Charles Patil odchodzi na emeryture, ale zanim odejdzie..
– Ten wasz Premier najwyra¼niej bardzo du¿o mo¿e – powiedzia³ Severus, mieszaj±c cukier. – Masz mleko?
Dziewczyna poda³a mu mugolsk± ¶mietankê do kawy.
– Faktycznie, kazaæ zorganizowaæ manewry z wyprzedzeniem... Nie znam go zupe³nie, ale wydaje mi siê, ¿e jest podobny do francuskiego Ministra magii – stwierdzi³a. – Ciekawe, czy Charles Chevalier mia³by na tyle w³adzy, ¿eby przyspieszyæ zorganizowanie na przyk³ad Turnieju Trójmagicznego, gdyby odbywa³ siê on we Francji.
– Mogê sobie tylko wyobraziæ ogrom takiego przedsiêwziêcia – pokrêci³ g³ow± Severus.
Hermiona wyci±gnê³a przyprawy i miêso i zaczê³a przygotowywaæ jutrzejsz± kolacjê. Zeszli na rozmowê o Francuzach i doszli do ich propozycji ochraniania rodziców Hermiony i jej samej.
– Postaram siê skontaktowaæ z Ricky'm, ¿eby przekaza³ Jean Jacquesowi wiadomo¶æ o Rathlin Island – zaproponowa³a. – Najlepiej po pi±tku. Bojê siê, ¿e zanim pójdê wreszcie na urlop, Rockman wci¶nie mi dodatkow± robotê.
– Bardzo dobrze, ¿e wreszcie bêdziesz mia³a wolny czas – Severus spojrza³ na nogê, której co¶ dotknê³o i dostrzeg³ Krzywo³apa, który przyszed³ siê o niego poocieraæ. – Koniecznie trzeba zaj±æ siê twoimi rodzicami.
– Boisz siê, ¿e Norris uzna obecn± sytuacjê za „koniec"? To raczej powrót do punktu zero – prychnê³a dziewczyna.
– Po pierwsze oni s± przekonani, ¿e ich eliksir antykoncepcyjny dzia³a, wiêc dla nich to nie jest punkt zero – zaprzeczy³. – Od przysz³ego tygodnia nauczyciele wracaj± do Hogwartu i nikt nie powinien ciê tam widzieæ, wiêc lepiej, ¿eby¶my siê spotykali u ciebie albo w Spinner's End.
Hermionie to by³o bardzo na rêkê. Nie musieæ siê przed nikim kryæ i mieæ go tylko dla siebie... hmmm... Schowa³a do lodówki przyprawione miêso i umy³a rêce. Gdy obróci³a siê do niego i opar³a o ¶cianê, musia³a mieæ jednoznaczn± minê, bo Severus natychmiast zgad³ o czym my¶la³a.
– W zesz³y pi±tek Minerwa powiedzia³a mi, ¿e zauwa¿y³a, ¿e co¶ do mnie czujesz – powiedzia³ trochê rozbawiony, podchodz±c do niej. – S±dzê, ¿e po sobocie domy¶li³a siê, ¿e to dzia³a w obie strony. Bêdê musia³ jej to jako¶ powiedzieæ...
– Chyba nie musisz siê przed ni± t³umaczyæ?
– Oczywi¶cie, ¿e nie muszê. Ale chcê. Wiele jej zawdziêczam, szczególnie ostatnimi czasy. Pomaga nam obojgu, wiêc to chyba normalne, ¿e wie, co siê dzieje – siêgn±³ rêk± ku jej twarzy i pog³aska³ po policzku.
Hermiona wtuli³a siê w jego d³oñ zamykaj±c oczy.
– Czy to znaczy, ¿e ja bêdê mog³a porozmawiaæ z rodzicami?
Severus spojrza³ na ni± z namys³em. Stawali siê par± coraz bardziej. Nie mogli tego okazaæ ¶wiatu, ale wyra¼nie mieli na to ochotê. Min±³ ju¿ etap... uwodzenia i sprawdzania, czy do siebie pasuj±. Przeszli za du¿o, ¿eby mieæ jakie¶ w±tpliwo¶ci. Teraz ju¿ naprawdê byli razem. Obawia³ siê jednak, ¿e rodzice Hermiony bêd± mieli o wiele wiêcej zastrze¿eñ do ich zwi±zku ni¿ Minerwa.
– Je¶li tylko chcesz – odpar³ cicho
Przesta³ j± g³askaæ, wiêc otworzy³a oczy.
Patrza³ na ni± w taki sposób, ¿e... ¿e mia³a wra¿enie, jakby zabrak³o nagle powietrza. Jakby zblad³y kolory wszystkiego dooko³a z wyj±tkiem niego. Jego oczy przesunê³y siê po jej ustach, szyi i zrobi³o siê jej nagle gor±co.
Delikatnie uj±³ jej twarz i przechyli³ siê ku niej, wiêc post±pi³a krok do przodu, by przylgn±æ do niego i poczu³a jego usta na swoich. Z pocz±tku ociera³y siê o jej wargi ³agodnymi mu¶niêciami, jego rêce g³aska³y jej kark i ramiona, ale po krótkiej chwili ich poca³unek sta³ siê o wiele bardziej intensywny. Westchnê³a, gdy przygarn±³ j± mocniej i pog³êbi³ go jeszcze bardziej. Ich oddechy przyspieszy³y, gdy ca³owali siê coraz gorêcej, ale gdy tylko rozchyli³a wargi by nabraæ powietrza, Severus przesun±³ po nich jêzykiem, rozchyli³ je i zanurzy³ go g³êbiej, a¿ jêknê³a i zacz±³ poznawaæ ciep³e i wilgotne wnêtrze jej ust, racz±c siê jej s³odycz±, upijaj±c siê jej westchnieniami. Odpowiedzia³a mu namiêtnie i ju¿ po chwili ich jêzyki pie¶ci³y siê, ogarniête mi³osnym uniesieniem.
Hermiona wspiê³a siê na czubki palców byle tylko byæ bli¿ej niego, bli¿ej jego ust i d³oni i zadr¿a³a, gdy przygryz³ lekko jej wargê, ale natychmiast wpi³a siê w niego szukaj±c gor±czkowo oddechu, którego jej brak³o, smaku kawy i whisky, szukaj±c oparcia...
Z piersi wyrwa³ mu siê cichy pomruk, gdy zrozumia³, ¿e chcia³a go tak bardzo, jak on chcia³ jej i zacz±³ ca³owaæ j± ¿arliwie, ¿±daj±c, by pokaza³a mu ustami, jêzykiem, zêbami, jak bardzo go kocha³a, jak bardzo go pragnê³a. Jego poca³unki sta³y siê dzikie, pe³ne ognia, gwa³towne i domaga³y siê wzajemno¶ci, poddania siê ca³kowicie jemu i tylko jemu. A Hermiona o niczym innym nie marzy³a.
By³a w tym jaka¶ si³a, magia, której nie sposób by³o zaprzeczyæ. Powietrze wokó³ sta³o siê ciê¿kie i elektryczne od ich pragnienia, od ich westchnieñ i jêków, pró¶b i obietnic sk³adanych coraz bardziej urywanym oddechem, coraz namiêtniejszym dotykiem, pieszczot±. Co¶ ros³o w niej, pêcznia³o i chcia³a jeszcze, wiêcej... jego rêce by³y wszêdzie, wpl±tane we w³osy, pieszcz±ce kark, poznaj±ce krzywiznê pleców... jego usta znaczy³y wilgotne ¶lady na jej uchu, szyi...
Czu³a, ¿e p³onê³a ca³a coraz bardziej od jego dotyku, poca³unków i pomruków. Odchyla³ do ty³u biodra, wiêc wygiê³a siê ku niemu, ca³ym cia³em b³agaj±c o to, by nie przerywa³, unios³a siê jeszcze bardziej na palcach i poda³a mu rozchylone w niemym zaproszeniu usta. Severus wpi³ siê w nie natychmiast, ich jêzyki splot³y siê na nowo i zaczê³y siê kochaæ coraz namiêtniej, jakby chcia³y wykrzyczeæ ich uczucia.
Nogi zaczê³y dr¿eæ jej z wysi³ku, gdy stara³a siê utrzymaæ jeszcze trochê na palcach, by byæ bli¿ej niego. W g³owie szumia³o jej, ich westchnienia miesza³y siê z coraz g³o¶niejszymi, krótkimi oddechami... nie mia³a ju¿ si³y, nie mog³a ju¿ ustaæ, ale chcia³a wiêcej; wiêcej jego, wiêcej jego ust, wiêcej jego dotyku, wiêcej powietrza... Ca³a trzês³a siê, nie wiedzieæ czy z pragnienia, czy z wysi³ku, ale nie mog³a, nie potrafi³a, nie chcia³a tego przerwaæ, mog³a siê udusiæ, ale chcia³a go nadal, choæ chwilê, choæ jeszcze troszkê, jeszcze...!
Zakrêci³o siê jej w g³owie, rozdygotane nogi za³ama³y siê i z g³o¶nym jêkiem osunê³a siê i zach³ysnê³a siê powietrzem.
Severus pochwyci³ j± mocno, pomóg³ ustaæ i opar³ rozpalony policzek o jej g³owê. Przez chwilê oboje ³apali powietrze krótkimi, ³apczywymi haustami, usi³uj±c uspokoiæ oszala³e bicie serc.
– Przepraszam – szepn±³ w jej w³osy.
– Nie... – Hermiona zacisnê³a rêce na jego ramionach. – Nie prze... praszaj... Toby³o...
– Ciiiii...
Zacz±³ g³askaæ j± po w³osach staraj±c siê odzyskaæ zmys³y.
– ... cudowne!
Zacisn±³ oczy, ¿eby siê opanowaæ. Móg³by ca³owaæ j± wiecznie. Mia³ wra¿enie, ¿e nie potrzebowa³ niczego innego. Nie potrzebowa³ ani ¶wiat³a dnia, ani nocy, ani jedzenia, ani picia, ani spania... tylko jej.
Ale musia³ siê pohamowaæ.
– Ciiii...
Dopiero po kilku minutach rozkoszowania siê ni± w swoich ramionach odsun±³ siê i poca³owa³ bardzo delikatnie w czo³o.
– Czas ju¿ na mnie.
Hermiona u¶miechnê³a siê, poci±gnê³a jego g³owê ku sobie i musnê³a ustami czubek jego nosa.
– Wiêc dobranoc.
– Dobranoc, Hermiono.
Kiedy Severus ¶wisn±³ do Hogwartu, Hermiona osunê³a siê po ¶cianie na pod³ogê i jeszcze przez d³uga chwilê siedzia³a nadal pijana rozkosz±, podnieceniem, szczê¶ciem i ca³a roztrzêsiona.
Potem jakim¶ cudem wsta³a, uda³o siê jej wstawiæ jego fili¿ankê do zlewu nie t³uk±c jej i posz³a prosto do ³ó¿ka.
Próbowa³a przestaæ my¶leæ o tym, jak móg³by skoñczyæ siê dzisiejszy wieczór, wiêc zmusi³a siê do wrócenia my¶lami do ich rozmowy. Przez jaki¶ czas wizje mugolskiego wojska miesza³y siê z marzeniami o jego d³oniach zdzieraj±cych z niej ubranie, ¶wiadomo¶æ, ¿e szko³a na Rathlin to ju¿ przesz³o¶æ ze wspomnieniami jego poca³unków i pieszczot, ale w koñcu uda³o siê jej uspokoiæ.
Odnalaz³a na nowo ulotne wra¿enie, ¿e powinna co¶ dzi¶ dostrzec, zrozumieæ. By³o co¶, co zwróci³o jej uwagê, przez umys³ przemknê³a jaka¶ my¶l, ale nie umia³a jej uchwyciæ. Zaczê³a wiêc powoli przypominaæ sobie ca³± rozmowê z ojcem i pó¼niejsz±, z Severusem.
Wtuli³a siê w poduszkê, któr± od jakiego¶ czasu zaczê³a uosabiaæ z nim i spogl±da³a niewidz±cym wzrokiem w sufit, na którym pe³ga³y cienie rzucane przez ga³êzie drzew za oknem, pod¶wietlonych poblisk± lamp±. I wreszcie znalaz³a.
Charles Chevalier – francuski Minister zaproponowa³ jej pomoc przy ukryciu jej rodziców. I dzi¶ zastanawiali siê, czy ma taki sam zakres w³adzy, jak mugolski premier.
Pytanie uformowa³o siê jej w g³owie samo: czy mugolski premier móg³by jej pomóc?! W ten sposób jej rodzice mogliby przynajmniej pozostaæ w Anglii.
Zasypia³a ju¿, kiedy przysz³o jej do g³owy jeszcze jedno pytanie. Jak znale¼æ doj¶cie do Premiera Mugoli?
Pi±tek, 7.08
W Proroku ukaza³a siê odpowied¼ Kingsleya na kolejny protest Francuzów dotycz±cy zamkniêcia granic. Zgodnie z tym, co przekaza³ Hermionie Ricky, francuski Minister Magii postanowi³ zdj±æ bawe³niane rêkawiczki. Hermiona mia³a raczej ochotê powiedzieæ, ¿e Charles Chevalier wzi±³ przyk³ad z Severusa.
„Od lat u mugoli dziej± siê ró¿ne rzeczy, ale nigdy do tej pory nie stanowi³y one powodu do takiej reakcji. Czy¿by by³ to tylko pretekst do ograniczenia swobód obywatelskich ca³ej czarodziejskiej spo³eczno¶ci mieszkaj±cej w Wielkiej Brytanii?"
Kingsley zareagowa³ bardzo mocno na sugestiê Francuzów.
„Francuski Minister Magii wyra¼nie wtr±ca siê w sprawy, które go zupe³nie nie dotycz± i czyni to w nad wyraz arogancki sposób. Chwilowo uznajê, ¿e ton wypowiedzi Charlesa Chevalier wynika z braku do¶wiadczenia i obycia politycznego i proponujê, ¿eby szybko nadrobi³ te braki i w przysz³o¶ci by³ bardziej pow¶ci±gliwy."
Hermiona przeczyta³a Proroka i unios³a oczy do góry. Biedny Kingsley. Tak wiele zrobi³ dobrego, a teraz proszê, co go spotyka... Jak os±dz± go kiedy¶ ludzie po tym wszystkim?
Od³o¿y³a gazetê i wróci³a do pracy. Przed pój¶ciem na urlop mia³a masê rzeczy do za³atwienia.
By³a ju¿ trzecia po po³udniu, kiedy kto¶ zastuka³ do gabinetu Rockmana. Aylin, która z konieczno¶ci wróci³a do ³ask, zawo³a³a „proszê!" i po chwili zaczê³a cicho z kim¶ rozmawiaæ.
Hermiona nie zwraca³a za bardzo uwagi, co siê dzieje w biurze Aylin, ale kiedy us³ysza³a wyra¼niej mêski g³os kogo¶ wyra¼nie starszego, odnios³a wra¿enie, ¿e z kim¶ jej siê kojarzy. Podnios³a g³owê i zerknê³a przez otwarte drzwi.
I zobaczy³a starszego pana o ciemnej cerze, mocno posiwia³ych czarnych w³osach i równie szpakowatej, krótkiej bródce, ubranego w fioletow± szatê. Nie musia³a widzieæ du¿ych, czarnych oczu czy gêstych, czarnych brwi, ¿eby poznaæ pana Patil, który sta³ przy biurku Aylin, ob³adowany jakimi¶ kolorowymi pude³kami, torbami i torebeczkami i lewitowa³ w³a¶nie tacê z ciastkami.
– ... to bardzo mi³e z pani strony – powiedzia³, obracaj±c siê praktycznie ty³em do Hermiony. – Ale skoro nie ma pana Rockmana, to mo¿e zostawiê mu jakie¶ ciastka, bêdzie mia³ na pó¼niej.
– To raczej z pañskiej strony bardzo mi³o – odpar³a Aylin, u¶miechaj±c siê rado¶nie.
– Mo¿e pani podaæ mi jaki¶ talerzyk? – starszy pan opu¶ci³ wolno tacê na biurko Aylin.
Blondynka wsta³a i wesz³a na chwilkê do gabinetu Rockmana, który na stoliku do kawy i herbaty zawsze mia³ choæby jeden spodeczek.
Pan Patil energicznym ruchem ró¿d¿ki przes³a³ jedno z pude³ek do biura Hermiony, spojrza³ na ni± krótko przyk³adaj±c palec do ust i natychmiast odwróci³ siê do niej ty³em. Kiedy Aylin wróci³a z dwoma talerzykami, u¶miechn±³ siê do niej czaruj±co.
– Cudownie, cudownie... dam panu Rockmanowi tartê z jab³kami, a dla pani to czekoladowe. Wszyscy mi mówi±, ¿e jest najlepsze. No i bita ¶mietana jest dietetyczna – mrugn±³ do niej okiem. – Zamówi³em je specjalnie dla kobiet...
Aylin wybuchnê³a ¶miechem i podziêkowa³a wylewnie za ciastko, uca³owa³a starszego pana i odprowadzi³a do drzwi. Kiedy wróci³a, przesz³a tu¿ ko³o drzwi do biura Hermiony.
– Ach! Jaka z niego gapa! Zupe³nie nie pomy¶la³ o tobie!
Hermiona mia³a wystarczaj±co du¿o czasu, ¿eby schowaæ niewielkie pude³ko w swojej szufladzie. Podnios³a g³owê znad stosu papierów, które uk³ada³a na dwie ró¿ne kupki i zmarszczy³a brwi.
– Ten facet co tu by³? – spojrza³a na dwa talerzyki z ciastkami i wzruszy³a ramionami. – Nie przepadam za ciastkami. Od tego robi± siê dziury w zêbach. A swoj± drog± kto to by³?
– Charles Patil. Taki czarodziej czystej krwi. W³a¶nie dzi¶ przechodzi na emeryturê i chodzi po biurach i ¿egna siê ze wszystkimi – wyja¶ni³a Aylin tonem takim trochê „±" „ê", daj±c wyra¼nie do zrozumienia Hermionie, ¿e widaæ nie zalicza siê do „wszystkich".
Hermiona uda³a, ¿e zastanawia siê chwilê.
– Nie wiem... nie znam, wiêc ¿adna strata.
Aylin spojrza³a na ni± z pob³a¿aniem.
– S±dzisz, ¿e Tyler bêdzie lubi³ to ciasto? Jest jakie¶ takie p³askie...
– Pojêcia nie mam, nigdy nie mieli¶my... okazji... rozmawiaæ o jedzeniu – odpar³a, w ostatniej chwili gryz±c siê w jêzyk i mówi±c „okazji" zamiast „czasu".
Blondynka u¶miechnê³a siê tym razem z wy¿szo¶ci± i wróci³a do swojego biura.
Mia³a¶ inn± minê, kiedy dosta³a¶ wyjca z Grecji...
Wkrótce Aylin wysz³a, wiêc szybko odsunê³a szufladê biurka i otworzy³a pude³eczko. W ¶rodku by³y dwa mniejsze i krótki li¶cik zupe³nie bez sensu. Hermiona rzuci³a szybko zaklêcie ujawniaj±ce, to samo, które u¿y³a poprzednim razem.
Na krótko pojawi³y siê inne litery.
„To s± dwa przetestowane transportery. Zostawi³em w Departamencie ich repliki, które zepsu³em. W razie potrzeby, mo¿e pani zostawiæ mi list adresowany „do Ancymona" u barmana Toma. Powodzenia, panno Granger."
Po chwili litery znik³y i na kartce widnia³ tylko tekst „Ciastka czekoladowe i orzechowe dla Departamentu Populacji – 3 sztuki dietetycznych".
Hermiona u¶miechnê³a siê triumfalnie. To by³y remportery, o których mówi³ Jean Jacques!
Otworzy³a magiczn± skrytkê w koszuli i schowa³a tam oba pude³eczka. Machniêciem ró¿d¿ki pozby³a siê pude³ka i spojrza³a na zegarek. Czwarta dwana¶cie.
O siódmej wieczorem by³a umówiona z Severusem. Merlinie, koñcz segregowanie pism jak najszybciej i zmykaj do domu, zanim Rockman wróci i co¶ wymy¶li!
.
Rockmana nie by³o z ca³kiem prostego powodu. Siedzia³ w gabinecie Norrisa z Lawfordem i Watkinsem. Sobotnie spotkanie zosta³o anulowane. Benson i Scott byli na urlopach, z czego Scott gdzie¶ wyjecha³ i nie móg³by w nim uczestniczyæ, Smith le¿a³ w domu dogl±dany codziennie przez Uzdrowicieli, Stone znów zapowiedzia³, ¿e w weekend go nie bêdzie... O wiele pro¶ciej by³o po prostu spotkaæ siê w pi±tek.
Norris wzi±³ na siebie wyja¶nienie sprawy Snape'a i Rathlin Island. Zgodnie z teoryjk±, któr± wymy¶li³ sam, na Rathlin dosz³o do katastrofy budowlanej. Przecie¿ tu¿ przed rozpoczêciem roku szkolnego mia³ siê zawaliæ dach... no wiêc wyja¶ni³ os³upia³emu Rockmanowi i Watkinsowi, ¿e polecia³ nie tylko dach, ale i ca³a pó³nocna ¶ciana, zabijaj±c niestety na miejscu wszystkich pracuj±cych tam robotników. Najwyra¼niej zaprawa spajaj±ca kamienie musia³a byæ powa¿nie uszkodzona z powodu wilgoci i nie wytrzyma³a remontu.
– Ca³e szczê¶cie, ¿e polecia³o to teraz, a nie w trakcie wizyty reporterów! – stwierdzi³ z westchnieniem ulgi Rockman i wypi³ do koñca Ognist± Whisky.
Norris spojrza³ na niego ze zdumieniem.
– Przejmujesz siê Lovegoodem i innymi...?
– Nie, ale przecie¿ WY te¿ by¶cie tam byli! I dzi¶ by¶my pewnie uczestniczyli w pogrzebie!
Lawford spu¶ci³ wzrok na swoje buty. Nawet nie wiesz, ¿e ten pogrzeb min±³ ciê o w³os. Dos³ownie o w³os. Szczególnie pogrzeb jednego z nas. Zdaniem Uzdrowicieli, gdyby wezwa³ ich do Smitha minutê pó¼niej, by³oby ju¿ za pó¼no. I nawet on nie wiedzia³, ¿e gdyby Smith broni³ siê jeszcze minutê d³u¿ej, dzi¶ Rockman by³by na pogrzebie swojej by³ej asystentki.
Norris uda³, ¿e porazi³o go zrozumienie.
– Merlinie, Tyler, masz racjê! Mieli¶my szczê¶cie!
– A co ze Snapem? – spyta³ Watkins g³osem, który wskazywa³, ¿e jego nic nie porazi³o.
– Ach, Snape. No wiêc Snape ma psa, takiego niewielkiego czarnego kundla. I Teddy mia³ pecha i kiedy przywo³a³ w³osy, wzi±³ te od psa... – pokrêci³ g³ow± Norris. – Niestety przemieni³ siê ko³o ¿³obka i dopad³y go jakie¶ dzikie psy i strasznie pogryz³y i podrapa³y... Teraz kuruje siê w domu i minie trochê czasu, zanim wróci do siebie.
Rockman i Watkins dos³ownie zbaranieli i spojrzeli po sobie dziwnym wzrokiem.
– Przemieni³ siê w psa...?! David, jeste¶ bli¿ej... we¼ mi nalej jeszcze trochê – Rockman poda³ szklaneczkê Lawfordowi. – Merlinie, to musia³o byæ... on musi byæ teraz w szoku!
Nalewaj±c du¿± dozê whisky Lawford obróci³ siê ty³em do wszystkich i móg³ siê wykrzywiæ wspominaj±c tamto popo³udnie. Istotnie, Smith by³ w szoku. Poza tym nic nie pasowa³o. Próbowa³ wyperswadowaæ t± historyjkê Peterowi mówi±c, ¿e przecie¿ kto¶ móg³ ich widzieæ w ¶rodê wieczorem w Ministerstwie, ale Peter siê upar³.
– Mam przyszykowaæ wam kolejn± porcjê wielosokowego? – spyta³ Watkins.
– Nie, na razie nie – zaprzeczy³ Norris. – Nie mo¿emy ju¿ siê do Snape'a dostaæ nie wzbudzaj±c podejrzeñ. No wiêc s±dzê, ¿e nale¿y na jaki¶ czas daæ mu spokój. Pewnie przestanie drzeæ mordê, kiedy zobaczy, ¿e szko³a nie zostanie otwarta... No i poza tym Snape nie jest mugolem...
– Jak kto¶ czystej krwi mo¿e mieæ tak± przesz³o¶æ – stwierdzi³ filozoficznie Watkins.
– On jest pó³krwi – poprawi³ go Lawford.
– Pó³krwi...? A ja my¶la³em, ¿e czystej. Wiesz, Slytherin, Czarny Pan go uznawa³ przez tyle lat...
Tym razem odej¶cie od meritum sprawy by³o na rêkê Norrisowi, wiêc wzi±³ udzia³ w dyskusji na temat pochodzenia Snape'a i preferencji Czarnego Pana. Dopiero po d³u¿szym czasie uci±³ rozmowê.
– Dobrze, ale prosi³em was tu w innej sprawie. Tyler pracowa³ ostatnio nad pomys³em powo³ania komisji sprawdzaj±cej umiejêtno¶ci czarodziejów. W ten sposób mo¿emy odsiaæ tych, którzy nie s± nam na rêkê, czy to pod wzglêdem pochodzenia, czy przekonañ. Tak wiêc wszyscy czarodzieje w Ministerstwie, w Klinice, prasie, radiu, Howarcie i ró¿nych Szko³ach Wy¿szych musz± przej¶æ testy sprawdzaj±ce. Widzicie jeszcze kogo¶, kogo trzeba by³oby poddaæ temu egzaminowi?
Watkins i Lawford namy¶lali siê chwilê.
– Wiem, kogo nie... Na pewno nie graczy Quidditcha – mrukn±³ Watkins z ironicznym u¶miechem.
– Producentów systemów teleportacyjnych. Wiesz, miote³, proszku Fiuu, cholernych lataj±cych dywanów i aktywuj±cych ¶wistokliki – zaproponowa³ równocze¶nie Lawford. – Mo¿emy powiedzieæ, ¿e z³e wytworzenie której¶ z tych rzeczy mo¿e naraziæ zdrowie i ¿ycie u¿ytkowników. A my bêdziemy mieli gwarancjê, ¿e nikt nie wprowadzi do obiegu choæby nielicencjonowanych ¶wistoklików czy zmodyfikowanego proszku Fiuu. I producentów ró¿d¿ek – doda³ ponuro.
Smith opowiedzia³ im, ¿e Snape mia³ drug± ró¿d¿kê. Albo komu¶ zabra³ czy od kogo¶ po¿yczy³, albo kto¶ mu j± sprzeda³ bez deklaracji w Ministerstwie. Jeszcze nie przes³uchiwali Olivandera, ale wiedzieli, ¿e nie tylko on wytwarza ró¿d¿ki.
– Wytwórców sk³adników do eliksirów – powiedzieli prawie równocze¶nie Rockman i Watkins.
Posypa³y siê ró¿ne propozycje, cze¶æ tylko dla zmylenia opinii publicznej, cze¶æ ¿eby nikt im nie wchodzi³ w paradê.
Nagle kto¶ zapuka³ do drzwi. Norris pozna³ po sposobie stukania pani± Flynn i warkn±³ g³o¶no „Nie teraz!", ale wydarzenie jakby przerwa³o seriê pomys³ów.
– Od kiedy chcemy wprowadziæ te egzaminy? – zaciekawi³ siê Watkins, skubi±c rêkaw swojej powyci±ganej na wszystkie strony koszuli.
– Od po³owy wrze¶nia. Do tego czasu powinni¶my mieæ ju¿ gotowe formularze z pytaniami i zadaniami i powo³amy komisjê – odpar³ Rockman.
Lawford zacz±³ dopytywaæ siê o sk³ad komisji i sposób jej powo³ania, ale okaza³o siê, ¿e Rockman nie mia³ jeszcze gotowego pomys³u. Jedno by³o pewne, w komisji musieli siê znale¼æ „ich" ludzie.
– Mo¿na by ewentualnie daæ tam jakiego¶ mugolaka czy dwóch. Ale trzeba by³oby rzuciæ na nich Imperiusa. I potem ich pilnowaæ, bo nie wiadomo jak± maj± odporno¶æ.
– Jak to „odporno¶æ"? – zamar³ Watkins.
– Ka¿dy czarodziej prêdzej czy pó¼niej zaczyna zwalczaæ Imperiusa. Shaklebolt ju¿ dwa razy prawie siê od niego uwolni³ i trzeba by³o znów r±bn±æ go zaklêciem – powiedzia³ ponuro Lawford. Nigdy nie przepada³ za u¿ywaniem Niewybaczalnych, ale ostatnio to go po prostu przera¿a³o.
Poniewa¿ Norris nie wiedzia³, co obrzydliwa baba mog³a od niego chcieæ, postanowi³ skoñczyæ spotkanie.
Uzgodnili jeszcze, ¿e powiadomi± Proroka zarówno o nieszczê¶liwym wypadku na Rathlin jak i o powo³aniu komisji sprawdzaj±cej umiejêtno¶ci czarodziejów i panowie rozeszli siê.
Okaza³o siê, ¿e jego sekretarka mia³a dla niego dokumenty, o które prosi³ rano Flaviusa, m³odego ch³opaka z Wydzia³u Bezpieczeñstwa.