obu roztwór jest zupe³nie jednolity, w kolorze lekkiego b³êkitu. Czekali w napiêciu parê minut. Potem Hermiona dostrzeg³a w górnej partii co¶ jakby inn± warstwê faluj±c± ³agodnie. Z ka¿d± chwil± widzia³a j± coraz wyra¼niej. Wygl±da³o to, jakby patrzy³a na dwa ró¿ne roztwory, rozdzielone cieniusieñkim szk³em. Cieniutka warstwa na górze mia³a ciemniejszy kolor, grubsza na dole dok³adnie taki, jak eliksir Watkinsa.
Oderwa³a wzrok od swojej zlewki i spojrza³a na zlewkê Severusa. Wygl±da³a dok³adnie tak ¿ chcia³a westchn±æ z ulgi, kiedy za¶wita³o jej w g³owie, ¿e mo¿e co¶ ¼le zrozumia³a... Zanim zaczniesz siê cieszyæ, upewnij siê...
– To znaczy, ¿e pierwotne sk³adniki eliksiru s± ze sob± po³±czone – powiedzia³a wolno i w napiêciu. – Sk±d mo¿emy wiedzieæ, ¿e to tylko po³±czenie... powiedzmy fizyczne, ale nie magiczne?
– Widzê, ¿e mamy w±tpliwo¶ci, tak? – Severus uniós³ brew do góry, ale równocze¶nie siê u¶miechn±³.
On ju¿ wie...
– Ja... – zmiesza³a siê.
– Doskonale ciê rozumiem.
Siêgn±³ po ró¿d¿kê i uderzy³ ni± w powierzchniê roztworu mrucz±c jakie¶ zaklêcie. Ten nagle jakby zmêtnia³, ale kiedy Hermiona przyjrza³a mu siê z bliska, zobaczy³a, ¿e w prze¼roczystej wodzie wiruj± jakie¶ drobiny, które powoli zaczê³y opadaæ na dno. Severus zrobi³ dok³adnie to samo z jej zlewk±, ale prócz tego, ¿e roztwór zawirowa³ i przesta³a widzieæ dwie ró¿ne warstwy, nic innego siê nie sta³o. Kiedy ponownie spojrza³a na zlewkê Severusa, na dole zalega³a ju¿ cienka warstewka drobinek o nieokre¶lonym kolorze.
Severus nadal siê u¶miecha³. Usiad³ wygodnie na krze¶le i skrzy¿owa³ rêce na piersi.
– To – wskaza³ ruchem g³owy swoj± zlewkê – by³a po prostu kolorowa woda. Nie ma w niej ani odrobiny magii, tylko, jak powiedzia³a¶, po³±czone fizycznie ró¿ne sk³adniki. Tak, jakby uwarzyli to mugole. Dlatego, ¿e zabrak³o odpowiedniego sk³adnika wi±¿±cego magicznie pozosta³e. Nie umiem ci powiedzieæ ile eliksirów mi siê nie uda³o z tego powodu. Na pocz±tku ani ja, ani Mistrz u którego praktykowa³em, nie podejrzewali¶my, ¿e co¶ jest nie tak. Ale kiedy odkryli¶my, ¿e eliksiry czy ma¶ci nie dzia³aj±, zaczêli¶my sprawdzaæ, co siê dzieje. Spêdzili¶my tygodnie na rozdzielaniu sk³adników i sprawdzaniu ka¿dego z nich, ale nic nam to nie da³o. Wiêc zaczêli¶my zapisywaæ, które eliksiry nie dzia³a³y i w koñcu, po paru miesi±cach... prawie po roku, uda³o nam siê ustaliæ, ¿e chodzi o te, w których sk³adnikiem ³±cz±cym s± skrzyd³a motyli i ciem. I parê miesiêcy zabra³o nam odkrycie, gdzie le¿y problem. Ju¿ wcze¶niej zaalarmowali¶my innych Mistrzów, ale poniewa¿ nie umieli¶my powiedzieæ, co siê dzieje, to g³ównie my prowadzili¶my badania. I to ja robi³em testy. Kiedy zrozumieli¶my na czym polega problem, tak jak ty chcieli¶my siê upewniæ, ¿e siê nie mylimy. Wynalaz³em wiêc w³asne zaklêcie do sprawdzania, uwarzyli¶my trzydzie¶ci osiem eliksirów zawieraj±cych skrzyd³a motyli lub ciem jako sk³adnik wi±¿±cy i je sprawdzi³em.
Hermiona przypomnia³a sobie list do nowych uczniów.
– I to za to dosta³e¶ Nagrodê Trismegistosa?
Skin±³ g³ow±.
– Poniewa¿ skrzyd³a motyli mo¿na dostaæ bez problemu, po tym odkryciu po prostu wycofano skrzyd³a ciem z obiegu. Powody znaj± tylko Mistrzowie Eliksirów i sta¿y¶ci. Watkins nie ma o tym pojêcia. W¶ród jego sk³adników znalaz³em tylko skrzyd³a motyli.
– To sk±d ty masz æmie?
– To zapasy jeszcze z czasów testów. I nadal ich u¿ywam, kiedy warzê jakie¶ nowe eliksiry ze sk³adnikami ro¶linnymi.
Oboje u¶miechnêli siê i Hermiona poczu³a, jakby kto¶ zdj±³ jej kamieñ z serca.
– I s±dzisz, ¿e inne sk³adniki zareaguj± tak samo?
– Jestem prawie pewien. Ale najlepiej przekonajmy siê sprawdzaj±c je w taki sam sposób.
Sprawdzenie ¿±de³ ¯±dlib±ka i ekskrementów Lunaballa zajê³o im ponad dwie godziny. Istotnie, zapach ju¿ nie by³ taki przyjemny. Tu¿ przed pierwsz± byli akurat w trakcie testowania i nie chcieli przerywaæ, wiêc Severus
wyczarowa³ patronusa i wys³a³ Minerwie wiadomo¶æ, ¿e siê spó¼ni± i przyjd± ko³o drugiej.
Hermiona spojrza³a na b³yszcz±c±, srebrn± ³aniê i poczu³a nag³e przejmuj±ce zimno rozlewaj±ce siê w jej wnêtrzu i ¶ciskaj±ce lodowat± piê¶ci± jej serce.
Lily. On nadal kocha Lily. Kim ty jeste¶ przy niej?
Severus uchyli³ drzwi i ³ania pogalopowa³a d³ugim korytarzem. Dziewczyna wpatrywa³a siê w ni± dot±d, a¿ znik³a. I poczu³a, ¿e tak w³a¶nie znik³y jej nadzieje.
Westchnê³a ciê¿ko, osunê³a siê na sto³ek i wróci³a do mieszania. I nie odczu³a nawet rado¶ci, gdy ostatni roztwór zmêtnia³.
On nigdy nie bêdzie twój.
Podczas obiadu siedzia³a zobojêtnia³a i niechêtnie bra³a udzia³ w dyskusji. Zarówno Severus, jak i Minerwa wziêli to za zmêczenie, z tym, ¿e Minerwa podejrzewa³a równie¿, ¿e dziewczyna mia³a do¶æ jego sarkastycznych komentarzy. Kiedy Severus powiedzia³, ¿e bêdzie mo¿na podmieniæ Watkinsowi jeden ze sk³adników i definitywnie pozbyæ siê problemu, tylko pokiwa³a g³ow±. W³a¶nie zrozumia³a, ¿e z ten sposób odpadnie jeden z nielicznych powodów, dla których siê widywali.
– Czyli skoñczyli¶cie na dzi¶? – spyta³a Minerwa, patrz±c z ukosa na dziewczynê.
– Tak – odpar³ Severus.
– W takim razie po po³udniu mo¿emy skoñczyæ pisaæ listy do nowych uczniów – zaproponowa³a Hermiona.
– Moja droga, s±dzê, ¿e powinna¶ trochê odpocz±æ – powiedzia³a natychmiast Minerwa. – Ja pomogê profesorowi Snape'owi.
Merlinie, proszê, nie!
Hermiona spojrza³a prosz±co w oczy Severusa, ale on tylko potakn±³.
– Zgadzam siê z profesor McGonagall. Wracaj do domu. Jutro bêdê ciê potrzebowa³, ¿eby podmieniæ Watkinsowi skrzyd³a motyli, wiêc lepiej, ¿eby¶ by³a wypoczêta.
– Czemu nie dzi¶? – zaprotestowa³a.
– Severusie, ja te¿ mogê ci pomóc – powiedzia³a równocze¶nie Minerwa.
O Bo¿e, to ju¿ lepiej jutro...
Severus patrza³ chwilê na obie czarownice w milczeniu. Faktycznie, mogli podmieniæ skrzyd³a w Mungu dzi¶, a jutro udaæ siê do Scotta, u którego mieszka³ tymczasowo Watkins. Ale równocze¶nie czu³, ¿e zdecydowanie wola³ i¶æ tam z Hermion±. Szczególnie, ¿e najwyra¼niej co¶ by³o z ni± nie tak.
Udaje, czy tak reaguje na to, ¿e ja udajê? Trochê za dobrze to wygl±da na udawanie...
– Jutro. To musi byæ zrobione tego samego dnia. Nie chcê ryzykowaæ, ¿e Watkins w poniedzia³ek przyniesie do Kliniki sk³adniki z domu – zdecydowa³ w koñcu. – Spotkamy siê jutro o pi±tej i sprawdzimy zapasy, które ma u Scotta, a potem zajmiemy siê Klinik±.
Hermiona odetchnê³a z ulg±. Do koñca obiadu stara³a siê wymy¶liæ jaki¶ wiarygodny pretekst do pozostania w zamku, ale ba³a siê, ¿e profesor McGonagall zacznie co¶ podejrzewaæ. I w koñcu Severus te¿ jej powiedzia³, ¿e ma wracaæ.
No pewnie. Pomog³a¶ mu w warzeniu i teraz ju¿ ciê nie potrzebuje. Ciesz siê, ¿e w ogóle spotykacie siê jutro.
Po obiedzie poszli we troje do jego saloniku, w którym oboje wczoraj pracowali. Poniewa¿ Severus powiedzia³, ¿e ma wzi±æ ze sob± strój ze smoczej skóry (Merlinie, na ca³e szczê¶cie!), nie bawi³a siê w przebieranie, tylko zaczê³a zbiera³a swoje rzeczy i przygotowa³a ¶wistoklik. W tym czasie Severus podszed³ do okna i sta³ w milczeniu za³o¿ywszy rêce, a Minerwa zaczê³a przegl±daæ listy do uczniów.
– Dziêkujê za weekend – powiedzia³a g³ucho Hermiona, podchodz±c do nich.
Minerwa wsta³a i po³o¿y³a jej rêkê na ramieniu.
– To my ci dziêkujemy, moja droga. Odpocznij dzisiaj, zas³u¿y³a¶ na to.
Hermiona u¶miechnê³a siê smutno. W jej marzeniach to nie profesor McGonagall k³ad³a rêkê na jej ramieniu. Jej dotyk by³... nijaki. Prawie wcale go nie czu³a. Jak to mo¿liwe, ¿e najl¿ejsze mu¶niêcie jego d³oni, otarcie siê ich palców rozpala³o w niej ogieñ, za¶ ona mog³a klepaæ j± po ramieniu i nie robi³o to na niej ¿adnego wra¿enia?
Severus stan±³ ko³o niej.
– Dziêkujê za twoj± pomoc, Hermiono.
Zamruga³a oczami i rozejrza³a siê na boki, ukrywaj±c ³zy.
– Do zobaczenia – ostatni rzut oka na jego buty... na nic innego nie by³a w stanie siê zdobyæ, i aktywowa³a ¶wistoklik.
Kiedy znik³a, Severus zacisn±³ piê¶æ i podszed³ do Minerwy. Nie tak sobie wyobra¿a³ po¿egnanie z Hermion±.
– No nareszcie trochê zmiêk³e¶, Severusie – mruknê³a czarownica.
– S³ucham?
– Przynajmniej na po¿egnanie powiedzia³e¶ jej co¶ mi³ego. Wiem, ¿e jest trudno i oboje pewnie jeste¶cie przemêczeni z powodu Norrisa i reszty, ale nie musisz byæ dla niej taki twardy.
Severus przypomnia³ sobie, ¿e faktycznie mówi³ ju¿ do niej przy innych po imieniu. O ile pamiêta³, ona nigdy nie zwróci³a siê do niego przez ty. Cholera, trochê przesadzi³e¶.
Nie mia³ innego wyboru, jak udawaæ, ¿e to z powodu z³ego humoru. Na ca³e szczê¶cie w warczeniu mia³ doskona³± wprawê. Poza tym wcale nie musia³ a¿ tak udawaæ.
– Minerwo, przysz³a¶ tu pomóc mi pisaæ listy, wiêc proponujê, ¿eby¶my siê do nich ograniczyli – powiedzia³ sucho.
Minerwa skinê³a g³ow±.
Hermiona wyl±dowa³a w przedpokoju. Kopniêciem zrzuci³a z nóg swoje buty ze smoczej skóry i kiedy jeden wyl±dowa³ pod drzwiami pokoju go¶cinnego, nie fatygowa³a siê nawet, ¿eby go poprawiæ. Wrzuci³a na pó³kê sanda³y i podobnie obesz³a siê z ubraniami. Po czym rzuci³a siê na kanapê i ukry³a twarz w d³oniach.
Powinna siê cieszyæ, ¿e mog³a spêdziæ z nim choæ pó³tora dnia, ale nie potrafi³a. Mog³a tylko wyobra¿aæ sobie, ze mogliby w³a¶nie siedzieæ w jego saloniku, tu¿ ko³o siebie i rozmawiaæ... Mog³aby jeszcze przez jaki¶ czas patrzeæ na niego, cieszyæ siê jego ¿artami, piæ z nim herbatê os³odzon± jego u¶miechem... Czuæ ulotny zapach jego szamponu czy wody po goleniu... Oddychaæ tym samym powietrzem. Po prostu byæ ko³o niego.
Tymczasem profesor McGonagall ubzdura³a sobie, ¿e ma odpocz±æ i to ona pomo¿e Severusowi pisaæ listy! I w tej chwili to w³a¶nie ona siedzia³a ko³o niego i nawet nie mia³a pojêcia, jak cenna by³a ka¿da chwila spêdzona z nim...
Poczu³a d³awienie w gardle i gor±c± ³zê sp³ywaj±c± po policzku. Nie p³acz, idiotko. Pomy¶l o czym¶ przyjemnym. O NIM.
Si±knê³a nosem i zacisnê³a oczy.
Po raz pierwszy czu³a niechêæ do swojej by³ej profesor. Gdyby tylko nie... Nagle us³ysza³a g³os Ginny, dochodz±cy z kominka.
– Hermiona... Jeste¶ mo¿e w domu?
Zaskoczona, otar³a ³zy i spojrza³a w zielone p³omienie. Ginny widocznie co¶ od niej potrzebowa³a. Bardzo dobrze, choæ przez chwilê pomy¶lisz o czym¶ innym!
Szybko otar³a twarz i zdjê³a zabezpieczenia.
– Jasne, Ginny! – zawo³a³a do przyjació³ki.
G³owa rudow³osej pojawi³a siê w p³omieniach.
– Masz mo¿e co¶ na ból g³owy? Ju¿ mi trochê przesz³o, ale nie do koñca...
– Jasne, chod¼.
Ginny wesz³a przez kominek i p³omienie znik³y. Hermiona posz³a do apteczki, któr± mia³a w ³azience, wiêc Ginny usiad³a na kanapie. Popatrzy³a dziwnym wzrokiem na buta le¿±cego niedaleko, drugiego stoj±cego krzywo po ¶rodku przedpokoju i wzruszy³a ramionami.
Hermiona przynios³a jej fiolkê z eliksirem.
– Wypij wszystko. Jest mocny, nied³ugo powinno ci przej¶æ zupe³nie.
– Wysz³y mi wszystkie smocze ³uski – wyja¶ni³a przepraszaj±co ruda i wypi³a duszkiem ca³± zawarto¶æ fiolki. – W poniedzia³ek pójdê po nie i ci przyniosê.
– Nie przejmuj siê, mam tego trochê – wzruszy³a ramionami Hermiona.
Przesz³y do kuchni i dziewczyna zrobi³a im obu herbatê. Ginny trzyma³a siê jeszcze trochê za g³owê i milcza³a.
– Gdzie Harry? – spyta³a Hermiona, stawiaj±c przed ni± szklankê. – We¼ do tego du¿o cytryny to eliksir szybciej zadzia³a.
– Poszed³ na marsz protestacyjny. Ja te¿ bym posz³a, ale rano my¶la³am, ¿e zwariujê, tak mnie bola³o.
– Cholerny rz±d – mruknê³a pod nosem.
– A ty dopiero co wróci³a¶, co? – Ginny machnê³a rêk± w kierunku porozwalanych butów.
Hermiona skinê³a g³ow± i nasypa³a cukru do szklanki.
– W zesz³y weekend te¿ ciê nie by³o – doda³a Ginny.
W zesz³y weekend byli we Francji. I by³o zdecydowanie lepiej. Przypomnia³a sobie ich poranno-wieczorny wypad w góry i u¶miechnê³a siê w duchu. Ale nie mog³a o tym mówiæ.
– Ginny, to nie jest temat do dyskusji – zaprzeczy³a.
Ginny podnios³a g³owê zdziwiona i po chwili zaskoczy³a.
– Acha, to by³a¶ gdzie¶ ze Snapem? Warzyli¶cie co¶? – zerknê³a na buty.
Przecie¿... cholera, skup siê, idiotko!
– Zmieñmy temat, dobrze?
– Co¶ wam nie posz³o... s±dz±c po twojej minie.
– Jestem zmêczona i tyle – Hermiona wsta³a i zaczê³a szukaæ byle czego do jedzenia, byle móc odwróciæ siê na chwilê.
Ginny chwilê waha³a siê, ale w koñcu jej ciekawo¶æ zwyciê¿y³a.
– Miona... nie chcê, ¿eby¶ mi opowiada³a CO robicie, ale powiedz, jak ci siê z nim pracuje?
Hermiona znalaz³a jak±¶ paczkê z ciastkami z czekoladow± polew± i wróci³a do sto³u.
Jak mi siê z nim pracuje...? Na samo wspomnienie ogarnê³a j± b³ogo¶æ.
– Wspaniale! Naprawdê. Wiem, ¿e trudno innym w to uwierzyæ, ale... – u¶miechnê³a siê patrz±c gdzie¶ na stó³ i przypominaj±c ró¿ne chwile z tego weekendu. – Jest cierpliwy i cudownie t³umaczy. Odpowiada na ka¿de pytanie... Wszystko, co mówi jest takie... takie proste, logiczne... Genialne! I... – nie mog³a powiedzieæ o tych najpiêkniejszych chwilach, wiêc potrz±snê³a g³ow±. – Poza tym czasem ¿artuje... i u¶miecha siê... Naprawdê! Wiêc nie bój siê, ¿e spêdzam ca³e dnie z kim¶, kto tylko na mnie warczy.
Ginny patrzy³a na przyjació³kê bez ma³a w szoku. Oczywi¶cie umia³a sobie wyobraziæ, ¿e Snape mo¿e co¶ dobrze t³umaczyæ, czy ¿e nie jest sparali¿owany i potrafi siê u¶miechn±æ, ale sposób, w jaki Hermiona o nim mówi³a... jej ton g³osu, u¶miech...
– Chcesz powiedzieæ, ¿e on ciê uczy na przysz³y rok?
Hermiona potrzebowa³a paru sekund, ¿eby zrozumieæ o co jej chodzi. B³yskawicznie zdecydowa³a siê powiedzieæ prawdê.
– Nie, to co¶ innego. Przecie¿ to niemo¿liwe, ¿eby sam dyrektor przygotowywa³ mnie do egzaminów, które bêdê zdawaæ w jego szkole.
– I jeszcze d³ugo zamierzacie... ze sob± pracowaæ?
Czas by³o zakoñczyæ t± dyskusjê. Hermiona poda³a przyjació³ce ciastko i wziê³a drugie dla siebie.
– Ginny, zmieñmy temat. Mówiê powa¿nie. I lepiej, ¿eby¶ nie rozmawia³a o tym z Harry'm.
Rudow³osa zaczê³a opowiadaæ o odmianach zaklêcia czesz±cego do robienia eleganckich fryzur i Hermiona przypomnia³a sobie, jak dzi¶ rano Severus wi±za³ jej w³osy i westchnê³a cichutko.
Po skoñczeniu herbaty Ginny wróci³a do domu i Hermiona zosta³a sama. Niechêtnie pouk³ada³a buty i ubranie i zaczê³a gotowaæ co¶ do jedzenia na jutrzejszy dzieñ. Kiedy koñczy³a sma¿yæ kotleta, którego postanowi³a w³o¿yæ do chleba zamiast szynki, poczu³a, jak pier¶cionek zrobi³ siê ciep³y.
Rzuci³a gdzie¶ na bok rêkawicê kuchenn±, jednym szybkim ruchem zgasi³a gaz pod patelni± i pospiesznie wyjê³a pergamin.
– Skoñczyli¶my pisaæ listy, jutro zostan± wys³ane. Jak siê czujesz?
Co¶ w niej podskoczy³o z rado¶ci na widok znajomego pisma.
– Dobrze. Cieszê siê, ¿e profesor McGonagall ci pomog³a.
– W czasie obiadu wyra¼nie nie by³a¶ w formie.
Ach, to o to mu chodzi... Gdyby¶ tylko wiedzia³, jak siê czujê...
Przez chwilê Hermiona nie wiedzia³a, co mo¿e odpisaæ. I postanowi³a uwa¿aæ, kiedy stuka ró¿d¿k±. Niektórych jej przemy¶leñ zdecydowanie nie powinien ogl±daæ.
– Nic takiego. Nic mi nie jest. I dziêkujê za troskê.
– Odpocznij dzi¶. Po³ó¿ siê wcze¶nie spaæ. Zobaczymy siê jutro.
To by³ w³a¶nie jej promyk nadziei. ¯e zobaczy go jutro.
– Obiecujê, pójdê wcze¶nie spaæ. Ty te¿ powiniene¶ odpocz±æ.
– Do jutra. Dobranoc, Hermiono.
– Dobranoc, Severusie.
Dobranoc, najmilszy...
Przycisnê³a pergamin do ust. Severusie...
Zacisnê³a oczy, ¿eby nie widzieæ, jak znikaj± litery pisane jego charakterem pisma. Merlinie, b³agam, pomó¿, zrób co¶...